Zaklejanie powiek, ubieranie zwłok, złe sny. Przedsiębiorcy pogrzebowi zdradzają kulisy swojej pracy

Zwłoki dziewięcioletniego dziecka leżały w worku. Chłopczyk, czy dziewczynka? - Nie miałem pojęcia, nie widziałem nawet twarzy. Jak wziąłem wątłe ciałko na ręce, czułem tylko małą główkę, wyczuwałem nóżki - opowiada Arkadiusz Kwiatkowski. Kiedy przenosił zwłoki na nosze, serce biło w jego piersi jak oszalałe. - Włosy stały przysłowiowego dęba - wspomina. Później szybko z ciałem do samochodu i do chłodni. Tam trzeba było rozebrać je do naga, umyć i przygotować do ceremonii. - Na szczęście szef był wyrozumiały i nie musiałem tego robić - mówi z ulgą, opisując swoje pierwsze dni pracy w zakładzie pogrzebowym. Miał wtedy niecałe 17 lat. - Tej nocy nie mogłem zasnąć - wspomina.

Arkadiusz Kwiatkowski trafił do branży pogrzebowej dzięki wujkowi, który był grabarzem. - Kopałem dołki i ubierałem nieboszczyków już jako nastolatek - mówi wprost. - Robiłem to przez kilkanaście lat. Dopiero pięć lat temu postanowiłem przejść na swoje i otworzyłem firmę - dodaje. Teraz jest właścicielem zakładu pogrzebowego Gabriel we Wrocławiu, ma pracowników, którzy zajmują się ciałami. - Lubię to, co robię - zaznacza.

Przez rodzinę do biznesu trafił również Krzysztof Jaźwiec. Jego kuzyn jeździł w firmie Bongo. Sprowadzał ciała Polaków, którzy zmarli za granicą, a zmarłych obcokrajowców transportował do macierzystego kraju. - Zaproponował mi, żebym był podwykonawcą i swoim samochodem odbierał trumny z lotniska. Zgodziłem się i rozwoziłem zwłoki po całym kraju - opowiada Krzysztof Jaźwiec, który po roku takiej pracy postanowił otworzyć zakład pogrzebowy Minos w Warszawie. Od tego czasu widuje zwłoki niemal codziennie. Kiedy jeździł dla Bongo, nie otwierał przecież dostarczanych trumien. - Pierwsze samodzielnie odebranie zwłoki? To była kobieta, mężczyzna? Z którego szpitala? Nie pamiętam. To było 24 lata temu - zaznacza. Czytaj więcej...

Zgłoś uwagę