„Sztokholm delete” – rozmowa z Jensem Lapidusem

Szwedzki pisarz Jens Lapidus był gościem Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Opowiadał o swojej najnowszej powieści „Sztokholm delete”, wydanej przez Marginesy.

  • Jens Lapidus fot. Tomasz Walków

    Jens Lapidus fot. Tomasz Walków

  • Jens Lapidus fot. Tomasz Walków

    Jens Lapidus fot. Tomasz Walków

  • Jens Lapidus fot. Tomasz Walków

    Jens Lapidus fot. Tomasz Walków


Agnieszka Kołodyńska: Właśnie ukazała się w Polsce „Sztokholm delete”, drugi tom z serii o Teddym, czyli Najdanie Maksumicu. Dlaczego uczyniłeś bohaterem swoich książek akurat Serba? Czy w Szwecji wśród przestępców dominują mieszkańcy Bałkanów?

Jens Lapidus: - W moich książkach opisuję przede wszystkim Sztokholm i podziemie przestępcze w tym mieście. W czasach, o których piszę, czyli w końcówce lat. 90 ubiegłego wieku to właśnie Serbowie stali na czele zorganizowanej przestępczości. To się zmieniło, teraz inne grupy narodowe zajmują się przestępstwami. W pierwszej trylogii wybrałem Serbów, w kolejnej występują postaci o serbskich korzeniach, ale urodzone w Szwecji. Teddy i Nikola formalnie są Szwedami pochodzenia serbskiego. Gorącym tematem w Szwecji jest pytanie o to, kiedy ktoś, kogo rodzice lub dziadkowie byli emigrantami, zacznie przez społeczeństwo być uważanym za Szweda.

W książce pojawiają się też przestępcy z Syrii. Czy to nowi imigranci, którzy przejmują kryminalne podziemie?

Jens Lapidus: - Nie. Wprawdzie pochodzą m.in. z Syrii, ale nie mają nic wspólnego z obecnymi uchodźcami. To Syriacy, prawosławni chrześcijanie z Bliskiego Wschodu. Mieszkają zarówno w Syrii jak też w Libanie i w Turcji. Przybyli dość licznie do Szwecji na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku. Zamieszkali pod Sztokholmem i zorganizowali się niczym mafia. Nie wymyśliłem tego, tak naprawdę się działo. Wielu Szwedów myli Syryjczyków z Syriakami, ale to zupełnie różne etnicznie grupy.

Teddy popełniał przestępstwa, odsiedział wyrok w więzieniu. Dlaczego uczyniłeś go pozytywnym bohaterem? Antybohater jest ciekawszy od klasycznego policjanta, czy detektywa?

Jens Lapidus: - Wiele skandynawskich kryminałów opiera się na tej samej zasadzie: morderstwo, śledztwo, ujęcie sprawcy. Bohaterem jest policjant, detektyw albo prokurator. Uważam, że dużo ciekawiej jest skupić się na antybohaterze, na kimś kto nie zawsze postępuje zgodnie z prawem. W moich pierwszych książkach bohaterami byli przestępcy. Teraz nie wybieram tylko przestępców, ale też osoby praworządne, ale nie mają one wiele wspólnego z policją. Poza tym są dużo ciekawsze od strony psychologicznej. Zastanawiam się nad tym, co dzieje się w umyśle człowieka, który chce zrobić coś dobre, ale zupełnie mu się nie udaje. Uważam, że w typowych kryminałach, gdzie próbujemy dociec, kto zabił, nie jest ciekawie. Lepiej skupić się, tak jak ja to robię, na postaciach. Czytelnika bardziej interesują motywy działania, czy bohaterowie popełnili jakąś pomyłkę w przeszłości, która spowodowała, że teraz postępują w określony sposób. Czytelnika interesuje jak potoczą się ich losy, a nie kto zabił. W „Sztokholm delete” odbiegam trochę od poprzednich schematów, bo wprowadzam intrygę. Jest zbrodnia i Teddy stara się ustalić, kto jest sprawcą.

W ciągu ostatnich dziesięciu lat postać antybohatera stała się bardzo modna w amerykańskich serialach telewizyjnych. To bardzo popularny zabieg np. w „Homeland” lub w „House of cards”. Bohaterowie postępują niezgodnie z prawem, robią rzeczy, których nigdy sami nie zrobilibyśmy, a mimo wszystko ich lubimy i utożsamiamy się z nimi.

W „Sztokholm delete” znajdziemy sporo dokumentów z przesłuchań. Podobnie wyglądają policyjne dokumenty?

Jens Lapidus: - Nie są to autentyczne dokumenty, ale wyglądają dokładnie tak jak te tworzone przez policję w Szwecji. Wykorzystałem przy ich tworzeniu moje prawnicze doświadczenie. W moi książkach używam różnego rodzaju języka. Kiedy opowiadam historię staram się, by była opowiedziana bardzo szybko, jak wystrzały z karabinu maszynowego. Akcja musi biec szybko. W ten żywy język wstrzykuję dla kontrastu elementy języka formalnego, biurokratycznego, prawniczego. Wymiar sprawiedliwości jest zawsze krok z tyłu, za tym co się dzieje i w swój powolny, biurokratyczny sposób stara się wyjaśnić, co się zdarzyło.

Jak udaje się połączyć pracę pisarza i prawnika? Zdarzają się na tej linii konflikty?

Jens Lapidus: - Same konflikty [śmiech]. Jeszcze trzy lata temu pracowałem na pełen etat jako prawnik. Pisałem tylko i wyłącznie w wolnym czasie. Mój dzień polegał na tym, że rano odwoziłem dzieci do szkoły i przedszkola, o godz. 9 byłem już w sądzie, potem odbierałem dzieci, jedliśmy, kładłem je spać i dopiero wtedy miałem czas na pisanie. Kiedy urodziło mi się trzecie ten system był nie do utrzymania, więc zmniejszałem godziny pracy jako prawnik. Teraz nie pracuję nawet na pół etatu. To był pierwszy konflikt – brak czasu.

Drugi konflikt to obowiązek dochowania tajemnicy względem klienta. Jeśli jakaś sprawa mnie zainspiruje to nie mogę jej dosłownie przenieść do książki. Zmieniam wówczas wszystko – imiona, wygląd bohaterów, okoliczności, mieszam różne postępowania ze sobą i dopiero z nich tworzę nową historię. Po wydaniu pierwszej książki obawiałem się, że ktoś przyjdzie do mnie i powie, że wykorzystałem jego sprawę. Nie ważne, czy byłaby to prawda, jeśli ktoś wierzy, że opowiadam o nim to wtedy mam problem. Na szczęście nic takiego nie wydarzyło się. Przez lata nauczyłem się jak ukrywać fakty i jak zmieniać okoliczności.

Dlaczego w Skandynawii powstaje tak wiele kryminałów? W Szwecji i innych krajach skandynawskich jest za spokojnie, zbyt bezpiecznie i pisarze muszą tworzyć alternatywną rzeczywistość?

Jens Lapidus: - Myślę, że odpowiedziała Pani częściowo na to pytanie. Żyjemy w najspokojniejszych krajach na świecie. Szwecja, Norwegia, Dania, Finlandia są najbezpieczniejsze, ale to z tych krajów pochodzą naprawdę brutalne historie. Sądzę, że chodzi o kontrast pomiędzy spokojem, który burzy nagle straszne wydarzenie. Dlatego nie ma tak wielu autorów kryminałów w Meksyku czy w Rosji, bo tam życie jest brutalniejsze niż w Skandynawii.

Wydaje mi się, że część odpowiedzi znajdziemy w naszej historii. W latach 60. ubiegłego wieku małżeństwo szwedzkich pisarzy Maj Sjöwall i Per Wahlöö stworzyło nowy rodzaj powieści kryminalnej, do której włączyli lewicową krytykę społeczną. Napisali razem dziesięć książek. Sjöwall jest uważana za królową kryminału w Szwecji. Tę tradycję lewicowej krytyki kontynuował Mankell w serii z Wallanderem, potem Stieg Larsson w „Millenium”. Choć oczywiście wielu pisarzy w ogóle nie miesza się do polityki.

Autorzy kryminałów znają się osobiście? Spotykacie się ze sobą, utrzymujecie kontakty?

Jens Lapidus: - Nie. Mam wrażenie, że autorów kryminałów ze Skandynawii jest za dużo. Co tydzień wychodzi coś nowego, ktoś zostaje okrzyknięty nowym Larssonem. Mam wrażenie, że toniemy w zalewie tzw. skandynawskich kryminałów. 

Zgłoś uwagę