American Film Festival 2016. Ameryka, czyli inaczej niż w raju

Ponad 9 milionów kilometrów kwadratowych powierzchni i blisko 309 milionów obywateli. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej robią wrażenie, choć pokazywane na American Film Festival filmy są dowodem na to, że zamiast „american dream” niekiedy lepiej pasuje tu tytuł filmu Jima Jarmuscha „Inaczej niż w raju”. Festiwal potrwa do niedzieli 30 października.

  • Scena z filmu „Christine” o Christine Chubbuck

  • Scena z „Patersona” Jima Jarmuscha


Nazwisko Jima Jarmuscha było podczas festiwalu przywoływane wielokrotnie. Podczas inauguracji American Film Festival pokazany został najnowszy film amerykańskiego reżysera „Paterson” inspirowany m.in. poezją Williama Carlosa Williamsa, w pokazach uczestniczył producent obrazu, Joshua Astrachan, prywatnie dobry przyjaciel Paula W.Jonesa, ambasadora USA w Polsce.

„Paterson” polecany przez wielu krytyków, choć w Cannes nieco pominięty, okazał się jednym z najbardziej optymistycznych filmów siódmej edycji AFF. Opowieść o kierowcy miejskiego autobusu, który w wolnych chwilach pisze wiersze, spędza czas z ukochaną żoną, rozmawia ze znajomymi w lokalnym barze i wyprowadza psa to hymn na cześć codziennego, zwyczajnego, ale mimo to wyjątkowo pięknego życia. Trudno nie polubić bohatera, nawet jeśli wydaje się momentami zbytnim safandułą. Film Jarmuscha opiewa także miłość w najdrobniejszych jej przejawach – akceptacji tego, jakim jest drugi człowiek i głębokiego dla jego poczynań szacunku.  

Ale sielska amerykańska prowincja, jak miejscowość Paterson i zamieszkujący ją ludzie w filmie Jarmuscha to obraz ciepły, słoneczny, optymistyczny, przywracający wiarę w ludzi.

Zupełnie inny wizerunek Stanów, tym razem z czasów po aferze Watergate, oglądamy w filmie „Christine” Antonia Camposa śledząc ostatnie tygodnie z życia Christine Chubbuck, amerykańskiej reporterki stacji WXLT z Sarasoty na Florydzie. Zmieniające się standardy pozyskiwania oglądalności (więcej krwi, sensacji), niezgoda Chubbuck na ten stan rzeczy i jej pogłębiająca się depresja spowodowana m.in. niepowodzeniami w życiu prywatnym spowodowały, że w lipcu 1974 roku Chubbuck popełniła samobójstwo w emitowanym na żywo programie zaznaczając, że w ten sposób zaspokaja ambicje prowadzących stację. Film Camposa z fenomenalną Rebeccą Hall w tytułowej roli to nie tylko historia jednostki, która nie potrafłai dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości, ale i rozdział z historii amerykańskiej telewizji, która zaczęła się drastycznie zmieniać w latach 70. To wreszcie także historia o kobiecie walczącej o należną sobie pozycję w świecie zdominowanym przez mężczyzn (do dziś w amerykańskich mediach prowadzącymi programy krajowe i najważniejszymi komentatorami są głównie mężczyźni). Film Camposa ma wiele atutów. Pierwszy i niezaprzeczalny – genialną wprost rolę Rebeki Hall, która wchodzi do pierwszej holywoodzkiej ligi i gra przejmująco, prawdziwie rozumie problemy swojej bohaterki, jej wściekłość i bezsilność w obliczu zmieniającej się sytuacji. Drugi to scenariusz Craiga Shilowicha, w którym portret kobiecy oddany został w sposób absolutnie autentyczny i porażający. Trzeci to role drugoplanowe, bo świetnie grają zarówno Michael C.Hall, jako prowadzący program kolega Chubbuck z pracy i obiekt jej westchnień, a zwłaszcza Maria Dizzia jako koleżanka z pracy Jean, czy wreszcie J. Smith-Cameron jako matka Chubbuck. Samobójstwo Chubbuck stało się głośne w całych Stanach, a sprawą zainteresował się też wówczas słynny scenarzysta Paddy Chayefsky, który napisał skrypt filmu „Sieć”. Tam bohater, by podnieść oglądalność, postanawia popełnić na antenie samobójstwo, co oznajmia swoim widzom. W obydwu obrazach ponad dobro jednostki przedkłada się biznes.

Trochę jak w dokumencie „Oświeć nas” Jenny Carchman, w którym autorka pokazuje nam nie tylko bohatera, Jamesa Arthura Raya, jednego z najpopularniejszych mówców motywacyjnych, ale próbuje przyjrzeć się i opisać zjawisko coachingu, które w Stanach generuje ogromne zyski ze sprzedaży książek, DVD i spotkań, a także obozów motywacyjnych. Ray na takie właśnie wyjazdy (płatne blisko 10 tysięcy dolarów za osobę) zabrał w 2009 roku grupę swoich słuchaczy. Zamknął się z nimi w tzw. namiocie potu, gdzie podczas rytuału oczyszczenia trzy osoby zmarły z powodu hipotermii. Ray znalazł się na ławie oskrażonych, ale zamiast za morderstwo sądzono go za nieumyślne spowodowanie śmierci i osadzono w więzieniu zaledwie na dwa lata, co rodziny ofiar skomentowały jako przerażający żart. Carchman obserwowała Raya przez kilka miesięcy po wyjściu z więzienia, przywołując też archiwalne nagrania jego treningów oraz relacje świadków, którzy bywali na jego meetingach i znaleźli się także w feralnym namiocie. Z filmu „Oświeć nas” wyłania się wstrząsająca wizja człowieka, którego egoizm i wmówiona sobie misja uzdrawiania zabiły zwykłe ludzkie odruchy, jak chęć autentycznej pomocy (Ray uciekł z namiotu i nie próbował ratować swoich „wyznawców”), czy poczucie winy. Ale to także pytanie o to, skąd w Ameryce rokrocznie znajdują się miliony ludzi, których zagubienie jest pożywką dla rozmaitego rodzaju coachów. Przygotowanych na sukces. Głównie finansowy, bo realnych efektów ich działań nie widać, czego dowodem dawni uczestnicy kursów Raya.

Zgłoś uwagę