...i jego na nowo nazwany Wrocław

Przyjechał tu, gdy dopiero opadał kurz po oblężeniu Festung Breslau. Był tu już w nocy 28 maja 1945 r. wraz z grupą operacyjną, wysłaną do przywracania polskości w odzyskanym mieście. Niespełna 34-letni prawnik, Andrzej Jochelson, w wyprawie na Dolny Śląsk najpierw upatrywał szansy na polepszenie bytu swojej rodzinie. Wrocław wszedł mu jednak tak mocno w krew, że oddał mu wszystkie kolejne lata życia zawodowego i społecznego z ponadprzeciętnym zaangażowaniem. Jego wrocławskiej pasji nie osłabiły nawet dramatyczne przejścia, gdy uznany za wroga ludowego państwa, został aresztowany, więziony, lżony i bity. Nasze miasto zawdzięcza mu polskie nazwy wielu ulic. 28 maja br. Wrocław dał wyraz tej wdzięczności.

Małgorzata Wieliczko | 28 maja 2021

W parku Kasprowicza na Karłowicach, w pobliżu domu, w którym rodzina państwa Jochelsonów mieszkała prawie do końca lat 90. ub. wieku, 28 maja br. miała miejsce szczególna uroczystość upamiętnienia mec. Jochelsona – pioniera Wrocławia, prawnika o duszy artysty, żołnierza Września 1939, więźnia politycznego, propagatora wrocławskiej historii i kultury, autora nazw wielu wrocławskich ulic.

Tego dnia została odsłonięta tablica, umieszczona na kamiennym obelisku w pobliżu również specjalnie na tę okazję posadzonego drzewa (buk pospolity w odmianie płaczącej) – symbole pamięci o wybitnym wrocławianinie, zasłużonym w dziele przywracania we Wrocławiu polskiej państwowości.

W liście od prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka, który został odczytany i złożony na ręce rodziny mec. Jochelsona przez Jacka Barskiego, dyrektora Departament Strategii i Rozwoju Miasta UM Wrocławia (fot. powyżej), czytamy m.in.:

(...) Mamy wielkie szczęście, że mecenasa Jochelsona, którego miejsce pamięci dziś odsłaniamy, znamy i o jego roli dla wznoszenia powojennego Wrocławia pamiętamy. (...) Dzisiaj, podtrzymując rozbudowę Wrocławia, w pewnym sensie pielęgnujemy także dzieło pana mecenasa. Z podobną jemu troską, myślimy, jakie miasto pozostawimy następcom i kolejnym pokoleniom. Wrocław odczuwa ogromną wdzięczność wobec Andrzeja Jochelsona, widząc w nim nie tylko osobę oddaną służbie miastu, ale także wyraźny symbol i wzór dla nas wszystkich.

Za pielęgnowanie pamięci o ważnej dla Wrocławia postaci wszystkim państwu bardzo dziękuję. Łączę ukłony i wyrazy szacunku. Jacek Sutryk 

– Chciałbym o jeszcze jednej rzeczy dziś powiedzieć. Pan mecenas Jochelson przewodniczył przed laty Komisji Nazewnictwa Ulic w Towarzystwie Miłośników Wrocławia. Kiedy odszedł, jego miejsce zajął prof. Bernard Jancewicz. Mamy tu niezwykły zbieg okoliczności – dzisiaj w południe pochowany został pan profesor Jancewicz [zmarł 17 maja br. – red.] i także dzisiaj odsłaniamy symbol pamięci pana mecenasa Jochelsona, równocześnie żegnając jego następcę – mówił dyrektor Jacek Barski.

Zgromadzeni minutą ciszy uczcili pamięć zarówno tych obu zasłużonych dla miasta pionierów, jak i tych, którzy „przyczynili się do tego, że mieszkamy w mieście, w którym ceni się tradycję i tych, którzy oddają swój wysiłek, zdrowie i często życie dla naszego miasta” – podkreślił także Jacek Barski.

Głos podczas uroczystości w imieniu palestry wrocławskiej zabrał mec. Maciej Korta (fot. powyżej), który był jednym z inicjatorów szczególnego upamiętnienia postaci i dzieła Andrzeja Jochelsona w naszym mieście. – Władze Wrocławia do tej naszej adwokackiej inicjatywy się odniosły – m.in. powiedział mec. Korta.

– Wielokrotnie miałem przyjemność spotykać pana mecenasa Jochelsona na parterze budynku przy ul. Sądowej 4. Już wtedy wiedziałem, że na korytarzu mija mnie „Ktoś” – postać ważna, wybitny adwokat, zasłużony wrocławianin, wybitny patriota. Wiedziałem to od starszych adwokatów. Jaki ja wtedy byłem dumny, że tworzę razem z mecenasem Jochelsonem jedną adwokaturę, a byliśmy przecież przedstawicielami zupełnie innych pokoleń – podkreślił Maciej Korta.

W imieniu rodziny tablicę pamiątkową odsłonił i zabrał głos syn mec. Andrzeja Jochelsona – Albert Jochelson (fot. powyżej).

– Chciałem bardzo serdecznie podziękować przedstawicielom Urzędu Miejskiego, w tym prezydentowi Sutrykowi, i palestrze wrocławskiej za to piękne upamiętnienie mojego śp. ojca, Andrzeja Jochelsona. To podziękowanie składam również w imieniu mojej siostry, brata, wnuków i prawnuków. Tak się złożyło, że dokładnie 76 lat temu – 28 maja 1945 r. o godz. 12.50 – ojciec wyjechał specjalnym autobusem z Krakowa i o północy dotarł do Wrocławia. Teraz, po latach, mój ojciec „przychodząc” tu ze swoją żoną, Henryką, która zawsze go wspierała, dozna wielkiego wzruszenia, że jego pamięć została tak pięknie uhonorowana... – nie bez wzruszenia powiedział Albert Jochelson.

Na tablicy, pod którą kwiaty złożyła córka mecenasa Jochelsona – Maria Jankułowska (fot. powyżej), oprócz dedykacji dla zasłużonego pioniera Wrocławia i twórcy polskiego nazewnictwa, zapisano również zdanie, które kiedyś wypowiedział:

Ogółem nasza Komisja opracowała 1250 nazw, z czego większa część była mojego autorstwa, ponieważ osobiście dokonywałem przekładów, choć wiele ulic otrzymało nowe, polskie nazwy.

Uczestnicy uroczystości – rodzina, przedstawiciele Urzędu Miejskiego, wrocławskiej adwokatury, zaproszeni goście – 28 maja 2021 r. Zdjęcia: M. Wieliczko/www.wroclaw.pl

Niezwyczajne dzieje polskiego inteligenta

Droga Andrzeja Jochelsona do Wrocławia na pewno nie wiodła jak po sznurku. Trafił tu po dalekiej podróży, spędzając dzieciństwo i młodość w różnych miastach na dwóch kontynentach, po drodze zdobywając solidne wykształcenie, ale i poznając zapach prochu.

Urodził się w rodzinie, której historia sięga czasów odległych, ale jak sam napisał w swoich wspomnieniach*:

(…) o rzeczach pewnych można mówić dopiero od XVIII wieku […] Wiadomo, że protoplasta rodu, uczony i sławny J. […] wywodził się z Hiszpanii i przybył na Litwę za czasów panowania króla Augusta II Sasa zw. Mocnym. Dokładna data jego urodzin i przybycia do Polski jest nieznana. W każdym razie jeszcze w domu mego pradziada mówiono po hiszpańsku (…) przypuszcza się, że zmarł w latach trzydziestych XVIII wieku. Miał córkę, ale usynowił zięcia, który jako pierwszy posługiwał się nazwiskiem Jochelson.

Kilka pokoleń przodków Andrzeja Jochelsona mieszkało w Wilnie i pielęgnowało polskość, zwłaszcza jego babka Maria.

[…] W domu mówiono po polsku, wspólnie czytano polskich klasyków, śpiewano Moniuszkowski Śpiewnik. Po śmierci dziadka w jej domu bywali przeważnie Polacy, przyjaciółki dobierała sobie również wyłącznie spośród Polek. Pielęgnowane były takie zwyczaje, jak wspólna wieczerza ze służbą w noc wigilijną i przyjmowanie paczek wielkanocnych w Niedzielę Palmową. Mój ojciec [Aleksander – red.] zawdzięczał swą polskość babce, tak samo jak jego rodzeństwo (…) – m.in. pisał Andrzej Jochelson o swojej rodzinie, która od II połowy XIX wieku miała prawo (za sprawą wielkiego księcia Michała Aleksandrowicza) do posługiwania się szlacheckim herbem.

Powyższe cytaty, a także wiele innych ciekawych i często barwnych faktów dotyczących bliższych i dalszych krewnych, a wydarzeń związanych bezpośrednio ze swoim życiem, zawarł Andrzej Jochelson w kronice, którą zaczął spisywać w 1940 r. i robił to przez następnych 46 lat. Ze stworzonego wzorową, literacką polszczyzną autografu Stanisław Bereś opracował w roku 1997 „Kronikę Sempałatyńsk – Wrocław”. Książka ta powinna stać się lekturą obowiązkową zwłaszcza dla tych, którzy szukają miarodajnych faktów o pierwszych dniach wolnego Wrocławia, tuż po podpisaniu kapitulacji Festung Breslau, jakich dostarcza część wspomnianej kroniki, nazwana „Pamiętnikiem pioniera”, pokazująca (…) dzieje polskiego inteligenta, który przybył na Dolny Śląsk, by wraz z grupą innych Polaków dokonać wielkiego, zdawałoby się, niewykonalnego dzieła spolszczenia Wrocławia – jak napisał Andrzej Jochelson, naoczny świadek i uczestnik kluczowych dla przyszłego życia miasta wydarzeń.

Andrzej Jochelson z żoną Henryką i dziećmi – córką Marią i synem Albertem, lata okupacji w Krakowie 

Nie tylko „pan od toponimii”

Wkład Andrzeja Jochelsona w to pozornie „niewykonalne dzieło spolszczenia Wrocławia” okazał nader trwały i do dziś aktualny. Nazwy wielu ulic, przy których teraz mieszkamy – zarówno te „wydobyte” z polskiej historii, utworzone od nazw osobowych (np. polskich poetów, pisarzy, malarzy, naukowców, bohaterów kampanii wrześniowej), jak i opisujące dorobek naszej kultury lub świat przyrody – to w przeważającej mierze dzieło Andrzeja Jochelsona, wypracowywane często na drodze konsultacji z mieszkańcami, negocjacji z oportunistami, po szeregu merytorycznych dyskusjach. Najpierw czynił to jako m.in. urzędnik w Komisji do Zmian Nazw Ulic w Zarządzie Miejskim m. Wrocławia w roku 1945, a potem przez ponad dwie dekady (1960-1982) jako szef Komisji Nazewnictwa Ulic, działającej przy Towarzystwie Miłośników Wrocławia.

Karty autografu kroniki, spisanej przez Andrzeja Jochelsona

– Tato nazywał ulice Wrocławia od 6 listopada 1945 r. pod okiem prof. Taszyckiego [Witold Taszycki, współorganizował polonistykę m.in. na Uniwersytecie Wrocławskim, uczestniczył też w pracach Komisji Ustalania Nazw Miejscowości – red.]. Dbał przy tym o to, by zmiana nazwy ulicy odbywała się jak najmniejszym kosztem i dla miasta, i dla mieszkańców, z którym wiązała się choćby wymiana dokumentów czy tabliczek adresowych – opowiada Maria Jankułowska, córka Andrzeja Jochelsona, która ma wiele pamiątek i dokumentów po rodzicach, jak choćby słynną „Chronicę”, w której powstawały zapiski jej ojca – podstawa wspomnianej „Kroniki Semipałatyńk – Wrocław”.

To dzięki Andrzejowi Jochelsonowi we Wrocławiu pojawiły się „osiedla tematyczne”, których ulice poświęcone zostały albo malarzom, albo kompozytorom. Mówi Maria Jankułowska: – Tato uważał to za bardzo pedagogiczne. Myśmy mieszkali np. w jednej z dzielnic poetów, gdzie są m.in. ulice Kasprowicza, Syrokomli, Asnyka, Pola, Przybyszewskiego, Orkana. Trzech największych wieszczów umieścił natomiast tatuś bliżej centrum – w taki sposób Mickiewicz dostał piękną aleję, podobnie Słowacki czy Krasiński – i zadbał o to, żeby przez tych trzech romantyków można było „ciągiem przejechać”. Nie miał żadnych problemów, by miastu przywracać znamienite postacie z polskiej literatury, bo kochał ją zupełnie tak samo, jak uwielbiał Wrocław.

W tomie ze złoconymi brzegami i metalową zapinką i wytłoczonym na okładce napisem „Chronica” opisywał Andrzej Jochelson upływające dni i miesiące. Niezwykłą zabytkową księgę z czystymi kartami mec. Jochelson odnalazł w poniemieckim wrocławskim mieszkaniu przy ul. Fosa Mikołajewska 6

Jej ojciec jest również autorem pierwszego po wojnie, liczącego 60 stron, „Przewodnika po Wrocławiu wraz ze skorowidzem ulic i planem”, wydanego w 1946 r. w Krakowie, a także drobniejszych publikacji, ja tak o „Ostrowie Tumskim”, gdzie Andrzej Jochelson opisał tamtejsze kościoły, a także drukowanych w „Kalendarzu Wrocławskim” artykułów, m.in. „Jak powstawały polskie nazwy ulic i dzielnic w odzyskanym Wrocławiu” oraz „Ulica Kazimierza Wielkiego”. Swój talent dramatopisarski ujawnił zaś w sztuce „Biskup Nankier”, którą potem z powodzeniem wystawiono we wrocławskim Teatrze Miejskim.

Działał nadto społecznie w Dolnośląskim Towarzystwie Muzycznym oraz Towarzystwie Sztuk Pięknych, a nawet przewodniczył przez kilkanaście lat Lekarskiej Komisji ds. Alkoholików. O jego aktywności zaś w Towarzystwie Miłośników Wrocławia piszemy w dalszej części artykułu.

Narodziny u stóp Ałtaju

Opowiada Maria Jankułowska: – Mój dziadek Aleksander był Polakiem, lekarzem, medycynę ukończył w Charkowie. Carskim oficerem został dlatego, żeby ratować życie swojemu bratu Borysowi, który był zamieszany w produkcję bomb, służących zamachom terrorystycznym na rosyjskie wojsko, i za to aresztowany, a potem skazany na śmierć. Dziadek był w tym czasie w Szwajcarii, gdzie praktykował jako lekarz. O tym, co stało się z bratem, doniosły mu siostry. Jedynym sposobem, żeby Borysowi zamienić karę śmierci na lata łagru i ciężkie roboty na Uralu, był powrót mojego dziadka do Rosji, wstąpienie do carskiej armii i wyjazd w roli wojskowego lekarza na front wojny rosyjsko-japońskiej do Mandżurii. Dziadek tak zrobił. Leczył rannych Kozaków i był pod coraz większym urokiem Syberii. Ale nie tylko… Zauroczyła go również Klaudia z domu Nikitin, córka rosyjskiego kupca, moja przyszła babcia. Ślub wzięli w 1908 r. Rok później urodziła się moja ciocia, w 1911 r. – mój tatuś, a w 1914 r. stryj.

Po latach Andrzej Jochelson tak napisze w swojej kronice:

(…) Moja myśl natomiast w sposób naturalny biegnie w stronę Semipałatyńska u stóp Ałtaju, gdzie zamieszkał lekarz Kozaków semipałatyńskiego kurzenia Aleksander Jochelson i jego młoda żona, której uroda i wspaniały mezzosopran mogłyby podbić wszystkie operowe sceny świata.  

Dziewięć lat rosyjskiej tułaczki

Potem Jochelsonowie zamieszkali w Petersburgu. Andrzej wspominał, że dzięki ojcu udało się mu pozbyć jąkania, garbienia i stawiania stóp do środka. Aleksander był konsekwentny i w zalecaniu synowi ćwiczeń fizycznych, i w ich egzekwowaniu. „Ojciec był surowy, ale mimo to bardzo go kochałem” – wspominał po latach Andrzej Jochelson.

Gdy wybuchła I wojna światowa, Aleksandra powołano do wojska na lekarza pułkowego. Klaudia i dzieci natomiast przenieśli się do jej rodziców, mieszkających w dzielnicy willowej w Akomolińsku, gdzie mama Andrzeja, Marii i Cyryla się urodziła. W tamtym czasie okazało się także, że Andrzej cierpi na wadę serca. Mimo to był to w jego dzieciństwie okres szczęśliwy i beztroski, w którym ujawniły się też jego szerokie zainteresowania – językowe (w domu mówiło się po francusku i oczywiście po rosyjsku), czytał bardzo dużo książek historycznych, uczył na pamięć wielu utworów poetyckich, zajmowała go także geografia.

Kolejnym przystankiem życiowym dla Jochelsonów stał się owładnięty rewolucją Nowomikołajewsk, który nie okazał się jednak dla rodziny bezpieczny. „Nowomikołajewski komitet rewolucyjny oskarżył ojca o kilkanaście przestępstw, spośród których najsłabszym było skarcenie którejś z sióstr szpitalnych, najpoważniejszym zaś zdrada stanu” – napisze po latach Andrzej Jochelson. Żeby uniknąć atresztowania, Aleksander Jochelson schronił się więc w Omsku, do którego sprowadził również rodzinę. Tam też wyjawił dzieciom, że jest i czuje się Polakiem, i nakłonić je do przyjęcia polskiego obywatelstwa i do nauki nowego jednak dla nich języka – polskiego.

Niedługo potem wszyscy znowu udali się do Akomolińska. Następnie na trasie ich rodzinnej peregrynacji po Rosji pojawiły się też kilkakrotnie Władywostok, a także dalekowschodni Nikolsk-Ussuryjs, gdzie Jochelsonowie za sąsiadów mieli wielu Polaków. Tam również, ochrzczeni po urodzeniu w Cerkwi – Andrzej, Maria i Cyryl przyjęli komunię świętą i przeszli na wiarę katolicką.

Na takim paszporcie Jochelsonowie wracali do Polski

„Potem było skwarne lato, z kilkoma tajfunami, aż wreszcie, około 15 września [1920 r. – red.], do portu wpłynął angielski statek transoceaniczny „Brandenburg”. Pożegnaliśmy rodzinę Biełkinów, wuja Bazylego, Władywostok i Rosję. Na zawsze” – czytamy w „Kronice Semipałatyńsk – Wrocław”. – Płynący tym statkiem Amerykanie namawiali dziadka, żeby nie wysiadał z rodziną w Gdańsku, tylko popłynął do Ameryki. Ale on myślał o wolnej już wtedy od dwóch lat Polsce jak o raju. Razem z moją babcią przeżyli w niej potem szczęśliwie dziewiętnaście lat. Do czasu, nim nie wybuchła kolejna wojna – mówi córka Andrzeja Jochelsona – Maria Jankułowska.

Młodość w Polsce wolnej…

Początek lat 20. to dla Andrzeja Jochelsona czas nauki i kształcenia się. Najpierw w warszawskim Gimnazjum św. Stanisława Kostki w Warszawie, potem w Państwowym Gimnazjum Klasycznym w Grudziądzu, gdzie zdał maturę. Wybrał studia prawnicze, które zaczął na Uniwersytecie Jagiellońskim, a kontynuował i zakończył w roku 1933 na Warszawskim. Aż do września 1939 r. aplikantem w kancelarii adwokackiej dr. Juliusza Spitzera i dr. Ottona Pehra w Grudziądzu. Tam, jako pierwszy mieszkaniec tego miasta i członek Obywatelskiego Komitetu Obrony Przeciwlotniczej, dowiedział się o wybuchu kolejnej wojny, pełniąc 1 września 1939 r. swój nocny dyżur:

O północy, na początku mego dyżuru kapitan pouczył mnie, do czego służą trzy telefony stojące obok fotela, na którym miałem czuwać. [...] O czwartej rano za oknem pojawiły się mgły. Byłem już przekonany, że nic się nie zdarzy i za dwie godziny położę się spać we własnym mieszkaniu, gdy nagle, o godzinie 4.45 zadźwięczał pierwszy telefon. Usłyszałem meldunek: – „Trze samoloty nieprzyjacielskie przeleciały nad granicą”. Natychmiast podniosłem drugą słuchawkę i rzuciłem hasło „Grzegorz”, ponieważ jednak zaspany kapitan uparcie pytał, o co chodzi, przedstawiłem mu dokładnie, słowo w słowo, treść meldunku. [...] Zaraz potem rozległ się ryk kilkudziesięciu syren z grudziądzkich zakładów przemysłowych i budynków państwowych, w chwilę zaś później odgłosy bomb zrzucanych przez samoloty. Tak zaczęła się wojna w Grudziądzu – opisał w swojej kronice.

…a potem znów zniewolonej

Choroba serca nie przeszkodziła Andrzejowi Jochelsonowi w podjęciu decyzji o wstąpieniu do wojska i walce z okupantem. Trafił do 14. Pułku Piechoty we Włocławku, z który wymaszerował na Warszawę i po niełatwej drodze dotarł do niej 15 września. Dzień później został trafiony w nogę odłamkiem bomby lotniczej. Rana się zapaskudziła, co wywołało tzw. flegmonę, a tę w panujących warunkach można było „wyleczyć” amputacją nogi. Jak się potem okazało – szczęśliwie do tego jednak nie doszło i po pobycie w szpitalu, a potem w domu ozdrowieńców Andrzej Jochelson powrócił do zdrowia.

16 września został przez niego zapamiętany szczególnie z jeszcze jednego powodu:

(…) Uruchomiono radio i – o zgrozo ! – (…) usłyszeliśmy informację, że nasze granice na całej długości przekroczyła armia radziecka, zachowując się jak najeźdźca i sojusznik hitlerowski (…) Była to jedna z najtragiczniejszych chwil w moim życiu, podobnie jak w życiu każdego prawdziwego Polaka”.

Gdy 28 września 1939 r. gen. dywizji Tadeusz Kutrzeba podpisywał w imieniu Wojska Polskiego akt kapitulacji Warszawy, Andrzej Jochelson obchodził 28. urodziny. Przybity i tą informacją, w cywilnym przebraniu dostał się do Wołomina, gdzie schronienie znalazły wcześniej jego matka i siostra.

Okupacja, miłość i rodzina

Po kampanii wrześniowej ojciec i brat Andrzeja Jochelsona wstąpili do Armii Krajowej. On zaś musiał zaopiekować się rodziną, zwłaszcza że teraz musiał wziąć dodatkowo odpowiedzialność za świeżo poślubioną – 30 listopada 1939 r. – 21-letnią Henrykę Kowalewską, absolwentkę matematyki na wileńskim Uniwersytecie. O swoich rodzicach, już z ich czasów wrocławskich, tak m.in. mówi ich córka Maria Jankułowska:

- Rodzice byli piękną parą. Gdy szli w niedzielę do kościoła, wzbudzali powszechne zainteresowanie. Tato zawsze nosił kapelusz i rękawiczki, wzorowo wypastowane skórzane buty. Marynarka, pod nią blezer, koszula i zawsze pod krawatem – nawet gdy w domu pracował do późnego wieczoru.

Henryka Jochelson, żona Andrzeja, na portrecie namalowanym w 1945 r.

Na początku lutego 1940 r. młodzi małżonkowie, wraz z matką pani Henryki, przenieśli się do Krakowa, gdzie mieszkali potem z trojgiem dzieci ponad pięć lat. Okres krakowski naznaczony był wieloma problemami – najpierw związanymi ze znalezieniem przez Andrzeja Jochelsona pracy, potem także z zarzutami o „niearyjskie” pochodzenie. Jego determinacja i świadomość, że musi utrzymać rodzinę, sprawiły, że jednak znalazł zatrudnienie – w Administracji Budynków Wojskowych, potem w Generalnej Dyrekcji Monopoli.

Nie przestawał się kształcić – podjął studia historii sztuki u prof. T. Dobrowolskiego. Rozwijał także swoje zainteresowania innymi dziedzinami sztuki – był współzałożycielem  Teatru Lalki i Aktora „Groteska”, gdzie pełnił nieodpłatnie funkcję dyrektora administracyjnego, a także sekretarzem Związku Zawodowego Artystów Plastyków.

W miarę spokojnie udało się rodzinie Jochelsonów egzystować pod okupacją do 4 sierpnia 1944 – wtedy to Andrzej został aresztowany i wywieziony do obozu koncentracyjnego w Płaszowie, podejrzewany o żydowskie pochodzenie.

We wtorek zobaczyłem komendanta obozu: był nim Luckau! [człowiek ten prześladował Andrzeja Jochelsona jeszcze w czasach grudziądzkich i niejednokrotnie mu się odgrażał – red.] Widząc go, mimowolnie powiedziałem: „Kurt Luckau”. On zaś na to po niemiecku: „No, Jochelson, teraz to już się nie wykręcisz!”. Byłem pewien, że pośle mnie do Oświęcimia lub zabije, więc przez kogoś wychodzącego na wolność przesłałem Henryce swój zegarek i łańcuszek z Krzyżykiem – zapisał w kronice.

Ale właśnie to dzięki staraniom swojej żony Andrzej Jochelson uniknął losu, który stanął mu przed oczami w Płoszowie. Z metryką urodzenia, z której jasno wynikało, że jej mąż urodził się z rodziców chrześcijan, dotarła do pewnego oficera SS, który spowodował uwolnienie Andrzeja Jochelsona z obozu.

Im bliżej końca wojny, tym bardziej potęgowały się jednak kłopoty w rodzinie. Ciężko zachorował Aleksander – ojciec Andrzeja. a brakowało pieniędzy na jego leczenie. Jeden ze sposobów ich zdobycia miał się znaleźć we Wrocławiu. I tak oto Andrzej Jochelson został jednym z 92 członków grupy operacyjnej, która pod wodzą dr. Bolesława Drobnera ruszyła  do zrujnowanego i kontrolowanego przez radzieckie wojsko dolnośląskiego miasta, by stworzyć w nim zalążek administracji i zacząć przywracać je Polsce.

Życie pioniera

Pierwszy rok pobytu Andrzeja Jochelsona we Wrocławiu, do którego trafił 28 maja 1945 r., został przez niego świetnie, obrazowo opisany w „Pamiętniku pioniera”. Nazwiska, funkcje, daty, wydarzenia, anegdoty – fakty przerażające z jednej strony, z drugiej zaś przepełnione optymizmem i pasją uczestniczenia w tym z pozoru „niewykonalnym dziele spolszczenia Wrocławia” – mec. Jochelson oddał klimat tamtych czasów z niezwykłą pieczołowitością i talentem literackim. Dzięki tej faktografii jest to wyjątkowo cenny dokument, którego „unikalność polega na opisie jedynej w swoim rodzaju, trudnej już dziś do odtworzenia atmosfery miasta, na umiejętności ukazania smaku codzienności i reguł ówczesnego życia” – jak podkreśla Stanisław Bereś we wstępie do „Kroniki Semipałatyńsk – Wrocław”.

Dlatego bardzo dziś zachęcam do sięgnięcia po tę lekturę, której autor przybliża wiele faktów z pionierskich dni zarządu miejskiego również na tle panujących wówczas uwarunkowań społeczno-politycznych. Właśnie z takich publikacji powinno się uczyć historii młodzież w dzisiejszej szkole.

Mec. Andrzej Jochelson (siedzi, drugi po prawej) na spotkaniu pionierów Wrocławia w roku 1990 

Jako członek pionierskiej grupy dra Bolesława Drobnera, prace polonizacyjne w mieście Andrzej Jochelson zaczynał od funkcji w wydziale, który zajmował się finansami, co jednak nie bardzo mu odpowiadało. Starał się o taką posadę, gdzie mógłby wykorzystywać swoje prawnicze wykształcenie. Udało mu się taką objąć na początku czerwca:

Tak oto pożegnałem zacne towarzystwo Wydziału Finansowego i po obiedzie w potwornej norze zwanej stołówką (posiłki, z reguły jednodaniowe, są również warte tego przymiotnika), udałem się do Wydziału Prawnego – napisał w swojej kronice. 

Rzutki, młody prawnik nie czekał długo na kolejny awans – na naczelnika IV obwodu miasta, obejmującego Karłowice z przyległościami. Na Karłowicach zresztą znalazł dla swojej rodziny, którą sprowadził z Krakowa w sierpniu 1945 r., mieszkanie. Przy ul. Syrokomli 30 Jochelsonowie mieszkali prawie do końca lat 90. Dwa lata po śmierci mecenasa – w 1997 r. – jego córka Maria sprzedała dom, a o którym tak opowiada: – Mieszkanie na Karłowicach, w którym jako ostatni stacjonowali chyba żołnierze radzieccy, było piękne, ale zdewastowane, łącznie ze zerwanymi tapetami. Ale to tatusia akurat ucieszyło, ponieważ mój dziadek lekarz uważał, że klej do tapet wabi pluskwy. Dlatego moi rodzice z przyjemnością zerwali te tapety do końca.

Już listopadzie 1945 r. Andrzej Jochelson został naczelnikiem Wydziału Kultury, Sztuki i Szkolnictwa, a także sekretarzem Komisji do Zmiany Nazw Ulic w Zarządzie Miejskim m. Wrocławia.

Pamiętnik pioniera na kartach rękopisu 

Jak Andrzej Jochelson nazwy ulic zmieniał…

Gdy tylko otrzymał taką urzędową możliwość, mec. Jochelson zabrał się za zmianę nazewnictwa w mieście z wielką energią, ponieważ zależało mu na tym, by od razu usunąć wszystkie niemieckie nazwy ulic i zastąpić je polskimi odpowiednikami.

Z miejsca zwiększyłem tempo przemianowywania. O ile dotąd, w czasie 3 lub 4 konferencji, zmieniono nazwy tylko 120 ulic, to obecnie, na pierwszym już posiedzeniu zmieniliśmy 150, na drugim natomiast 120.

To tempo nie wszystkim jednak w mieście odpowiadało. Niektórzy w miejskim zarządzie uważali, że sprzyja nieładowi i sprawi wielkie trudności mieszkańcom. Do rzeczy przystąpiono więc stopniowo.

Na koniec stycznia 30 stycznia 1946 r. nowe, polskie nazwy miała już ponad połowa wrocławskich ulic. Oczywiście pracował nad tym nie tylko Andrzej Jochelson – w składzie komisji byli bowiem wiceprezydent Stefan Podgórski (przewodniczący komisji), Antoni Knot – dyrektor Biblioteki Uniwersyteckiej, Józef Rybicki – naczelnik Wydziału Budowlanego, Mieczysław Kofta – naczelnik Wydziału Informacji i Propagandy.

Ogółem nasza Komisja opracowała 1250 nazw, z czego większa część była mojego autorstwa, ponieważ osobiście dokonywałem przekładów, choć wiele ulic otrzymało nowe, polskie nazwy – pisał potem mec. Jochelson.

Zdecydowana większość nazw powstałych w tamtym okresie przetrwała do dziś.

Do dzieła „nazewniczego” Andrzej Jochelson powrócił na początku lat 60., już w ramach Towarzystwa Miłośników Wrocławia, w którym wraz z Kazimierzem Kuligowskim i innymi wrocławskimi pionierami zorganizował Sekcję Pionierów Wrocławia. W TMW przez 22 lata przewodniczył też Komisji Nazewnictwa Ulic. Maria Jankułowska pamięta, że nieraz towarzyszyła ojcu na posiedzeniach tej komisji, zwłaszcza w latach, gdy coraz bardziej tracił wzrok – ta zdrowotna „pamiątka” została mu po torturach, którym został poddany w roku 1950 w areszcie Urzędu Bezpieczeństwa (wspominamy o tym w dalszej części artykułu).

Ex libris Andrzeja Jochelsona

– Na tych posiedzeniach między innymi rozpatrywano różne polskie już propozycje nazewnicze od mieszkańców, głosowano nad jakąś nazwą po odejściu znamienitego wrocławianina. Tato starał się być koncyliacyjny, łączyć różne racje i szukać złotego środka. Czasami miast likwidować jakąś nazwę – proponował jej zmodyfikowanie. Tak na przykład powstała ul. Przyjaźni, w której wycięto słowa „Polsko-Radzieckiej”, po tym, jak w naszym kraju zmienił się ustrój. Przyjaźń bowiem to coś dobrego, pożądanego. Trochę podobnie rzecz się miała z ul. Jedności Narodowej, gdy mieszkańcy zażądali wykreślenia tej nazwy. Ale tato uważał, że jedność narodowa to coś, co jest cenne i potrzebne zawsze i wcale nie trzeba łączyć tego określenia ze sztucznym narzucaniem „jedności” w ustroju komunistycznym – opowiada Maria Jankułowska.

Śledztwo: Wrocław 1950

„Ten oficer śledczy, który bił, wyglądał zwyczajnie. Czesał się w tył, miał miękkie i niebrzydkie rysy, szczękę mocno zarysowaną. Wyglądał na inteligenta, lecz w sposobie zadawania pytań i konstruowania zdań odczuwało się prymitywizm. Pierwszy raz uderzył mnie przy piątym czy szóstym badaniu” – tak zaczyna się wspomnienie Andrzeja Jochelsona o faktach z jego życia, gdy próbowano pozbawić go człowieczeństwa, dumy, honoru, wymuszając to biciem, torturami, obelgami i metodycznie zastraszając, po tym, gdy został bezpodstawnie aresztowany w październiku 1950 r. i poddany w ubeckim więzieniu tzw. ciężkiemu śledztwu. Tę wstrząsającą historię Andrzej Jochelson opisał w swojej kronice, ale i zredagował na tej podstawie wersję tekstu, która ukazała się w roku 1991 we wrocławskiej „Odrze” i w 1993 r. na łamach „Palestry”.

Aresztowanie i śledztwo przeciwko adwokatowi Andrzejowi Jochelsonowi – jako przykład represji komunistycznych wobec adwokatury wrocławskiej – stało się także podstawą naukowego opracowania autorstwa Przemysława Pluty. To praca bardzo ciekawa nie tylko ze względu na postać samego mec. Jochelsona, ale i m.in. na kontekstowość wydarzeń na tle ówczesnych relacji między Kościołem a państwem, opatrzona wieloma ważnymi przypisami, przywołująca ważne fakty polskiej rzeczywistości lat 50. ub. wieku.

Andrzej Jochelson nad swoją kroniką, lata 90.

O co został oskarżony Andrzej Jochelson, który w tamtym czasie prowadził już od czterech lat własną kancelarię adwokacką w Rynku pod nr. 38, był także radcą Kurii Administracji Apostolskiej we Wrocławiu, a także asystentem na Wydziale Prawa UWr – w Katedrze Historii Prawa na Zachodzie Europy? Najogólniej rzecz ujmując –  o wrogą działalność „po linii kleru”. Zapewne pewną rolę odegrał tu również fakt, iż Andrzej Jochelson w latach 1945-1946 tworzył we Wrocławiu struktury Stronnictwa Pracy (z polecenia zwalczanych przez komunistów władz stronnictwa, kierowanych przez Karola Popiela).

Dosłowny akt oskarżenia, który odczytano Andrzejowi Jochelsonowi – „synowi kontrrewolucjonisty i oficera sanacyjnego”, kontaktującemu się „z osobami wrogo nastawionymi do Ludowo-Demokratycznego Ustroju Państwa Polskiego” – dopiero po kilku miesiącach aresztu i nieludzkich przesłuchań, przytacza zaś w swoim opracowaniu Przemysław Pluta:

(…) od listopada 1949 r. do chwili aresztowania, tj. do dnia 22 października 1950 r. we Wrocławiu, nie będąc do tego uprawnionym zbierał wiadomości dotyczące stanu kwalifikacji i sposobu pracy oraz polityki penitencjarnej panującej w Sądach i Prokuraturach Powszechnych we Wrocławiu, a stanowiące tajemnicę Państwową, ze względu na obronę i bezpieczeństwo Państwa, które następnie przekazywał w czasie kilkakrotnych spotkań administratorowi kurii biskupiej we Wrocławiu ks. Karolowi Milikowi. Czyn ten stanowi przestępstwo z art. 4 pkt. 1 dekretu z dnia 28 października 1949 r. podlega rozpoznaniu przez Wojskowy Sąd Rejonowy we Wrocławiu.

Do czasu cofnięcia tego aktu oskarżenia i wyjścia na wolność 19 czerwca 1951 r. Andrzej Jochelson stał się człowiekiem wycieńczonym i schorowanym. Ucierpiał zwłaszcza jego wzrok – od bicia po głowie, przebywaniu w ciemnościach, bardziej zostało nadwerężone i tak niezdrowe serce – od ciosów w klatkę piersiową.

Przed aresztowaniem ważyłem 90 kg, po wyjściu z więzienia – 55. Miałem silne bóle serca, rozstrój organów trawiennych i chroniczny katar gruczołów łzowych. Zostało mi tak na całe życie – napisał w swojej kronice.

Na całe życie został mu także hart ducha, przeświadczenie o tym, że prawda jednak wygrywa. Nie stracił wiary w ludzi, nadal służył swoim doświadczeniem i wiedzą miastu, zapisując się w kulturze szeregiem publikacji i przekładów z łaciny średniowiecznej (m.in. legendy świętej Jadwigi, opisu podróży Benedykta Polaka i niektórych części kronik Długosza) i z języka francuskiego. Za zasługi dla kraju, Dolnego Śląska i Wrocławia został m.in. odznaczony Krzyżem Oficerskim oraz Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalami „Za Warszawę”, „Rodła”, XXX-lecia Wymiaru Sprawiedliwości, papieskim odznaczeniem Pro Ecclesia et Pontifice, Nagrodą Wrocławia za działalność społeczną związaną z propagowaniem historii i kultury Wrocławia (1995). Był członkiem Honorowym Dolnośląskiego Towarzystwa Muzycznego i TWM oraz Rady Naczelnej Chrześcijańsko-Demokratycznego Stronnictwa Pracy (jako jeden z inicjatorów odrodzenia Stronnictwa w 1989 r.).

Mecenas Andrzej zmarł 27 listopada 1997 r. w wieku 86 lat i spoczął na cmentarzu Osobowickim na polu nr 79 wśród zasłużonych dla Wrocławia osób.

Wrocławska palestra pamięta

– Gdy rozpoczynałem aplikację we Wrocławiu, mecenasa Jochelsona spotykałem w budynku przy ul. Sądowej 4, ale nasze relacje sprowadzały się do grzecznościowych powitań. Oczywiście już wówczas, z relacji starszych adwokatów wiedziałem, jak zasłużona to postać dla Polski, Wrocławia i adwokatury – mówi mecenas Maciej Korta, który wraz z dziekanem Okręgowej Rady Adwokackiej we Wrocławiu adw. Sławomirem Krzesiem jest inicjatorem szczególnego upamiętnienia we Wrocławiu mecenasa Andrzeja Jochelsona. – Dla nas ma to o tyle dodatkowe znaczenie i wymiar, że odnosi się do osoby adwokata, który m.in. w następstwie wykonywania swoich obowiązków zawodowych doznał tylu okrutnych prześladowań w czasach stalinowskich – podkreśla mecenas Korta.

Grób mec. Andrzeja Jochelsona na cmentarzu Osobowickim, fot. Kamilla Jasińska

Źródła:

  • A. Jochelson, Jak powstawały polskie nazwy ulic i dzielnic w odzyskanym Wrocławiu, „Kalendarz Wrocławski”, Wrocław 1968.

  • A. Jochelson, Ulica Kazimierza Wielkiego, „Kalendarz Wrocławski”, Wrocław 1985

  • A. Jochelson, Kronika Semipałatyńsk – Wrocław, oprac. S. Bereś, Towarzystwo Polonistyki Wrocławskiej, Wrocław 1997

  • Biogramy Pionierów miasta Wrocławia członków Sekcji Pionierów, Towarzystwo Miłośników Wrocławia

  • Wspomnienia wrocławskich pionierów, Uniwersytet Wrocławski CBŚiB, Wrocław 1995

  • Przemysław Pluta, Aresztowanie i śledztwo przeciwko adwokatowi Andrzejowi Jochelsonowi jako przykład represji komunistycznych wobec adwokatury wrocławskiej, Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Opolskiego

  • Marta Jankowska, Administracyjno-prawna problematyka zmiany nazewnictwa ulic Wrocławia w latach 1945–1946, Uniwersytet Wrocławski

Zdjęcia: archiwum rodzinne M. Jankułowskiej, www.wroclaw.pl