wroclaw.pl Najnowsze wiadomości dla mieszkańców Wrocławia
Pogoda we Wrocławiu temperatura powietrza wynosi 15°C
Link do portalu wroclaw.pl
Aby wyświetlić zawartość strony, zaakceptuj pliki cookie
Reklama

Pożegnanie prof. Stanisława Miękisza – pierwszego przewodniczącego RM Wrocławia

15 sierpnia 2017 zmarł prof. dr hab. Stanisław Miękisz

15 sierpnia 2017 zmarł prof. dr hab. Stanisław Miękisz pierwszy przewodniczący Rady Miejskiej Wrocławia wybranej w 1990 r.. Za zasługi w działalności publicznej na rzecz rozwoju Wrocławia, prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz uhonorował pośmiertnie prof. Stanisława Miękisza Odznaką Honorową Wrocławia I stopnia. Hołd profesorowi oddali również miejscy radni. Do poniedziałku, 28 sierpnia, wyłożona jest księga kondolencyjna. 

Reklama

rof. Stanisław Miękisz zmarł w wielu 90 lat. Pogrzeb pierwszego przewodniczącego Rady Miejskiej Wrocławia odbył się w czwartek.

W kaplicy rajców miejskich w bazylice św. Elżbiety Węgierskiej radni wpisali się do księgi kondolencyjnej oraz oddali hołd profesorowi Miękiszowi. 

Księga kondolencyjna

Do poniedziałku, 28 sierpnia, wyłożona jest księga kondolencyjna. Do księgi można wpisać się w piątek, 25 sierpnia 2017 w godz. 12.00 – 18.00, a także w poniedziałek, 28 sierpnia 2017, w Klubie Radnego (Sukiennice 9) w godz. 7.45 – 15.45.

24 sierpnia 2017 r. księga kondolencyjna zostanie wyłożona w kaplicy rajców miejskich w bazylice św. Elżbiety Węgierskiej. Do księgi będzie można się wpisać w piątek, 25 sierpnia 2017 w godz. 12.00 – 18.00, a także w poniedziałek, 27 sierpnia 2017 w Klubie Radnego (Sukiennice 9) w godz. 7.45 – 15.45. 

Pierwszy przewodniczący Rady Miejskiej Wrocławia wybrany 4 czerwca 1990 r. 

Stanisław Miękisz pochodził z Sanoka, gdzie urodził się 1 stycznia 1927 r. Po zakończeniu II wojny światowej zdał w tym mieście również maturę – w Państwowej Szkole Męskiej Stopnia Podstawowego i Licealnego w klasie o profilu matematyczno-fizycznym. Studiował na Uniwersytecie Wrocławskim, uczelnię ukończył z tytułem magistra filozofii w zakresie fizyki. Osiem lat później na tym samym wydziale obronił doktorat, a w 1966 r. – dzięki dorobkowi naukowemu i rozprawie habilitacyjnej – otrzymał stopień naukowy docenta nauk fizycznych.Tytuł profesora nadzwyczajnego uzyskał w 1978 r., a profesora zwyczajnego w roku 1991. 

Pracował najpierw w Wyższej Szkole Rolniczej – jako starszy asystent i docent, potem rozwijał swoją karierę na Akademii Medycznej we Wrocławiu, gdzie był kierownikiem Zakładu i Katedry Biofizyki.

Do Rady Miejskiej Wrocławia prof. Stanisław Miękisz został wybrany w wyborach 27 maja 1990 r., i objął funkcję przewodniczącego – 4 czerwca 1990 r. i sprawował ją przez całą pierwszą kadencję. Przez ówczesnych współpracowników jest wspominany jako człowiek wielkiej rzetelność, uczciwości i mądrości. Miał również niebagatelny dorobek naukowy, doceniany także za granicą.

Za swoją działalność prof. Stanisław Miękisz został odznaczony Złotą Odznaką Honorową Zasłużonego dla Województwa Dolnośląskiego, uhonorowany nagrodami Ministra Szkolnictwa Wyższego i Nauki, Ministra Zdrowia i Opieki Społecznej oraz miasta Wrocławia.

Rozmowa z prof. Miękiszem

dla Biura Rady Miejskiej z okazji 20-lecia samorządu

Czy przed 1990 r. zajmował się Pan sprawami Miasta?

– Nie. Zawsze uważałem, że wchodzenie pracowników naukowych do takich gremiów nie bardzo przystaje. Ale czasem ludzie z tego środowiska mają potrzebę działania społecznego. Te społeczne potrzeby ja realizowałem na swojej uczelni. W PTTK prowadziłem obozy dla studentów i pracowników WSR. W 1974r. byłem dyrektorem I Międzynarodowej Zimowej Szkoły Biofizyki Transportu Membranowego .

Jak więc to się stało, że znalazł się Pan w Radzie Miejskiej?

– Pod koniec zimy czy wczesną wiosną przewodniczący „Solidarności" Akademii Medycznej prof. Juliusz Jakubaszko zwrócił się do mnie z pytaniem, czy zgodziłbym się na wzięcie udziału w wyborach do Rady Miejskiej. Trudna to była decyzja. Byłem na kilka lat przed emeryturą. Chciałem uporządkować sprawy Katedry. Zdawałem sobie sprawę, że praca w Radzie Miejskiej nie bardzo da się pogodzić z pracą kierownika katedry. Ofertę mi złożono, bo byłem dość czynny, ciągle nagabywany przez SB. W końcu zgodziłem się. W wyborach brałem udział z ramienia Wrocławskiego Komitetu Obywatelskiego „Solidarność". Był to przecież przełom. Powstała suwerenna Polska. To była zupełnie nowa Rada Miejska, w niczym niepodobna do tego, co było dotychczas. Przecież dotąd Radą Miejską rządził Komitet Wojewódzki PZPR. Prowadzono szkolenia, zapoznaliśmy się z nową ustawą o samorządzie terytorialnym. To była teoria. Praktyka pokazała dopiero trudności. Z czym mamy do czynienia i co nas czeka.

Czy był Pan przygotowany do pełnienia funkcji radnego?

– Zupełnie nie. Była to dla mnie zupełna nowość. Jeszcze bardziej zaskoczyła mnie propozycja objęcia funkcji przewodniczącego Rady Miejskiej. Zaproponował mi to późniejszy wiceprezydent Krzysztof Turkowski. Prof. Władysław Narkiewicz wręczał nam legitymacje radnego. Potem było spotkanie w ratuszu. Podczas tego spotkania podszedł do mnie Krzysztof Turkowski i zaproponował mi objęcie funkcji przewodniczącego Rady Miejskiej. Byłem zaskoczony propozycją. Bo to jeszcze gorzej, większa odpowiedzialność, więcej obowiązków i odciągnięcie od uczelni. Tak zadecydowano pewnie w jakimś ścisłym gremium w Komitecie Obywatelskim. Na pierwszej sesji Rady Miejskiej - 4 czerwca - zgłosił moją kandydaturę na przewodniczącego Jarosław Obremski. Rozmawiano ze mną na temat wiceprzewodniczących, których w ogóle nie znałem, poza Pawłem Skrzywankiem, z którym razem kandydowaliśmy na Starym Mieście. Zgłoszono Bogdana Cybulskiego i Edwarda Czapiewskiego, który pełnił swoją funkcję przez całą kadencję, bo Paweł Skrzywanek został dyrektorem Wydziału Kultury w Urzędzie Wojewódzkim, a Bogdan Cybulski przeszedł do Regionalnej Izby Obrachunkowej. Skład prezydium Rady Miejskiej został uzupełniony przez Wojciecha Adamskiego i Leonarda Smołkę.

Wynik wyborów właściwie nadał charakter tej Radzie. Była to sytuacja zupełnie odmienna niż w innych miastach. We Wrocławiu na 70 radnych z listy Komitetu Obywatelskiego i „Solidarności" weszło 67. To był właściwie plebiscyt. To nie zdarzyło się w żadnym innym dużym mieście. Obawialiśmy się, że będzie bardzo źle, bo będzie jednomyślność, a przecież różnorodność poglądów jest absolutnie konieczna, żeby wypracować jakąś ustawę. Szybko jednak ujawniły się różnice w poglądach i okazało się, że obawy były niesłuszne. Należało się zresztą tego spodziewać, bo w „Solidarności" istniały różne nurty, które przełożyły się na różnorodność poglądów w Radzie Miejskiej, ze szczególnym uwzględnieniem różnego stosunku do ustaleń Okrągłego Stołu.

Nie byłem jedynym kandydatem na przewodniczącego. Oprócz mnie kandydowali radny Sławomir Chełstowski i Edward Czapiewski. Pierwsze głosowanie było tak na styk. Tak więc już przy wyborach na przewodniczącego ujawniła się demokracja.

Praca zaczęła się na Nowym Targu. Warunki były tam fatalne, ale gdzieś trzeba było się pomieścić. Pierwsze sesje Rady Miejskiej zaczynały się w środowe popołudnia i trwały trzy dni. Każda gdzieś do 12 w nocy. Towarzyszyło im straszne gadulstwo. Ale widocznie przejście z tego komenderowania w Miejskiej Radzie Narodowej do nowej rzeczywistości spowodowało taką potrzebę. Trzeba powiedzieć, że często wypowiedzi były luźno związane z przedmiotem obrad. Uchwały nam się jednak udawały, były krótkie i dobre. Mimo tego rozgadania, moim zdaniem, Rada zdała egzamin, jeżeli chodzi o te pierwsze cztery lata urządzania Wrocławia na nowo. A Wrocław szczególnie był zaniedbany. Nad tym miastem zawsze wisiała ta Conradowska smuga cienia - tymczasowość.

Podczas I kadencji Rady Miejskiej członkowie Zarządu Miasta jednocześnie byli radnymi w Radzie Miejskiej. Według ustawy dwóch członków Zarządu musiało być radnymi. Byli to Jarosław Obremski i Adam Grehl. Trzeba było także zająć się Biurem Rady Miejskiej - to wszystko było przecież związane z dawną nomenklaturą. Daliśmy możliwość pracy pani dyrektor Janinie Śledzińskiej. Zdawałem sobie sprawę, że jeżeli przyszedłby jakiś dyrektor biura ze styropianu, to mogłoby to kiepsko wyglądać. Wiadomo, że ludzie, którzy walczyli nie zawsze potrafią być pragmatyczni i rządzić. Lojalność, zaangażowanie, znajomość urzędu pani dyrektor okazały się niezwykle cenne. Tak samo w Urzędzie Miejskim - dawny naczelnik dzielnicy Stare Miasto został sekretarzem miasta. Także u nas miała miejsce ta gruba miejska kreska, o co miano do nas pretensje. To nie były łatwe decyzje.

Powstał Statut miasta. We Wrocławiu jako pierwszym mieście w Polsce. Język ustaw był mi obcy. Tym się zajmowali prawnicy: Jerzy Barański i Bogdan Cybulski. Starałem się pełnić inna rolę. Tonizującą, uspokajającą. Drugą osobą, która w kuluarach gasiła emocje był Bogdan Cybulski. Był znakomitym wiceprzewodniczącym. Miał wiele pomysłów. Jego pomysłem były spotkania delegatów z dużych miast. Można było wymieniać się doświadczeniami. Przecież to wszystko było nowe, interesowało nas, jak radzą sobie inne miasta. Druga sprawa, to przestały istnieć dzielnice, wszystkim zarządzał Urząd Miejski. Zależało nam jednak na zachowaniu inicjatywy oddolnej. Powstała koncepcja rad osiedlowych. Nie wiem, czy się sprawdziła. Niektóre rady, jak wiem, dbały o swoje osiedle. Walczyłem o to, by rady osiedli miały więcej pieniędzy. Podobało mi się rozwiązanie w Poznaniu, gdzie było rad osiedli kilkanaście, Urząd dawał środki tym osiedlom, które same coś robiły, wykazywały inicjatywę. Rady osiedla zdały większy egzamin w osiedlach na obrzeżu miasta.

Jak układała się współpraca Rady z przedstawicielami władzy wykonawczej i Urzędem Miejskim?

– Rada była parasolem nad prezydentem i Zarządem Miasta. To było konieczne. Były takie sytuacje, że projekty uchwał przychodziły czasem na kilka godzin przed sesją. Wszystko działo się szybko, nie było tak sformalizowane jak obecnie. Odbywały się wspólne posiedzenia prezydium Rady i Zarządu. Poza tym jako pierwsi w Polsce powołaliśmy Komisję Rewizyjną. Wtedy nie była ona konieczna. Uważaliśmy, że potrzebny jest organ kontrolny. Niestety, to była taka „głośna" komisja, buńczuczna. Jej przewodniczącym był radny Antoni Lenkiewicz. Często przez tą taką agresywność była nieskuteczna. A nam zależało, żeby Komisja Rewizyjna pilnowała Zarządu. Na wspólnych spotkaniach prezydium Rady i Zarządu mieliśmy czasem różne zdania. W tej chwili jest inna sytuacja. Podczas I kadencji nie było klubów politycznych, ale już wtedy wyłoniły się grupy, które charakteryzowały się różnym podejściem do sytuacji w kraju po odzyskaniu suwerenności. Byli wśród nas radni o poglądach wspólnych z poglądami Tadeusza Mazowieckiego - przyszłą Unią Demokratyczną, byli przedstawiciele NSZZ „Solidarność", Solidarności Walczącej, Konfederacji Polski Niepodległej oraz założonego przez A. Halla Ruchu Młodej Polski - później Partii Konserwatywnej. Grupa przedstawiająca orientację bardziej prawicową związana była z prof. Andrzejem Wiszniewskim. Dość duża grupa młodych radnych pochodziła z Ruchu Młodych Katolików „U siebie" powiązanych z o. Ludwikiem Wiśniewskim.

Nad każdą ustawą trwały długie dyskusje. Także głosowanie nie było jednomyślne. Muszę jednak powiedzieć, że w trudnych sytuacjach Rada zdawała egzamin. Nad wszystkim czuwał prezydent Bogdan Zdrojewski. To był szczęśliwy wybór. Okazał się znakomitym gospodarzem miasta. Są w dziejach miasta chwile, gdy pojawiają się w nim ludzie tworzący jego pomyślność i rozwój na wiele lat. Wiceprezydenci mu pomagali mając obszar samodzielnego działania, tworząc z prezydentem zgrany zespół.

Co uznałby Pan za największy sukces Rady Miejskiej z okresu, kiedy był Pan jej przewodniczącym?

– Po pierwsze, stabilność rządzenia w mieście. Nie zmieniał się ani przewodniczący, ani prezydent, co w Polsce było rzadkością. Było to możliwe dzięki wypracowaniu odpowiedniej relacji między prezydentem a przewodniczącym i dobrej współpracy Zarządu Miasta z prezydium Rady Miejskiej (prezydium - przewodniczący i wszyscy wiceprzewodniczący - było tworem nieformalnym). Za naszych czasów w Krakowie było 4 prezydentów, w województwie wrocławskim było kilku wojewodów. U nas stabilność władzy pomagała przy rządzeniu. Myśmy się kłócili, ale porozumiewaliśmy się z Zarządem Miasta. Po walkach, po dyskusjach nie było sytuacji takiej, żebyśmy się nie porozumieli. Co prawda, pod koniec kadencji zdarzały się na sesji Rady bardzo ostre wypowiedzi wobec prezydenta.

Po drugie, pracowitość Rady przede wszystkim. Jako przewodniczący znaczną część czasu spędzałem tutaj, w Radzie, co odbiło się na pewno niekorzystnie na mojej pracy naukowej. W Radzie był młyn od samego początku. Przez te 4 lata potrafiliśmy zdobyć zaufanie wrocławian i następne wybory nie stanowiły żadnego kłopotu.

W uzyskiwaniu zgody wiele dawały rozmowy kuluarowe. Byli wśród radnych ludzie nie do zastąpienia, jak np. prof. Leon Kieres - niezwykle pracowity, o dużej wiedzy, jeżeli chodzi o przygotowywanie ustaw, a przecież równocześnie był przewodniczącym Sejmiku. Do Sejmiku radni byli delegowani z rad gminnych.

Trudno było pogodzić obowiązki radnego i posła Władysławowi Frasyniukowi, ale bardzo był potrzebny, jeżeli chodzi o kontakty z Warszawą. Bycie posłem i radnym było nie do pogodzenia. Frasyniuk czuł się tutaj obecny, bardzo nam pomagał. Trzeba przyznać, że pomimo wielkiej pracy w Sejmie dbał o interesy Wrocławia, a swoją dietę oddawał na cele społeczne. Miasto wiele mu zawdzięcza, i dobrze, że do końca był radnym.

Co uważa Pan za największe niepowodzenie Rady I kadencji?

– Nie udała się walka o obwodnicę, o drogi. To było trudne. Powstała Komisja Inwentaryzacyjna. Przewodniczącym był Leonard Smołka. Miała pracować do końca grudnia. Pracowała chyba przez 4 lata do końca kadencji. Ten budynek [Sukiennice] należał do województwa. Trzeba było o wszystko walczyć. Może nie tyle z wojewodą czy z wojewodami, co z urzędnikami. Także drogi należały do różnych właścicieli. Były drogi krajowe, miejskie, osiedlowe. Tak, sprawa obwodnicy to było nasze niepowodzenie. No, niewiele byśmy zrobili, bo jeszcze dzisiaj nie ma obwodnicy. Z inicjatywy wojewody Janusza Zaleskiego powstała grupa pracy dla dobra miasta, która spotykała się w Urzędzie Wojewódzkim - byli w niej przedstawiciele województwa, miasta, posłowie z wszystkich formacji. Na tych spotkaniach także dyskutowano o obwodnicy.

Wrocław, jak wiadomo, był zrujnowany w 70%. Władze komunistyczne odbudowując go popełniły olbrzymie błędy. Można było inaczej poprowadzić drogi, dbać o modernizację miasta, a jednocześnie zachować stare dzielnice. Przecież to było piękne miasto.

Czy jest jakieś wydarzenie z okresu tej I kadencji, które szczególnie zapadło Panu w pamięć?

– Trudno na to pytanie odpowiedzieć. Początek był dla nas wydarzeniem, potem była to już praca. Zarzucano nam, że nie zajęliśmy się sprawami pragmatycznymi, a zaczęliśmy np. od herbu Wrocławia. Ale herb był potrzebny. Chcieliśmy go zmienić. Były dwie możliwości: na ten dawny piastowski lub pięciopolowy. Lubiłem ten pięciopolowy herb, oddaje on jakoś historię Wrocławia. Herb był nam potrzebny do nowej pieczęci miasta. Dlatego tym się zajęliśmy. Też były duże dyskusje. Drugi rok kadencji, ale to dotyczyło całej Polski, to zmiana nazw ulic. Moim zdaniem, w Komisji Nazewnictwa na początku działy się dziwne rzeczy. Oni nie bardzo wiedzieli jak zmieniać, które nazwiska, na jakie. My w prezydium byliśmy bardzo ostrożni z nazwiskami. Woleliśmy raczej dawne nazwy wrocławskie. Jednak te różne patriotyczne momenty były bardzo mocno podkreślane. Także antyrosyjskie. Koło mnie, tam, gdzie mieszkam, chcieli zlikwidować ulicę Pawłowa, fizjologa światowej sławy. Pewnie nie wiedzieli, kto to jest. Dopiero na sesji zwrócono uwagę komisji, że takich rzeczy robić nie można. Podobnie Gajowicka - przedtem była to ul. Próchnika. Czego chcieli od Próchnika? Chcieliśmy zmieniać, ale nie tak dużo, przecież to wiązało się z kosztami.

Pamiętam, trudne były dyskusje z kupcami, a walczyła o to w Radzie Miejskiej prawicowa grupa na czele z Krzysztofem Tenerowiczem. Któregoś razu grupa kupców weszła do prezydenta i nie chciała wyjść. Protesty kupców były wywołane działaniami Krzysztofa Turkowskiego, który chciał uporządkować Rynek, kupcy myśleli, że ich lokale zostaną skomunalizowane.

Jak ocenia Pan zainteresowanie mediów sprawami Miasta i pracą samorządu?

– W tym czasie prasa otrzymała jedną z największych zdobyczy demokracji, jaką jest wolność słowa. Z tej wolności nie zawsze umiała korzystać. Dobrze nam się pracowało z ówczesną prywatną telewizją Echo. Zajmowała się ona problemami Wrocławia. Związki z telewizją publiczną były luźne. Nam zależało, żeby dziennikarze wyszukiwali nieprawidłowości w Mieście. To władzy jest potrzebne i nie gniewaliśmy się o to, gdy były rzetelnie przedstawione.

Bądź na bieżąco z Wrocławiem!

Kliknij „obserwuj”, aby wiedzieć, co dzieje się we Wrocławiu. Najciekawsze wiadomości z www.wroclaw.pl znajdziesz w Google News!

Reklama