Toast na tajlandzkiej plaży

Co się wydarzyło na trasie z Laosu do Kambodży

  • Plaża

    Z plażą w Kambodży też się dobrze komponujemy...


Minęło już 100 dni, odkąd wyjechali. Jak mówią, setny dzień podróży to moment w pewien sposób przełomowy i skłaniający do refleksji. Dodatkowo zbiegł się on w czasie z początkiem nowego roku, czyli okresem tradycyjnie już związanym z podsumowaniami.

Nasi podróżnicy, Joanna i Aleksander Gąsieniec, podsumowali więc – co prawda nie cały rok, ale ostatnie tygodnie, od kiedy opuścili Pekin. Ich opowieść, podobnie jak poprzednia, jest frapująca i zilustrowana przepięknymi zdjęciami. Dajemy okazję naszym Czytelnikom do podziwiania wszystkiego – tym razem w dwóch odcinkach (pierwszego szukaj tutaj).

 

Gotowi na Rosjan

Wybór padł na Laos. Zdecydowaliśmy, że dojedziemy do Nong Khai przy granicy nocnym pociągiem, żeby zaoszczędzić na kosztach podróży. Pociąg odjechał z Bangkoku z ponad 30-minutowym opóźnieniem, ale w Azji to nic takiego. Ważne, że jedzie i kiedyś dojedzie na miejsce. Rozkład jazdy to tylko sugestia.
W pociągu poznaliśmy trzech młodych chłopaków z Finlandii. W pierwszej chwili myśleliśmy, że są Rosjanami. Jak się okazało, oni z kolei myśleli, że to my jesteśmy Rosjanami… Mieliśmy z całej sytuacji sporo śmiechu i szybko złapaliśmy wspólny język. Dowiedzieliśmy się, że właśnie zakończyli obowiązkową w Finlandii służbę wojskową i wybrali się w kilkumiesięczną podróż po Azji Południowo-Wschodniej. Mówili, jak w wojsku każdego dnia słyszeli, że muszą być gotowi na trzy rzeczy: Rosjan, Rosjan i Rosjan. Finowie zdecydowali tymczasowo dołączyć do nas, żebyśmy spędzili jeszcze trochę czasu razem.
Pociągiem rzucało okropnie, do tego stopnia, że czasem aż nas to budziło. Spaliśmy na górnym łóżku, niewiele więc brakowało do upadku. Nic takiego, na szczęście, się nie zdarzyło i dojechaliśmy bezpiecznie na miejsce.

 

'Łuk Triumfalny' w Wientian

 

Sporo czasu zabrało nam poszukiwanie sprawdzonego wcześniej w internecie noclegu. Miało być blisko, ale nic z tego. Nikt z mieszkańców nie był w stanie nam pomóc. Żaden kierowca nie wiedział, gdzie to jest… Jednak w końcu dotarliśmy, spoceni i zmęczeni.
Na miejscu przywitał nas piękny widok: niewielki basen pośród bujnej, tropikalnej roślinności. Gdzieniegdzie na drzewach wisiały nawet banany. Nad basenem spędziliśmy resztę dnia i większość następnego. Każdy widać tego potrzebował. My też nie narzekaliśmy, bo po miesiącu w drodze przydała nam się chwila relaksu.

 

Rajd po Laosie

W Laosie byliśmy w sumie krótko, bo nasi przyjaciele mieli do dyspozycji tylko urlop. Musieliśmy więc wypełniać dni po brzegi i szybko przemieszczać się z miasta do miasta. Do tego jeszcze dotrzeć w wymaganym terminie do miejsca, z którego mogli szybko i niedrogo wrócić pod koniec urlopu do Bangkoku, skąd mieli lot powrotny do Polski.
Odwiedziliśmy razem upalne Wientian i pełne świątyń Luang Prabang. Zatrzymaliśmy się też na chwilę w Luang Namtha i Huay Xai.

 

Jedna ze świątyń w Luang Prabang

 

Sprzedawca owoców w Luang Prabang

 

 Mekong w Luang Prabang

 

W Laosie działa tylko transport drogowy, a drogi są w fatalnym stanie. Miejscami też po prostu ich nie ma. Przejechanie krótkich dystansów zajmuje więc cały dzień, ale nie tylko z tego powodu. Stare autobusy, wypakowane po brzegi ludźmi i bagażem, przewożące, co się da na dachu, łącznie z motocyklami, chwilami po prostu nie dają rady jechać pod górę. Kierowca musi zredukować bieg do pierwszego i wspinać się na szczyt wzniesienia w żółwim tempie. Momentami tak wolno, że chyba na piechotę byłoby szybciej… Dzięki temu można było jednak spokojnie podziwiać wspaniałe górskie panoramy, których w północnym w Laosie nie brakuje.

 

 Załadunek motoru na dach autobusu w Wientian

 

Laotański bus wiozący nas do Luang Namtha

 

W Huay Xai przekroczyliśmy granicę z Tajlandią, przepływając małą łodzią na drugą stronę Mekongu, gdzie złapaliśmy autobus do Chiang Mai, w którym spędziliśmy ostatnie chwile razem. Kilka dni później Monika i Marcin wrócili do Bangkoku, a my znów zostaliśmy sami.

 

 Krajobraz Laosu w drodze do Huay Xai

 

Życie w Chiang Mai

W tym mieście spędziliśmy blisko dwa miesiące. Odwiedziliśmy prawie wszystkie atrakcje zarówno w jego granicach, jak i w okolicy. Cieszyliśmy się spokojnym tempem życia i pierwszym od wielu lat tak długim okresem, gdy nie musieliśmy niczego planować, niczym się martwić ani nigdzie się spieszyć.

 

 Panorama Chiang Mai

 

 Festiwal Yee Peng w Chiang Mai w Tajlandii

 

 Mnich podczas festiwalu Yee Peng w Chiang Mai

 

Mieszkaliśmy z dala od turystycznego centrum, więc mieliśmy okazję podejrzeć codzienne życie mieszkańców i skorzystać z niższych w tej części miasta cen. Zorientowaliśmy się też w pewnym momencie, że, tak samo jak w Chinach, sporą popularnością cieszy się tu glutaminian sodu, który całymi łyżkami dosypywany jest do każdej porcji jedzenia. W niektórych sklepach sprzedawany jest nawet w 15-kilogramowych workach. Byliśmy trochę rozczarowani i zawiedzeni, ale po krótkich poszukiwaniach na forach internetowych okazało się, że można w Chiang Mai zjeść dobry i zdrowy posiłek, bez polepszaczy, który nie jest dużo droższy od tego z podkręconym sztucznie smakiem. Na dodatek jedno z bardziej polecanych miejsc było bardzo blisko ulicy, przy której mieszkaliśmy, więc często tam gościliśmy.

 

 Plemię Hmongów w okolicy góry Doi Suthep, Chiang Mai

 

 

  Imponująca Biała Świątynia w Chiang Rai


Ponieważ granicę przekroczyliśmy drogą lądową, przysługiwało nam pozwolenie na pobyt tylko na 15 dni. Byliśmy więc zmuszeni do opuszczania Tajlandii raz na dwa tygodnie, żeby odnowić pieczątki w paszportach.
Jeździliśmy do Mae Sai, małego miasteczka na północ od Chiang Mai, przy granicy z Birmą. Tam można było przejść przez granicę w jedną i drugą stronę w kilkanaście minut. Niestety taka wycieczka zajmowała nam cały dzień, ale przy okazji przekonaliśmy się, że w Tajlandii jest mnóstwo truskawek! W miarę zbliżania się do granicy z Birmą pojawia się coraz więcej upraw, aż wreszcie są dosłownie jedna przy drugiej, po obu stronach drogi. Co chwila stoją też prowizoryczne stragany, na których można kupić truskawki i wino truskawkowe domowej roboty. Właściciele tych drobnych sklepów chwalą się nawet posiadaną licencją na produkcję i sprzedaż alkoholu. Ciekawe czy prawdziwą?
Wino było bardzo dobre i niedrogie.

 

 www.wroclaw.pl w najdalej wysuniętym na północ punkcie Tajlandii


Sylwester na plaży

Stare powiedzenie mówi, że wszystko, co dobre, szybko się kończy. Po raz kolejny przekonaliśmy się o tym, gdy nasz pobyt w Chiang Mai dobiegł końca. Dziwiliśmy się, jak to możliwe, że dopiero co żegnaliśmy się z wracającymi do Polski przyjaciółmi, a tu nagle sami już musimy ruszyć w drogę.

 

  www.wroclaw.pl w Angkor Wat

Postanowiliśmy spędzić okres noworoczny nad morzem, na południowy wschód od Bangkoku, w małej miejscowości Ban Phe, popularnej głównie wśród Tajów. Na miejsce dojechaliśmy z dwudniowym postojem w Bangkoku. Wszyscy turyści z autobusu, którym jechaliśmy, pognali na przystań promową, żeby popłynąć na znajdującą się nieopodal wyspę, a my udaliśmy się na liczącą 11 kilometrów piękną plażę, stanowiącą część parku narodowego. Tam spędziliśmy wspaniałego sylwestra, odliczając minuty do północy nad brzegiem morza, oświetlonego blaskiem fajerwerków.

 

Co dalej?

Po Nowym Roku ruszyliśmy dalej na wschód, w stronę granicy z Kambodżą. Nasze pozwolenie na pobyt w Tajlandii dobiegało końca i musieliśmy z żalem i sentymentem opuścić jej granice. Nie wiemy, kiedy znów do niej wrócimy, ale cieszymy się też, że znów jesteśmy w drodze i czekają nas kolejne przygody.

W tej chwili kończymy zwiedzać Kambodżę. Za kilka dni ruszamy na miesiąc do Wietnamu, a później do Nowej Zelandii, z krótkim postojem w Singapurze. Za nami już 100 dni. Ile jeszcze przed nami? Czas pokaże.

 

www.wroclaw.pl nad Mekongiem, na promenadzie w Phnom Penh

 

 

Aleksander Gąsieniec

fot. J. i A. Gąsieniec, 4evermoments.com

Zgłoś uwagę