Warto głosować – opinie znanych wrocławian. Dziś profesorowie Jan Miodek i Klaus Bachmann

W trudnych czasach PRL-u Wrocław był miastem odważnych ludzi i kolebką Solidarności. Gdy za powiedzenie tego, co się myśli, groziło więzienie, nie brakowało u nas tych, którzy upominali się o podstawowe prawa pracownicze, wolność słowa i demokrację. O wolnych wyborach mogli tylko pomarzyć.

  • wybory samorządowe we Wrocławiu


25 lat po odzyskaniu niepodległości mamy problem, by wziąć kartę do głosowania i wybrać reprezentantów w lokalnym samorządzie. 16 listopada w wyborach samorządowych we Wrocławiu mieliśmy ok. 36-proc. frekwencję, dla porównania cztery lata temu było 39 proc. Tymczasem uprawnionych do głosowania jest pół miliona wrocławian. Oznacza to, że grubo ponad połowa nie chce mieć wpływu na to, kto w ich imieniu będzie podejmował ważne dla nich decyzje, dotyczące m.in. rozwoju miasta, gdzie będą nowe drogi, szkoły czy ścieżki rowerowe, ale także oferty kulturalnej czy miejsc pracy. Warto pamiętać, że zasada jest prosta – jeśli nie chcemy decydować o sobie, to ktoś inny zrobi to za nas. O tym, że warto wrzucić głos do urny wyborczej, przekonują wrocławianie.

prof. Jan Miodek, językoznawca, dyr. Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego:

–Martwi mnie mała frekwencja w wyborach samorządowych. Niektórzy tłumaczą to tym, że była brzydka pogoda. To świadczy, że jeszcze ta nasza świadomość obywatelska jest nie do porównania chociażby z krajami skandynawskimi. Dlatego chciałbym zaapelować do wrocławian, żeby było lepiej. Przecież nasz los w naszych rękach, decydujemy o tym co będzie się działo w moim mieście i w moim regionie. Krótko mówiąc te wybory decydują o obliczu naszej najbliższej rzeczywistości i to powinno być oczywiste dla każdego.

prof. Klaus Bachmann, dziennikarz, publicysta, politolog SWPS i UWr:

źródło: SWPS

– 36 procentowa frekwencja w wyborach samorządowych we Wrocławiu mnie nie dziwi. Wiadomo było kto prawdopodobnie wygra, a wtedy ludzie zostają w domach. Najwyższe frekwencje są wtedy gdy wyborcy maja przekonanie, że każdy głos się liczy i jest ostra rywalizacja między kandydatami np. Kwaśniewski-Wałęsa. Natomiast gdy jest wyrażenie, że i tak jest wszystko rozstrzygnięte, to niestety wyborcom za bardzo się nie chce iść do lokalu wyborczego. W przeciwieństwie do wielu moich kolegów nie uważam by było to niepokojące. Ci, którzy nie idą po prostu zgadzają się z tym co się dzieje w kraju i uważają, że tak jak jest - jest dobrze. Jestem przekonany, że gdy dojdzie do prawdziwej rywalizacji, to ludzie wrzucą swój głos do urny.

Krzysztofa Bojda, prezes Fundacji Hobbit we Wrocławiu:

źródło:Fundacja Hobbit

– Ze smutkiem i żalem patrzę, jak ludzie nie idą na wybory. Sprawą najistotniejszą dla mnie z racji tego, że jestem pedagogiem, jest element wychowawczy. Dzieci nas naśladują, powinniśmy im uświadamiać, że wybory to ważny proces społeczny w budowaniu demokracji. Ludzie zapominają, że aby mieć moralne prawo do narzekania, muszą głosować. Tylko tak możemy mieć wpływ na zachowanie stabilnego porządku. Nie ukrywam, że najbardziej lękam się tego, że w konsekwencji niepójścia na wybory stery przejmą oszołomy i efekt będzie trudny do zaakceptowania dla tych, którzy chcą przysłowiowego „świętego spokoju”. Warto pamiętać, że „świętego spokoju” bez zaangażowania nie można osiągnąć.

Marcello Murgia, najprawdopodobniej najbardziej znany Włoch mieszkający we Wrocławiu:

źródło: archiwum Marcello Murgia

– To, że wrocławianie niechętnie idą na wybory, to dla mnie szok. Dramatycznie niska frekwencja. Jak wiadomo, Włosi często mają wybory, ale oni naprawdę głosują. Pod tym względem należą do liderów we Europie. Ostatnie wybory samorządowe, które we Włoszech odbyły się w maju, miały frekwencję na poziomie 71 proc., czyli dwa razy większą niż we Wrocławiu. Szczerze mówiąc, trudno jest mi to zrozumieć. Znam wrocławian, wiem, że są aktywni, mówią to, co myślą, a jak mogą wybrać swoich przedstawicieli i zdecydować o przyszłości miasta – to tego nie robią. Mam polskie i włoskie obywatelstwo i zawsze idę na głosowanie.

Andrzej Kosendiak, dyr. Narodowego Forum Muzyki, dyrygent:

 fot. Łukasz Rajchert

– Świat się zmienia, inaczej wyglądał kiedyś, inny będzie w przyszłości. Wobec tego faktu można przyjąć dwie postawy – albo być obserwatorem, albo starać się w tych zmianach uczestniczyć. Jeśli ktoś jest wyłącznie obserwatorem, nie bierze za nic odpowiedzialności, ale i nie ma na nic wpływu. Mam poczucie, że świat zmieniają ludzie aktywni, więc staram się być wśród nich. Wiele zależy od nas samych. Zwykle są to sprawy dziejące się wokół nas, w domu, pracy, w ramach naszej działalności społecznej. Samorządy lokalne zajmują się naszym nieco szerszym otoczeniem, a sprawy strategiczne i duże inwestycje są domeną samorządów wielkich miast i województw. Wybory to najlepsza droga, by pokazać, że zależy nam na tym, by zmieniać rzeczywistość. I to zmieniać ją w takim kierunku, w jakim chcemy. Taką możliwość daje nam demokracja. Warto skorzystać.

Konrad Imiela, dyr. Teatru Capitol, aktor:

źródło: Facebook

– W wyborach samorządowych nie głosujemy na gwiazdy medialne czy politycznych celebrytów, ale na tych ludzi, z którymi potem będziemy bezpośrednio współpracować. Dlatego udział w głosowaniu jest niezwykle ważny. Z punktu widzenia przedstawiciela środowiska artystycznego sam namawiam kolegów artystów, by wzięli udział w wyborach, choć są często sceptyczni, jeśli chodzi o świat polityki. Jeśli jednak pójdą do urn, zaskutkuje to tym, że politycy będą się z nami liczyli, traktowali jako ważny elektorat.

abp Józef Kupny, metropolita wrocławski:

źródło: Kuria Metropolitalna Wrocławska

– Papież Jan Paweł II określał politykę jako roztropną troskę o dobro wspólne, zwracając uwagę, że każdy powinien – zgodnie ze swoimi umiejętnościami, zdolnościami, sprawowaną funkcją i zajmowanym stanowiskiem – przyczyniać się do tworzenia warunków, dzięki którym ludzie, rodziny i grupy społeczne będą mogły rozwijać się i osiągać doskonałość. Jednym z wyrazów tej troski jest wskazanie swoich przedstawicieli, których desygnujemy do sprawowania władzy w naszym imieniu. Uczestnictwo w wyborach to wyraz chrześcijańskiej odpowiedzialności za Ojczyznę, społeczeństwo i państwo. Demokracja daje nam szerokie możliwości, z których powinniśmy korzystać. Wielu ludzi prawych i kompetentnych swój brak jakiegokolwiek zaangażowania w politykę tłumaczy często niskim poziomem kultury politycznej w naszym kraju. Jan Paweł II pouczał jednak, że nic nie usprawiedliwia sceptycyzmu i nieobecności chrześcijan w sprawach publicznych.

Józef Pinior, senator RP, były działacz opozycyjny:

źródło: biuro poselskie

– Niestety frekwencja w Polsce nie jest wysoka i to zjawisko towarzyszy nam od historycznych wyborów w czerwcu 1989 roku, gdy wyniosła ok. 64 proc. Dla porównania w Hiszpanii, w przełomowych wyborach otwierających drogę do demokracji poszło głosować ok. 80 proc. obywateli. Nasze wybory pokazują małą aktywność rodaków. Te samorządowe są szczególne, bo mamy duży wpływ na to, kto będzie rządził naszą miejscowością. Jak to zmienić? Można próbować choćby poprzez edukację w szkołach i pokazywanie uczniom, na czym polega proces rządzenia w gminie czy w mieście. To bardzo ważne, bo zdecyduje, czy nowe pokolenia będą uczestniczyć w wyborach.

dr Marzena Cichosz, politolog, Uniwersytet Wrocławski:

fot. UWr

– Niska frekwencja może niepokoić. Pokazuje, że wyborcy nie chcą się angażować w sprawy publiczne, być może niewiele wiedzą o wyborach samorządowych i nie wiedzą jak głosować. Dużo głosów nieważnych pokazuje, że wyborcy się trochę pogubili w tych „trzech książeczkach” do głosowania. Nie bardzo było wiadomo, ile właściwie postawić krzyżyków na kartach. Niska frekwencja to też przekonanie, że polityka nie ma wpływu na nasze życie. Myślimy, że nasz jeden głos nic nie znaczy, a jeżeli tak, to po co głosować? Ale tu działa prawo małych liczb. Suma nieuczestniczących jest duża i to decyduje. Co prawda wybrani w ten sposób mają legitymację do rządzenia, ale jest miażdżąca większość, której pewne decyzje mogą się nie podobać. Najlepiej byłoby gdy opinie wobec władzy i sposobu jej sprawowania obywatele wyrażali przy urnach.

prof. Alicja Chybicka, kier. Katedry i Kliniki Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej Akademii Medycznej we Wrocławiu, senator RP:


źródło: Facebook 

– To przykre, że tak mało osób poszło do urn w wyborach samorządowych. A przecież tak naprawdę każdy chciałby mieć wpływ na to co się dzieje wokół niego. Jednak jak przychodzi co do czego, trzeba wstać sprzed telewizora i pójść zagłosować, to się nie chce. Jak się nie głosuje, wybierają inni i nie ma się na to wpływu. Problem w tym, że ci co nie głosują, później najgłośniej narzekają. A to są moim zdaniem najłatwiejsze wybory. Wskazujemy osoby, które są najbliższej nas i od których zależeć będzie to co dzieje się w naszym mieście. Jeżeli frekwencja jest duża to można powiedzieć, że wola obywateli została wykonana, przy małej frekwencji właściwie nie wiadomo co wrocławianie myślą.

Mariusz Jędra, wrocławianin, były wicemistrz świata w podnoszeniu ciężarów, wiceprezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów:


źródło: pzpc.pl

– Zawsze staram się brać udział w wyborach. Niestety tym razem nie mogłem tego zrobić, bo przebywałem w Kazachstanie na mistrzostwach świata w mojej dyscyplinie sportu. Wróciłem dopiero w poniedziałek i właśnie czytam, jak się te wybory potoczyły. Wiem, że we Wrocławiu będzie druga tura, która zadecyduje o tym , kto będzie prezydentem mojego miasta. Zachęcam wszystkich wrocławian do ponownego pójścia do urn wyborczych. To podobna rywalizacja jak w sporcie, a dogrywki są zazwyczaj najciekawszymi elementami zawodów. Poza ty uważam, że nie można komentować tego co się dzieje w mieście, jeśli samemu nie było się na wyborach. Ja oczywiście 30 listopada będę głosował.

Wiesław Gałązka, dziennikarz, publicysta, konsultant i doradca polityczny:


źródło: Facebook

– Uważam, że nie po to ludzie oddawali życie za demokrację i za wolność decydowania, by teraz wybory były ignorowane. To świadczy o niedojrzałości, braku świadomości obywatelskiej czy mówiąc wprost – głupocie. Osobiście uważam, że wybory powinny być obowiązkowe. Takie rozwiązania są stosowane w innych krajach, np. w Belgii, gdzie w wyborach bierze udział 90 proc. obywateli, a za ich zlekceważenie płaci się nawet 125 euro kary. Także u nas, za niepójście do wyborów, powinna być kara finansowa i wprowadziłbym opłatę za możliwość głosowania. Dlaczego? Bo gdy człowiek ma coś kupić, to tym bardziej się zastanawia. Może część ludzi byłaby niezadowolona, że musi ruszyć tyłek w nieładną pogodę, ale bez przesady – to tylko raz na cztery lata. Warto pamiętać, że jeśli nie chcemy decydować o sobie, to ktoś inny zrobi to za nas.

prof. Robert Alberski, dyr. Instytutu Politologii Uniwersytetu Wrocławskiego:


źródło: Telewizja Dolnośląska TEDE

– Wybory samorządowe 2014 pokazały, jak frekwencja ma wpływ na wyniki. Ugrupowania, które miały zmobilizowany elektorat, osiągnęły lepszy wynik. Tym razem mamy mniej głosujących w dużych miastach, a do tej pory to te ośrodki nabijały frekwencję. Wygląda to tak, jakby część elektoratu, która zawsze głosowała, tym razem nie poszła do wyborów. Moim zdaniem, w drugiej turze wyborów, gdzie z reguły mniej osób głosuje, do urn pójdą tylko ci najbardziej zdeterminowani. W efekcie możemy mieć frekwencję na poziomie nie czterdziestu paru procent, a trzydziestu czy nawet dwudziestu. Warto pamiętać, że jeżeli nie idzie się głosować, to o wyborze zdecyduje za nas ktoś inny.

Zgłoś uwagę