Wieści znad rzeki Huangpu…

…czyli jak Pchła i Olo nie dali się szanghajskim cwaniakom

  • www.wroclaw.pl w Chinach

    www.wroclaw.pl nad rzeką Huangpu w Szanghaju razem z wrocławskimi podróżnikami


Minęło już 100 dni, odkąd wyjechali. Jak mówią, setny dzień podróży to moment w pewien sposób przełomowy i skłaniający do refleksji. Dodatkowo zbiegł się on w czasie z początkiem nowego roku, czyli okresem tradycyjnie już związanym z podsumowaniami.

Nasi podróżnicy, Joanna i Aleksander Gąsieniec, podsumowali więc – co prawda nie cały rok, ale ostatnie tygodnie, od kiedy opuścili Pekin. Ich opowieść, podobnie jak poprzednia (http://www.wroclaw.pl/wroclawpl-w-zakazanym-miescie), jest frapująca i zilustrowana przepięknymi zdjęciami. Dajemy okazję naszym Czytelnikom do podziwiania wszystkiego – tym razem w dwóch odcinkach. A zaczynamy od…

 

…herbatki w Szanghaju

Po kilku intensywnych dniach w Pekinie, ruszyliśmy do Szanghaju. Wybraliśmy, standardowo już, przejazd pociągiem, który pokonał ponad 1300 km w niecałe 12 godzin, kończąc bieg na starym dworcu kolejowym w centrum miasta. Stąd blisko już było na metro, którym dojechaliśmy do hostelu. Zaskoczył nas pozytywnie standard noclegu. Wybraliśmy jedno z najtańszych miejsc, a było o niebo lepiej niż w Pekinie za tę samą cenę. Do tego wszyscy mówili po angielsku, więc poczuliśmy się jak w innym kraju.

Nad rzeką Huangpu roztacza się wspaniały widok na biznesową dzielnicę Szanghaju – Pudong. Można się tam poczuć, jak w mieście z przyszłości. Któregoś dnia, kiedy spacerowaliśmy po parku znajdującym się między ogromnymi wieżowcami, podeszła do nas grupa Chińczyków z aparatami i kamerami. Okazało się, że zbierają materiał do kampanii promującej Szanghaj, jako biznesową stolicę Azji. Zgodziliśmy się wziąć udział w akcji i stanęliśmy przed obiektywami, trzymając tabliczkę z napisem „I Love Financial City”. Do dzisiaj nie wiemy, czy zdjęcia zostały gdzieś wykorzystane. Może trafiliśmy do jakiejś chińskiej gazety?

 

Biznesowa dzielnica Pudong, Szanghaj

 

Innym razem, gdy spacerowaliśmy promenadą wzdłuż rzeki, podziwiając zapierającą dech w piersiach panoramę Pudongu, usiedliśmy na chwilę na ławce, żeby odpocząć. Obok siedziała para Chińczyków. Kiedy wyciągnęliśmy mapę miasta, żeby zaplanować dalszą trasę wycieczki, zaoferowali nam pomoc i zaczęli pytać, skąd jesteśmy, gdzie idziemy i co już widzieliśmy. Żywo zainteresowali się naszą podróżą, opowiadając też sporo o sobie. Zaproponowali, że niedaleko jest fajne miejsce, które chętnie nam pokażą, jeśli mamy ochotę się przejść. Można tam było ponoć zobaczyć tradycyjną ceremonię parzenia herbaty i oczywiście napić się jej. Zapaliła nam się wtedy „czerwona lampka”. Znamy ten przekręt, czytaliśmy o nim kiedyś w internecie. Do tego w naszym hostelu koło recepcji wisiała kartka, na której było napisane wielkimi literami, żeby uważać na ludzi, którzy proponują herbatę. Uznaliśmy jednak, że jesteśmy w centrum miasta, wokół mnóstwo ludzi, więc niech im będzie, w końcu co może się stać? Byliśmy też ciekawi, na co będą nas próbowali naciągnąć i jak wyglądają takie przekręty „od kuchni”, a nie z opowieści.

 

Pudong w Szanghaju nocą

 

Po drodze zagadywali nas cały czas tak, żebyśmy nie mieli okazji porozumieć się między sobą w żaden sposób. Sprytnie. Opowiadali jakieś niestworzone historie o swoim życiu. Na siłę próbowali pokazać, że mamy dużo wspólnego. Pytali, co sądzimy o tym czy owym i okazywało się, że oni uważają dokładnie tak samo. Albo czy lubimy jakieś danie i to była oczywiście ich ulubiona potrawa. Mnóstwo drobnych chwytów, żeby zdobyć zaufanie i uśpić czujność. Zabawnie było brać w tym udział i obserwować ich zachowanie, wiedząc od początku, o co chodzi.

 

 Świątynia w Szanghaju

 

W końcu doszliśmy na miejsce. Stanęliśmy przed wejściem do przeciętnie wyglądającego budynku przy dużej ulicy. To był moment na zakończenie całej farsy, zanim wejdziemy do środka i nie będzie już odwrotu. Spytałem więc po prostu, ile kosztuje oglądanie ceremonii i picie herbaty. Zawahali się na ułamek sekundy i widać było, że na to pytanie nie są przygotowani. Nie dali jednak za wygraną i zaproponowali, żebyśmy weszli do środka i sprawdzimy razem. Ładnie podziękowaliśmy i powiedzieliśmy, że niestety nie mamy pieniędzy, ale niech idą bez nas i dobrze się bawią.

 

Perła Orientu w Szanghaju

 

Dla tych, którzy nie słyszeli wcześniej o „herbacianym przekręcie”: chodzi o zaproszenie kogoś na zwykłą herbatę, która później okazuje się kosztować kilkaset złotych. Dzwonienie na policję nie pomaga, bo policjanci dostają z tego swoją działkę, a poza tym pod ladą jest cennik ze wszystkimi kwotami. To, że turysta nie umie czytać po chińsku, to już jego problem. Wyjść też nie można, bo wtedy przy drzwiach pojawia się kilku smutnych panów, którzy nie lubią sprzeciwu. To ponoć jeden z najbardziej znanych w Chinach przekrętów. Wciąż jednak próbują gdzieniegdzie „złapać” na niego niczego nieświadomych turystów.

 

Salvador Dali w Szanghaju

 

Postój w Bangkoku

Nasz pobyt w Chinach dobiegł końca wraz z wizytą w Szanghaju. Wyjeżdżaliśmy trochę z ulgą, chociaż teraz, patrząc na Chiny z perspektywy czasu, chętnie kiedyś do nich wrócimy na dłużej. Mieliśmy już jednak zaplanowane spotkanie z przyjaciółmi, więc nadszedł czas ruszyć w drogę i odbyć pierwszy, i na razie jedyny, lot w czasie naszej podróży. Do Bangkoku dotarliśmy wygodnie na pokładzie Philippine Airlines, z przesiadką w Manili. Pierwszy raz zdarzyło nam się dostać w samolocie na deser lody, i to jeszcze o smaku mango.

Podróż przez Filipiny szczęśliwie odbyliśmy krótko przed nadejściem potężnego tajfunu Haiyan, o którym głośno było na całym świecie. W Bangkoku przywitała nas pustka na lotnisku, czego zupełnie się nie spodziewaliśmy. Zawsze były tam ogromne kolejki do kontroli paszportowej, a wtedy akurat nie było tam nikogo, prócz celników. Mieliśmy widać szczęście i po kilku minutach od wyjścia z samolotu byliśmy już w drodze na stację kolejową, skąd pociągiem szybko i tanio dojechaliśmy do miasta. Następnego dnia spotkaliśmy się z Moniką i Marcinem, nadrobiliśmy zaległości towarzyskie i ustaliliśmy wstępny plan wspólnej trasy.

 

Pociąg z Bangkoku do Nong Khai przy granicy z Laosem

 

Aleksander Gąsieniec

fot. J. i A. Gąsieniec, 4evermoments.com

Zgłoś uwagę