Nowe odkrycie wrocławskiej wytwórni płytowej Vertigo

Nazwę zespołu pożyczyli od Pitagorasa i trafili w dziesiątkę, bo harmonia sfer zdaje się świetnie wyrażać rodzaj muzyki, jaką gra kwartet jazzmanów, którzy poznali się w warszawskiej szkole muzycznej na Bednarskiej. Jest klimat z lat 60., dużo przestrzeni, spokój i delikatna nostalgia. Idealny produkt dla słuchacza, który pragnie więcej.

  • harmony of the spheres, vertigo

    Basista Adam Prokopowicz/fot. Urszula Poncyljusz

  • harmony of the spheres, vertigo

    Perkusista Jakub Kinsner/fot. Urszula Poncyljusz

  • harmony of the spheres, vertigo

    Gitarzysta Mikołaj Poncyljusz/fot. Urszula Poncyljusz

  • harmony of the spheres, vertigo

    Trębacz Radek Nowak/fot. Urszula Poncyljusz


Na razie trębacz Radek Nowak, gitarzysta Mikołaj Pncyljusz, kontrabasista Adam Prokopowicz i perkusista Jakub Kinser wydali debiutancki album (grają razem od czterech lat), a z nagranym na nim materiałem śmiało można pokazać się w sali koncertowej, jak i…zapukać do wytwórni filmowych. Muzyka skomponowana przez Poncyljusza aż prosi się, aby zilustrować jakiś obraz na dużym ekranie. Może dlatego, że nie zabija słuchacza nadmiarem dźwięków, wrażeń, raczej pozwala się uspokoić, nabrać dystansu, posmakować klimatu. Amerykański podróżnik Pico Iyer napisał w jednej z książek: „Usiądź sam w ciszy i pomyśl. To może okazać się największą przygodą twojego życia”. Słuchanie płyty Harmony of the Spheres przypomina właśnie taki stan. Muzyka wycisza, pozwala uwolnić się od nerwowego życia, jakie toczy się gdzieś obok. Na żywo musi brzmień oszałamiająco, bo to jazz refleksyjny, zmuszający do tego, by przystanąć, wyłączyć się na chwilę z „tu i teraz”.  

Krążek wydany nakładem wrocławskiej wytwórni Vertigo (która promuje m.in. krakowskiego pianistę Kubę Płużka, czy wrocławskiego pianistę Kubę Stankiewicza) zawiera osiem utworów. Dominuje nieśpieszny rytm, melodia prowadzona przez nastrojowo brzmiącą trąbkę Radka Nowaka, akompaniującą świetnie gitarę Mikołaja Poncyljusza, miękkie, aksamitne dźwięki kontrabasu Adama Prokopowicza, czy dyskretną perkusję Jakuba Kinsnera. Słychać fascynację polską klasyką z przełomu lat 50. i 60., Krzysztofem Komedą, ale muzycy przyznają się też do inspiracji jazzową estetyką, jaka promuje w swojej wytwórni ECM Manfred Eicher. Na razie Panowie zagrali ze sobą ok. 30 koncertów. Dużo to czy mało, trudno ocenić. Wystarczająco, by wyczuwali feeling niemal intuicyjnie. Czego chcieć więcej od debiutu.     

Zgłoś uwagę