TAUROMACHIA Mirosława Jasińskiego

Dyrektor Galerii Miejskiej we Wrocławiu o wystawie


Przystępując do przygotowań niniejszej wystawy Picasso Dali Goya. Tauromachia – walka byków, uświadomiłem sobie, iż paradoksalnie w sztuce polskiej i w literaturze motyw byka jest praktycznie nieobecny. Choć zapisany w ludowych przysłowiach byk, jako synonim zdrowia, krzepy nie znalazł miejsca w ikonografii. Pominąwszy epoki przedrozbiorowe, nawet kultura romantyczna czy postromantyczna (choćby w swej wersji popularnej) nie odwoływała się do sekwencji znaczeń symbolizowanych przez byka, w hiszpańskich Tauromachiach doprowadzonej do szczytowej złożoności, wieloznaczności i głębi. Powstaje pytanie dlaczego? Jak wiadomo motyw walki byków, czy symboliczne przedstawienie byka jako reprezentanta ciemnych, chtonicznych mocy ma w kulturze europejskiej bardzo starą genezę, w znaczący sposób powiązaną ze starożytnymi kulturami Bliskiego i Środkowego Wschodu, zwłaszcza Persji. To tam, po licznych przekształceniach byk stał się uosobieniem sił mitycznych, obrazujących ciemne strony naszego jestestwa, w dualistycznym podziale mitraizmu symbolizującym pierwotne, mroczne dopełnienie sił duchowych. Mitra zabijający byka, okiełznywał brutalną materialność, nagą siłę drzemiącą w przyrodzie przywracając światu równowagę między duchowością, a materialnością, między ciemnością a światłem. Możliwe, że to właśnie poprzez mitraizm, symbolika zabijania byka, sięgająca podstaw ludzkiego losu przywędrowała ze Wschodu do Hiszpanii, przyniesiona zarówno przez rzymskich legionistów jak i kupców i żeglarzy. Rytuały mitraistyczne stanowią chyba głęboką ideową podwalinę prezentowanych dzieł. Byk jako uosobienie sił pierwotnych, eschatologicznych w naszej części świata skończył swą egzystencję w okolicach końca XII wieku, wraz z upadkiem ostatnich państw pogańskich. Do tego czasu, istniał w zbiorowej mitologii (zwłaszcza na Bałkanach i na Rusi, a także, w nieco zmienione postaci, wśród Słowian Zachodnich pod postacią Welesa „bydlęcego boga” (shotij boh) ze staroruskiej powieści dorocznej.

Rodegast, daleki krewny Mitry, również dokonywał rytualnego mordu, odnawianego w dorocznych rytuałach, przywracając światu kosmiczną równowagę . Gdzieś tam w głębokim IX wieku tworzyły się zręby naszego systemu odczuwania, w których nie było miejsca dla sił symbolizowanych przez byka. Jak było to swoiste, świadczy fakt, iż chrześcijańscy wojownicy wielkomorawscy na szyjach zamiast krzyży nosili miniaturki Biblii – nowego prawa [1]. Byk odszedł w sferę ludowych, agrarnych zwyczajów lub nieco później w tajemniczą sferę znaków zodiaku – tak w nielicznych przedstawieniach istniejących w sztuce polskiej przedstawił go np. Witkacy. Hiszpańska walka byków przetrwała najazd arabski, w XII wieku powstają pierwsze, większe jej opisy już w królestwach chrześcijańskich. Tą protocorridą zajmowali się również, a nie wiemy czy nie głównie, szlachetnie urodzeni. To może być jeszcze jeden trop… Kultura szlachecka oczywiście na swój sposób również starała się zorganizować w odpowiednią narrację, wizję czy obraz całą tą gmatwaninę głębokich odczuć, kreowaną w wysoce ukształtowanym i sformalizowanym spektaklu corridy. Jednakże otoczenie, warunki, sytuacja i protagoniści ulegli zmianie. Nie była to arena a bór. Nie był to spektakl a realne polowanie, ściślej rzecz biorąc wyprawa na dzikiego zwierza, czasami w pojedynkę lub „samotrzeć”. Nie było przy tym publiczności  a często uciążliwa, fizycznie wyczerpująca wędrówka w głąb dzikiej puszczy. Te starcia nie były estetyzowane, to było brutalne starcie na śmierć i życie, choć już od XIV wieku wcale nie chodziło o zdobycie pożywienia. Co więcej od Władysława Jagiełły tur podlegał regułom ochrony przyrody, starano się utrzymać jego populację. Żubr i tur w szlacheckiej wyobraźni wyparły chtonicznego byka, olbrzymy, bo przecież samce obu tych gatunków były dwukrotnie większe (masą) niż bohater corridy. W dziwny sposób wyginięcie tura w pierwszej połowie XVII wieku położyło się nostalgicznym cieniem na całej symbolice, całym toposie walki człowieka z przeważającym nad nim czystą fizyczną siłą zwierzęciem. Jakby wraz ze zniknięciem tura w kulturze polskiej, żubr stracił na swej mitycznej głębi, stając się emblematem siły. W jakiś sposób to siedemnastowieczne polskie doświadczenie antycypowało to, co obserwujemy obecnie. Odpływ rozumienia, a raczej odczuwania rytualnej, mitycznej mocy tkwiącej w corridzie. Jest ona bowiem w naszej europejskiej kulturze chyba ostatnim tak złożonym spektaklem wiążącym nas z dawnymi rytuałami. Spektaklem naznaczonym tragizmem i patosem, ta mieszanka skłoniła jak sądzę Francisco Goyę do stworzenia „tauromachii”, cyklu, który stworzył po „okropnościach wojny”, dramatycznym obrazie okrucieństwa i śmierci, rzezi i bezduszności. W tym sensie Tauromachia jest odpowiedzią patetyczną i uwznioślającą z całą świadomością tragiczności ludzkiego losu. Dlatego to do Tauromachii, a nie Okropności wojny nawiązał Pablo Picasso malując „Guernicę”, starając się pokazać patos tkwiący w śmierci ofiar.

 

Inny aspekt zainteresował w corridzie surrealistów. Dość, wspomnieć słynny esej Michela Leirisa Lustro Tauromachii (Miroir de la tauromachie) z 1938 roku. To brutalne, dwuznaczne połączenie Erosa i Thanatosa, gry i niespełnienia, gdzie matador jest quasi-figurą Don Juana, stwarzającym iluzję, by zadać cierpienie. Ta wizja Leirisa silnie oddziałała zarówno na twórczość Salvadora Dali, jak i George’a Battaille’a [2].

Ta ewolucja mitu – od mitraistycznego (w Rzymie Mitra miał też łaciński tytuł Dens sol Invictus Mithra) symbolizującego przywracanie, porządku i ładu poprzez mitscheańską interpretację corridy ku próbom odkrycia erotyczno-seksualnych podtekstów w interpretacji całej złożonej struktury corridy, a nawet rozpiętość między tajemnymi, odbywającymi się w jaskiniach misteriami mitraistów a dzisiejszymi debatami o ważności corridy jako tradycji narodowej, bądź jej niedopuszczalności jako znęcania się nad zwierzętami, obrazują drogę jaką przeszła i podąża nasza cywilizacja. Bezspornym jednak faktem pozostaje, iż tak czy owak corrida dotyka w nas tego co najgłębsze, zaś powstałe w jej kręgu dzieła sztuki, nadal stawiają nas wobec pytań tyczących najgłębszych sensów naszego losu. Pytań, które w codziennym życiu możemy zapomnieć, przytłumić, ale przed którymi nie możemy się uchylić.



[1] Por. D. Třeštík, Mýty kmene Čechů, Praha, wyd. Lidowe Noviny.

[2] M. Leris, Lustro Tauromachii, tłum. M. Ochab, Słowo/obraz terytoria, Gdańsk 1999.

Zgłoś uwagę