1. wroclaw.pl
  2. Kultura
  3. Aktualności
  4. Co czytać na wiosnę 2026? [LISTA]

Dowcipna wariacja na temat wróżenia z kart tarota, świetny kryminał z historią konfliktu w byłej Jugosławii w tle, mocna satyra na true crime, powieść o zniknięciu nagradzanej pisarki (czyżby Olgi Tokarczuk?), która zaprasza do domu tłumaczy swoich książek. To tylko niektóre z polecanych na wiosnę 2026 tomów. Zobaczcie, czego nie przegapić, bo to naprawdę znakomite książki!

Reklama

Francja w ogniu rewolucji

Na tę książkę czekali nie tyle historycy, ile przede wszystkim czytelnicy, zwłaszcza że rzadko zdarza się, by książka faktograficzna mogła stać się rodzajem eksperymentu, wykorzystując stricte literacki zabieg. Opowiedzieć o upadku jednego człowieka w ciągu jednego dnia. 

W tym przypadku śledzimy upadek Maximiliena de Robespierre'a, jednego z przywódców rewolucji francuskiej, przez wielu badaczy uważanego za fanatyka, krwawego dyktatora, nieprzejednanego.

Robespierre, jako czołowy gracz i główna wówczas figura francuskiej polityki, wydał na siebie wyrok 26 lipca 1794 roku, gdy wygłosił w Konwencie Narodowym (ówczesnym zgromadzeniu) mowę oskarżycielską, w której wskazywał na źródła niepowodzeń – m.in. korupcję (sam uznawany był za nieprzekupnego).

Wściekłość jego przeciwników doprowadziła następnego dnia do decyzji Konwentu, by go aresztować, a dziś znamy to wydarzenie jako przewrót 9 thermidora (od nazwy 11 miesiąca w kalendarzu rewolucyjnym). Został zgilotynowany 28 lipca 1794 roku.   

Brytyjski historyk Colin Jones, emerytowany badacz Queen Mary University of London, poświęcił właśnie 9 thermidorowi (czyli dniu 27 lipca) całą książkę „Upadek Robespierre'a. Ostatnie 24 godziny Terroru” (tłumaczenie Grzegorz Kulesza, Znak Horyzont).    

Ten zabieg, aby poprowadzić czytelnika, godzina po godzinie, mieszkanie po mieszkaniu (bohaterów), wydarzenie po wydarzeniu, jest genialny w swej prostocie i piekielnie trudny do wykonania. Jonesowi udało się przedrzeć przez setki dokumentów, odezw, protokołów, zeznań świadków.

Dzięki drobiazgowemu researchowi otrzymujemy niezwykłą mozaikę wydarzeń, które złożyły się na utratę władzy przez Robespierre'a, a w konsekwencji także i życia. Jaki obraz dyktatora Terroru jawi się nam po lekturze? Na pewno intrygujący.

Ostrzegam tylko niecierpliwych, to książka nie tylko do długiej lektury (700 stron), ale też lektury uważnej, stąd załączone przez autora mapki ówczesnego Paryża z lokalizacją konkretnych miejsc, które pozwalają lepiej orientować się w tym, którędy prowadziły rewolucyjne działania.  

<p>Colin Jones, &bdquo;Upadek Robespierre'a. Ostatnie 24 godziny Terroru&rdquo;, przekład Grzegorz Kulesza, Znak Horyzont</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Colin Jones, „Upadek Robespierre'a. Ostatnie 24 godziny Terroru”, przekład Grzegorz Kulesza, Znak Horyzont

*****

Niewielkich rozmiarów książka urodzonego w Paryżu Emmanuela Bove „Pułapka” (w świetnym przekładzie Jacka Grzeszczaka, nakładem officyny), to studium lęku w obliczu sytuacji bez wyjścia. Akcję autor osadził jesienią 1940 we Francji pod rządami zdrajcy, marszałka Philippe'a Pétaina, kolaborującego z nazistami.  

Główny bohater Joseph Bridet, próbuje zrobić wszystko (zwłaszcza uruchamiając znajomości w marionetkowym rządzie w Vichy), aby przedostać się do Francji. W tym celu jest gotów poprzeć reżim, choć jego wysiłki są nieudolne.

Małżonka Brideta, Jolanda wydaje się, dla odmiany, nie tylko pogodzona z sytuacją, ale wręcz przekonana, że to właściwy kurs dla Francji. Planuje też biznes w oparciu o nową niemiecką klientelę, która wdarła się, jako okupant, do kraju. 

Zadziwiająca książka o wyobcowaniu, strachu, niepewności w obliczu nieznanego, próbie znalezienia złotego środka w momencie, gdy to niemal niemożliwe. Styl Bove'a jest niezwykle elegancki, sposób opowiadania wyważony, a jednocześnie wnoszący olbrzymi niepokój. Warto przeczytać „Pułapkę”, to lektura nie tylko na trudne czasy. 

<p>Emmanuel Bove, &bdquo;Pułapka&rdquo;, przełożył Jacek Giszczak, Wydawnictwo officyna</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Emmanuel Bove, „Pułapka”, przełożył Jacek Giszczak, Wydawnictwo officyna

Powinność pisarza - pamiętać

Akademia Szwedzka, przyznając francuskiej pisarce Annie Ernaux Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury zaznaczyła, że honoruje autorkę za „odwagę i chirurgiczną precyzję, z jaką odkrywa korzenie, zagubienie, wyobcowanie i zbiorowe ograniczenia osobistej pamięci”. Pamięć wydaje się słowem-kluczem do twórczości tej niezwykłej, wyjątkowo odważnej postaci w świecie literackim.

W najnowszej, opublikowanej nakładem Wydawnictwa Czarne książce, na którą składają się dwa teksty – „Wstyd” i „Powrót do Yvetot” (w precyzyjnym przekładzie Anastazji Dwulit) Ernaux pisze, że ważne jest dla niej znalezienie słów pozwalających jej myśleć o sobie i otaczającym ją świecie i wypowiedzenie tego, co było wtedy dla niej normalne, a co niedopuszczalne, wręcz nie do pomyślenia. 

Niedopuszczalne, bo Ernaux rozpoczyna swoją opowieść we „Wstydzie” od zdania mrożącego krew w żyłach. „Ojciec chciał zabić matkę pewnej czerwcowej niedzieli wczesnym popołudniem”. 

Znamy magię pierwszych zdań, które często „ustawiają” całą książkę. Rzecz w tym, że przeważająca ich część to literacka fikcja, zaś Ernaux przenosi się pamięcią do autentycznego wydarzenia, kiedy – jako dorastająca w małym mieście Yvetot w Normandii dziewczyna – była świadkiem narastającego między rodzicami napięcia, które doprowadziło do wybuchu agresji ze strony ojca. 

Pierwsze zdanie „Wstydu” otwiera Ernaux możliwość przywołania obrazów z przeszłości, w których jest zanurzona, od których, jak pisze, nie może się oddzielić. To świat ludzi prostych (jako pierwsza w rodzinie wejdzie na ścieżkę wyższej edukacji), których świat ogranicza się do dzielnicy, znanych sobie ludzi i rytuałów. 

Ernaux wykształcenie otwiera horyzonty, ale staje się też narzędziem opresji (przez długi czas jej społeczny awans będzie źródłem lęku, niepewności, wzmożonej obserwacji i próby dostosowania się). 

W tekście „Powrót do Yvetot”, który powstał, gdy pisarka, na zaproszenie władz miejscowości, zdecydowała się po latach do niej powrócić, jest gałązką oliwną darowaną mieszkańcom. Po latach przepracowywania wspomnień i pamięci o tym miejscu, które nie nastrajały, pisarka wydaje się z nim pogodzona. 

Warto ten niewielki tom Annie Ernaux czytać razem z wcześniej wydaną przez Czarne jej książką „Bliscy”. Razem stanowią kompletny, bardzo mocny przekaz pamięci.  

<p>Annie Ernaux, &bdquo;Powroty&rdquo;, przełożyła Anastazja Dwulit, Wydawnictwo Czarne</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Annie Ernaux, „Powroty”, przełożyła Anastazja Dwulit, Wydawnictwo Czarne

Chorwacja w ogniu i zaginiona Silva

Świetna oficyna Noir sur Blanc już od pewnego czasu publikuje książki autorów z krajów byłej Jugosławii (w doskonałych przekładach niestrudzonej Doroty Jovanki Ćirlić, ale też Leszka Małczaka).

Wiernych czytelników ma już pochodzący z Bośni i Hercegowiny Darko Cvijetić (laureat przyznawanej we Wrocławiu Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus), fanów zdobył Chorwat Ante Tomić.

Teraz do grona autorów publikowanych przez Noir sur Blanc dołącza kolejny Chorwat Jurica Pavičić, autor siedmiu powieści, z których czytamy najnowszą „Czerwoną wodę” (w znakomitym tłumaczeniu prof. Leszka Małczaka z Uniwersytetu Śląskiego)

Książka spodoba się wszystkim, którzy lubią dobrze skonstruowane powieści z bohaterami, których losy autentycznie nas obchodzą i tym, którzy wolą wątki kryminalne inteligentnie osadzone w lokalnym kolorycie. W tym przypadku w Misto, chorwackiej miejscowości na dalmatyńskim wybrzeżu w latach 1989-2017.

Licznik zaczyna bić w 1989 roku, kiedy po suto zakrapianej imprezie znika niespełna osiemnastoletnia Silva. Rodzina – matka Vesna, ojciec Jakov i brat bliźniak Mate, rozpoczynając poszukiwania, jeszcze nie wiedzą, że tajemnicze zaginięcie przedefiniuje ich życie. Zdecydowanie bardziej niż wojna i ustrojowa transformacja, która zmienia oblicze małego miasteczka i młodego kraju.    

Pavičić, pisząc o poszukiwaniach Silvy, nie tylko doskonale oddaje klimat mieściny, w której sprawa kryminalna trafia na usta wszystkich, ale – snując losy drugoplanowych postaci – doskonale opowiada o swoim kraju i przeobrażeniach, jakie przechodzi (zresztą dość podobnych do tych w Polsce, zwłaszcza dzikim kapitalizmie lat 90.). 

Świetna, znakomicie napisana powieść, od której nie sposób się oderwać.   

<p class="MsoNormal">Jurica Pavičić, &bdquo;Czerwona woda&rdquo;, przełożył Leszek Małczak, Oficyna Literacka Noir sur Blanc</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Jurica Pavičić, „Czerwona woda”, przełożył Leszek Małczak, Oficyna Literacka Noir sur Blanc

Prawdziwa zbrodnia i skrucha

Brytyjka Eliza Clark, jako zaledwie dwudziestoparolatka, napisała powieść „Skrucha” (teraz w przekładzie Anny Fijałkowskiej, Wydawnictwo Poznańskie), która mocno zelektryzowała krytyków i czytelników.

Zainspirowana powieścią dokumentem Trumana Capote'a „Z zimną krwią” Clark napisała, fikcyjną wprawdzie powieść, ale nie zawahała się w niej rewelacyjnie rozłożyć na czynniki pierwsze gatunku true crime i niezdrowej obsesji, jaka towarzyszy ludziom śledzącym historie przemocy i zbrodni.

Główny bohater książki, zdegradowany dziennikarz Alec Carelli postanawia zająć się sprawą śmierci 16-latki, do której przyczyniły się trzy znane jej ze szkoły dziewczyny.

Rzecz miała miejsce już kilka lat wcześniej, ale prawda o niej została zasypana przez ogromną liczbę programów, podcastów, tekstów, których autorzy mocno uprościli sobie zadanie, raczej nie dbając o oddanie sprawiedliwości ofierze i nie szukając prawdy o oprawczyniach. 

Alec Carelli postanawia dotrzeć do prawdy i wysłuchawszy wielu wersji zdarzeń, przeanalizować, które z faktów odpowiadają rzeczywistości. Czy to możliwe? 

Świetna książka, obnażająca fake newsy i przerażającą wręcz niekompetencję wobec dotarcia do prawdy o wydarzeniach.  

<p>Eliza Clark, &bdquo;Skrucha&rdquo;, przełożyła Anna Fiałkowska, Wydawnictwo Poznańskie</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Eliza Clark, „Skrucha”, przełożyła Anna Fiałkowska, Wydawnictwo Poznańskie

Jak (za)grać z czytelnikiem 

Państwowy Instytut Wydawniczy szczęśliwie wznawia w ostatnich latach dzieła Itala Calvina, włoskiego pisarza, który w życiu miał wiele utopijnych romansów – z komunizmem, z kubańską rewolucją (poznał Ernesta „Che” Guevarę, choć ważniejsze, że na Kubie poznał też małżonkę) i, co ważne, z francuskimi awangardzistami z literackiej grupy OuLiPo (czyli w tłumaczeniu Warsztatu Literatury Potencjalnej).

To ostatnie zauroczenie okazało się najbardziej trwałe i zaowocowało niezwykłymi książkami, jak „Jeżeli zimową nocą podróżny”, ale jeszcze przed oficjalnym wstąpieniem w szeregi OuLiPo Calvino zdradzał fascynację grą z gatunkami literackimi i językiem popełniając genialną trylogię (składają się na nią tomy „Wicehrabia przepołowiony”, „Baron drzewołaz” i „Rycerz nieistniejący”).

Calvina zawsze interesowały różne wersje opowiadanych historii, które mogą się zmieniać w zależności od innych danych i okoliczności.

W „Zamku krzyżujących się losów” (w pięknym przekładzie Anny Wasilewskiej) bohaterowie (rycerze, damy, królewski orszak) nie są w stanie mówić, więc ich komunikacja odbywa się wyłącznie za pomocą gestów, a z pomocą w opowiadaniu przychodzą karty tarota.

W części pierwsze to talia z XV wieku dla książąt mediolańskich, w części drugiej to marsylska talia z 1761 roku. Nie trzeba chyba dodawać, że karty w obydwu taliach się różnią, co znacząco wpływa na opowieść, a że karty tarota zawsze wiążą się nie tylko z bogatą symbolika, ale i wieloznacznością, tym dla czytelnika lepiej.

Zostaje zanurzony w nurt genialnych historii! 

<p>Italo Calvino, &bdquo;Zamek krzyżujących się los&oacute;w&rdquo;, przełożyła Anna Wasilewska, Państwowy Instytut Wydawniczy</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Italo Calvino, „Zamek krzyżujących się losów”, przełożyła Anna Wasilewska, Państwowy Instytut Wydawniczy

*****

Jennifer Croft, ceniona tłumaczka i współtwórczyni anglosaskiego sukcesu książek Olgi Tokarczuk tym razem występuje w roli autorki powieści „Wymieranie Ireny Rey” (w przekładzie Kai Gucio, nakładem Wydawnictwa Pauza).

Oto trafiamy, wraz z grupą tłumaczy z różnych języków, do położonego w malowniczych okolicznościach przyrody (czyli Puszczy Białowieskiej) domu znanej pisarki Ireny Rey. Celem spotkania jest praca nad przekładem jej nowego dzieła „Szara eminencja”, a obecność autorki ma pomóc tłumaczom lepiej odnaleźć klimat dzieła i służyć pomocą w razie pytań. 

I tak w istocie jest przez kilka dni, potem jednak Irena Rey po prostu rozpływa się we mgle puszczy. Zdezorientowani tłumacze postanawiają poszukać autorki, ale nie mogą też rezygnować z pracy nad przekładem jej dzieła. A w książce i, jak się dopiero okaże, w życiu również, Irena przygotowała wiele pułapek dla translatorów.

Jennifer Croft w większości wywiadów podkreśla stanowczo, że Irena Rey to nie Olga Tokarczuk, choć niektórzy nie mają wątpliwości, że przyjaźń z noblistką znacząco wpłynęła na kształtowanie postaci tajemniczej pisarki.   

To jednak przede wszystkim książka niezwykle dowcipna, pomysłowa i będąca wynikiem podpatrywania własnego środowiska i specyfiki pracy tłumaczy. Croft przybliża warsztat każdego szanującego się tłumacza i nie waha się pokazać, że oprócz znajomości języka potrzebna jest jeszcze prawdziwa fascynacja (a może i nabożna cześć), z jaką traktuje się autora.

Bo bez stanu pewnego zauroczenia przekład nigdy nie będzie mistrzowski. Tom wart uwagi, a dodatkowym bohaterem okazują się przyrodnicze cuda Puszczy Białowieskiej, która, być może, za sprawą Jennifer Croft zyska dodatkową grupę entuzjastów. I czytelników.   

<p>Jennifer Croft, &bdquo;Wymieranie Ireny Rey&rdquo;, przełozyła Kaja Gucio, Wydawnictwo Pauza</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Jennifer Croft, „Wymieranie Ireny Rey”, przełozyła Kaja Gucio, Wydawnictwo Pauza

Pisarka, która odpowiednie daje rzeczy słowo 

Zyta Rudzka musi wzbudzać zazdrość w literackim środowisku. Musi, bo posiada dar, o którym marzy większość kolegów i koleżanek po fachu. Jej proza ma po prostu i aż kolosalną siłę rażenia. To nie tylko zasługa stylu i języka, ale bystrego oka i wyczulonego ucha pisarki do wychwytywania absurdów rzeczywistości, w które uwikłani są jej bohaterowie, niekoniecznie wzory cnót wszelakich. 

Nie sposób nie uwielbiać pisarki, która zdaniami strzela do celu z chirurgiczną precyzją, a ich moc czujemy jeszcze długo po lekturze. Zdaniami oznajmującymi krótkimi, z niemal odmierzonymi słowami. Znać nie tylko świetną pisarkę, znać też dramatopisarkę, która wie, że czasem mniej znaczy zdecydowanie więcej.

Dla fanów czytanie nowej książki „Tylko durnie żyją do końca” (Wydawnictwo W.A.B.) będzie czystą formalnością, ale warto zaprosić do tego tomu tych, którzy z pisarką jeszcze nie mieli przyjemności się zapoznać.

Odkryją w tej rytmicznej prozie i historii Lidy, nauczycielki wuefu i pływaczki, która z miasta przeprowadza się na wieś zyskując przydomek Dolly Parton, status bimbrowniczki i dwóch mężczyzn, perspektywę intrygującą, szczerą, często przygnębiającą. Ale od lektury oderwać się nie sposób. Nie wiem, czy opowieść Zyty Rudzkiej jest o Polsce, o wsi, o ludzkich złych językach i potrzebie wyrwania się z matni. Jest przekonująca, to wystarczy!    

<p>Zyta Rudzka, &bdquo;Tylko durnie żyją do końca&rdquo;, Wydawnictwo W.A.B.</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Zyta Rudzka, „Tylko durnie żyją do końca”, Wydawnictwo W.A.B.

Wszystkiego nam za mało? Bo jeszcze czujemy!

Amerykańska autorka Becca Rothfeld zajmuje się krytyką literacką, pisuje też felietony, pisze do czołowych periodyków, jak „The New Yorker” czy „The Washington Post”.

Jej zbiór esejów „Wszystko to zbyt małe. Eseje ku chwale nadmiaru” (w przekładzie Piotra Siemiona, Wydawnictwo Filtry) jest emanacją jej silnego przekonania, że wszyscy ci, którzy próbują nam wmówić, jak wystarczy w życiu minimalizm, byśmy czuli się mentalnie uwolnieni, próbują wpędzać nas w uzależnienie i umniejszać rolę naszych emocji. 

Bo emocje sprawiają, że zaczynamy pragnąć więcej – czy jest to kolejny talerz spaghetti, książka na stosie przy łóżku, a może nadmiar słów użytych w tekście – czujemy wtedy, że żyjemy! Zdecydowanie lepiej, choć nikt nie powiedział, że łatwiej. 

Może retoryka Rothfeld kojarzy się z amerykańskim stylem akademickim, a jej kompulsywne mnożenie przykładów w kolejnych esejach niektórych zmęczy, ale nie sposób odmówić autorce talentu, by wizję świata maksymalistów przedstawiać jako bardziej naturalną i kuszącą. W przeciwieństwie do wydrenowanej z radości i skażonej nadmiernym planowaniem rzeczywistości minimalistów kreujących się na demiurgów.   

Rothfeld zaintryguje czytelników ciekawą polemiką ze znanymi autorami, m.in. francuską filozofką Simone Weil i jej ascetycznym, bojaźliwym podejściem do piękna, cytuje Umberta Eco, przyznaje się do próby samobójczej i historii randkowania, ale też intrygująco prowadzi nas w tekstach przywołując znane filmy, powieści, czy wątki, które ciągle powracają w popkulturze. Szuka w nich prawdy o nas i naszym (niezaspokojonym) głodzie, zachłanności, potrzebie nadmiaru.      

<p>Becca Rothfeld, &bdquo;Wszystko to zbyt małe. Eseje ku chwale nadmiaru&rdquo;, przełożył Piotr Siemion, Wydawnictwo Filtry</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Becca Rothfeld, „Wszystko to zbyt małe. Eseje ku chwale nadmiaru”, przełożył Piotr Siemion, Wydawnictwo Filtry

Bądź na bieżąco z Wrocławiem!

Kliknij „obserwuj”, aby wiedzieć, co dzieje się we Wrocławiu. Najciekawsze wiadomości z www.wroclaw.pl znajdziesz w Google News!

Reklama