Powrót do Wrocławia po latach
Magdalena Talik: Wrocław nie jest dla Pana zwykłym miastem, podobnie jak dla Pana rodaka Jurija Andruchowycza. We Wrocławiu odbierał Pan Literacką Nagrodę Europy Środkowej Angelus w 2015 roku, wydawano tu Pana książki, bywał Pan na festiwalach. Jaki jest powrót do Wrocławia teraz, kiedy senat Uniwersytetu Wrocławskiego nadał Panu tytuł doktora honoris causa?
Serhij Żadan: To prawda, Wrocław nie jest obcym miastem. Właśnie tutaj, ponad dwadzieścia lat temu, ukazała się „Historia kultury początku stulecia”, moja pierwsza książka przetłumaczona na język polski.
I mogę chyba powiedzieć, że kontakty z polską literaturą zaczęły się właśnie we Wrocławiu, dlatego jestem zaszczycony tym zaproszeniem, przyznaniem mi tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Wrocławskiego, ale też, ogólnie, każdym przejawem solidarności z Ukrainą, który jest obecnie bardzo ważny.
Niezbyt często opuszczam teraz kraj, ponieważ służę w Gwardii Narodowej Ukrainy, ale każdy taki wyjazd jest ważny. A wiem, że we Wrocławiu mieszka bardzo dużo Ukraińców i miasto wspiera Ukrainę.
W 2015 roku, kiedy odbierał Pan Nagrodę Angelus za powieść „Mezopotamia”, mówił pan ze sceny, że laury są okazją do przypomnienia o problemach Ukrainy. To było ponad dziesięć lat temu. Teraz te problemy i okoliczności Pana przyjazdu są zupełnie inne. Co chciałby Pan powiedzieć teraz we Wrocławiu?
Trwa wojna i jest bliżej, niż nam się wydaje. Jeszcze jedenaście lat temu my wszyscy wierzyliśmy w to, że można ją zlokalizować i zatrzymać. Ale miniony czas pokazuje, że nieukarane zło powraca i się rozrasta.
Oczywiście, zmieniła się skala tego konfliktu, bo teraz to pełnowymiarowa wojna, ale zmieniła się też sama konfiguracja Europy.
Wydaje mi się, że w błędzie są Europejczycy, którzy myślą, że wojna dotyczy tylko Ukrainy i Rosji. Rosja gotowa jest walczyć ze wszystkimi. Z pozycji rewanżysty chce wyrównać rachunki z Europą.
Jak zmieniają się role w życiu – od literata do żołnierza
Pan walczy z Rosją na froncie. Kilka lat temu powiedziałabym, że jest Pan przede wszystkim literatem. Dzisiaj pełni Pan też obowiązki żołnierza. Jak Pan mówi o sobie teraz, gdy zmieniły się w Pana życiu role?
Przede wszystkim teraz jestem żołnierzem Gwardii Narodowej Ukrainy i nawet jeśli nie siedzę w okopach, pełnię służbę, więc kiedy wyjeżdżałem do Polski, musiałem pokazać na granicy odpowiednie dokumenty. Na ten moment to jest najważniejsze!
Myślę, że bardzo wiele osób, które dziś służą w armii, chciałoby wrócić do swojego poprzedniego życia. Ja także chciałbym po prostu przyjechać do Wrocławia na festiwal poezji, tak jak przed laty.
Wspomniała Pani 2015 rok, kiedy odbierałem tu Nagrodę Angelus. Od tego momentu upłynęło wiele czasu i bardzo duża część mojego życia.
Kiedy wspominam swoje pierwsze przyjazdy do Wrocławia, w latach dziewięćdziesiątych i jeszcze w innych momentach, wydaje mi się to całkowicie inną rzeczywistością.
Czas biegnie nieubłaganie, nie wiadomo, jaka będzie przyszłość, jak będą wyglądać stosunki między Polską a Ukrainą, Ukrainą i Europą.
Ale zależy mi, aby raz jeszcze podkreślić, jak bardzo ważne jest wsparcie Polski i Europy dla Ukrainy.
O czym śpiewa się ukraińskim żołnierzom
Słyszałam, że wraz ze swoim zespołem, Żadan i Sobaky, występuje pan na froncie dla ukraińskich żołnierzy. Jak wyglądają takie koncerty i czy nadal się odbywają?
Tak odbywają się, ponieważ prawie cały mój zespół nie tylko jest zmobilizowany, ale służy w jednej jednostce armii ukraińskiej, więc łatwiej się nam zebrać, kiedy dowództwo prosi o występy.
Problemem takich koncertów jest natomiast fakt, że wojsko nie może zbierać się w dużych grupach, więc gramy w piwnicach, starych, opuszczonych budynkach, w zabezpieczonych przestrzeniach. I wybieramy wariant akustyczny – gitara, dwie trąbki.
A o czym Pan śpiewa, co Pan opowiada żołnierzom?
Śpiewamy o tym samym, o czym śpiewaliśmy przed wojną – w armii służy wiele osób, które chodziły niegdyś na nasze koncerty.
Zresztą wojsko jest takim odbiciem społeczeństwa, bo są tu wszyscy – przedstawiciele biznesu, deputowani, studenci, robotnicy. I każdy jest oderwany od swojego normalnego życia, co powoduje największy stres.
Dlatego nie potrzeba im patriotycznego repertuaru, wykonywanego z patosem, raczej normalnego koncertu, rozmowy.
Nawiasem mówiąc, na Ukrainie rozpoczyna się wielki projekt i praca z ludźmi, którzy wracają z działań wojennych.
W przyszłości Ukraina będzie społeczeństwem weteranów. I bardzo ważne jest, aby dużo działać z weteranami. Ale też ich rodzinami, bo największą troską każdego żołnierza jest jego rodzina – co dzieje się z rodzicami, żonami, dziećmi.
Takie historie odnalazłam też w Pana cyklu opowiadań „Arabeski”, który ukazał się niedawno w Polsce, a powstał już w czasie wojny. Opisuje Pan swoich bohaterów, którzy w czasie wojny próbują po prostu zwyczajnie żyć. Czy dla Pana pisanie tych opowiadań, z pewnością inspirowanych autentycznymi wydarzeniami, to nadal fikcja literacka, czy już literatura faktu?
To bardzo trudne pytanie, ponieważ wszystkie historie zawarte w tym tomie są prawdziwe, ale kiedy pisałem opowiadania zależało mi na tym, aby uczynić je literackimi utworami.
Jednak rzeczywistość przeważa, jest ważniejsza niż literatura. Mam zresztą wrażenie, że w tej chwili najważniejsze książki to te z gatunku non-fiction.
Myślę, że teraz największy dylemat to, jak rozmawiać o tym, co jest bolesne. Ja dalej próbuję pisać, ale nie mam na to tyle czasu, ile chciałbym, a to, co mogłem powiedzieć, już napisałem.
Teraz trzeba szukać innego języka, żeby wszystko opisać.
Literatura jako wielka terapia
Proszę powiedzieć, czy w czasie wojny literatura wciąż ma sens? Jest w stanie przynieść ulgę, pomóc przepracować trudne tematy?
Wydaje mi się, że myślimy o literaturze, jako sposobie na wyjaśnianie świata. Tymczasem nie do końca tak jest. Zapominamy o normalnym czytelniku, któremu literatura jest potrzebna po prostu, aby siebie uspokoić.
Ludzie w czasie wojny dalej czytają literaturę i to jest dla nich ważne, zarówno dla cywili, jak i żołnierzy.
W mojej brygadzie „Chartija” realizujemy projekt biblioteki, w ramach którego rozwozimy książki po różnych pododdziałach i żołnierze chętnie po nie sięgają.
Paradoks polega na tym, że nie chcą czytać o wojnie, ponieważ mają ją na co dzień. Wolą fantastykę, powieści detektywistyczne, thrillery. To, oczywiście, nie oznacza, że o wojnie nie należy pisać, ale może trzeba to robić inaczej.
Przypomina mi się ukraiński film „Jesteś wszechświatem” Pavla Ostrikova, niezwykle u nas popularny. O człowieku, który samotnie leci w kosmos, a w międzyczasie wybucha Ziemia i okazuje się, że jest w tym kosmosie sam.
To nie jest film wojenny, ale zamknięty w statku kosmicznym człowiek sprawił, że identyfikowało się z nim wielu Ukraińców żyjących w rzeczywistości trwającej wojny.
A wracając do pytania o literaturę i kulturę, widzę w kulturze sferę wielkiej terapii. Każdy festiwal, każdy koncert jest możliwością pobycia z innymi ludźmi, ale także pobycia w normalności.
Zwłaszcza że żołnierze – zarówno mężczyźni, jak i kobiety – funkcjonują bardzo długo oderwani od swojej rzeczywistości. A nie mogą żyć tylko wojną, kwestiami sprzętu wojskowego i strachem.
Więc kultura staje się rodzajem pomostu łączącego ich z poprzednim życiem.
Zadaje Pan sobie pytanie: co po wojnie?
Zastanawianie się nad tym to, z jednej strony bardzo ciekawe zajęcie, z drugiej abstrakcyjne.
Nie wiemy, kiedy wojna się zakończy i z jakim rezultatem. Myślę, że na Ukrainie, u wszystkich, będzie bardzo dużo pracy.
Ja, osobiście, bardzo chciałbym wrócić do tego, czym zajmowałem się przed wojną z przyjaciółmi – do świata kultury, projektów społecznych i poświęconych dzieciom.
Po wojnie będą bardzo potrzebne!