L.U.C o kryzysie w miłości

L.U.C – raper, kompozytor i autor tekstów opowiada o swoim rozwodzie i związkach z Wrocławiem. 30 stycznia o 20.00 zagra koncert w Starym Klasztorze we Wrocławiu.

  • L.U.C Capitol Wrocław

    L.U.C podczas jubileuszowego koncertu w Capitolu; fot.: Małgorzata SAMOCHA Maszkiewicz

  • L.U.C Capitol Wrocław

    L.U.C podczas jubileuszowego koncertu w Capitolu; fot.: Małgorzata SAMOCHA Maszkiewicz

  • L.U.C Capitol Wrocław

    L.U.C w Capitolu; fot.: Małgorzata SAMOCHA Maszkiewicz


Agnieszka Czajkowska: Nie wyjechałeś jeszcze do Warszawy? Wielu artystów związanych z Wrocławiem tam się przeniosło.

Łukasz Rostkowski znany, jako L.U.C: – Ciągle wyjeżdżam. Ale ciągle wracam. Dziękuję za S8. Nie mówię, że nie myślałem o wyprowadzce, ale coś jest w tym Wrocku.

Pochodzisz z Zielonej Góry, ale wybrałeś Wrocław?

– Tak. Mój starszy brat tu studiował, więc jakoś naturalnie tak wyszło. Miałem do wyboru Poznań i Kraków, ale kierując się intuicyjnie jakąś młodzieńczą mądrością, oddałem się losowi i przyjechałem do brata. Los mnie tu targnął – można by rzec.

Widzisz potencjał w tym mieście?

– Oczywiście. Nie da się tego do końca wyjaśnić, ale coś „siedzi” w tej ziemi. Niestety ostatnio próbuje się to wyciągać razem z drzewami! Jak na polską ksenofobię, Wrocław, choć ma swoje za uszami, to jednak jest dość otwarty, można powiedzieć, że nawet kosmopolityczny. Ludzie tworzą jego urok. Przez wiele lat był tu też bardzo cenny, otwarty entuzjazm. Robiłem tutaj wiele akcji społecznych, np. performens z kolejką pocztową, w które włączali się mieszkańcy. Nie zapomnę tego Wrocławiowi. Tutaj zaczynałem moją drogę. Tutaj mam oddanych przyjaciół. Po moim wypadku na ulicach ludzie zatrzymywali mnie i okazywali ogromną troskę.

Twoja dzielnica we Wrocławiu to?

– Cisza na Krzykach. Mieszkam w Sky Tower, w ogromnej komnacie. Kupiłem 20 pięter i wywaliłem wszystkie ściany i podłogi, bo lubię wysokie sufity. A tak poważnie, to kiedyś chciałbym zamieszkać na Sępolnie albo Biskupinie, ale na razie nie stać mnie na to.

Twoje miejsca? Ulubione rewiry?

– Dużo jeżdżę na rowerze, więc lubię plenery. Barkę na Wyspie Słodowej, śluzę na Opatowicach, wrocławskie parki, których chciałbym więcej. We Wrocławiu brakuje miejsc, które mają wieloletnią tradycję. Knajpy powstają i padają, jak np. Mekka. Lubię te trwałe – bywam w Mleczarni, Bezsenności i Manianie, które są wyjątkiem pod tym względem, bo mają już swoją historię.
Lubię ten ciąg knajp przy Bogusławskiego obok Capitolu, bar mleczny DeTeS, w którym jadam domowe zupy. Kulinarnie we Wrocku jest coraz lepiej, ale ogólnie to nie jest mocna strona miasta. Wrocław jest specyficznym miejscem, czymś między metropolią a prowincjonalnym miasteczkiem. I to mi się podoba, znajduję w tym złoty środek.

Na swojej nowej płycie „REFlekcje o miłości, apdejtowanej selfie” w refrenach wykorzystujesz hity minionej dekady Haliny Frąckowiak, Ireny Jarockiej czy Krystyny Prońko. Szukałeś u tych pań podpowiedzi, jak to jest z miłością?

– (śmiech) No tak... Nabieram powoli dystansu do tej płyty, ale był to mój emocjonalny „wytrysk”, rozliczenie z przeszłością. Czułem, że muszę powiedzieć o tym, co przeżyłem, co wielu z nas przechodzi. O najgorszej sytuacji, jaka mnie w życiu spotkała.

Mówisz o rozwodzie?

– Hmm. Bardziej o kryzysie trwałości i ideałów. Straciłem wiarę w fundamentalne zasady, a to był mój grunt pod nogami. Ludzie z różnych powodów czasami go tracą. Przeżyłem skomplikowane rozstanie, skomplikowane emocje. Batalie psychiczne. Ta płyta to swoiste rozliczenie. Chciałem przestrzec ludzi przed moimi błędami.

Czyli przed czym?

– Chciałem im powiedzieć, żeby nauczyli się doceniać codzienność z tym kimś, kogo wybrali, z kim są. Bo w tym jest wielka wartość. Trzeba w końcu oddzielić się od tej medialnej nakrętki, że „zasługujesz na więcej”, że „jesteś tego wart”. Wmawia się ludziom, że mogą mieć nowy związek, a potem kolejny i kolejny, co za różnica. Zaczynamy traktować naszych partnerów jak szybki w ajfonach, które można potrzaskać i wymienić. Mamy teraz chyba jakiś totalny kryzys trwałości i to dotyka wielu ludzi. Ta płyta to też opowieść o końcu dzieciństwa, czyli o końcu beztroski. No cóż, staję się mężczyzną.

„Ty i ja, mieliśmy słońce kraść” – koledzy hiphopowcy się nie śmiali z wyboru refrenów?

– Nie wiem. W Polsce szydzi się ze wszystkiego, więc i z tego ktoś pewnie szydzi. Zgrzewa mnie to, jak hydraulik rurki. Robię, co czuję. „Miłość”, choć wymielona jak nawierzchnia na Zaporoskiej, jest wciąż pięknym tematem. To odróżnia nas od zwierząt. Chyba trochę we mnie disco-romantico Woody’ego Allena. Na to wychodzi.

Zgłoś uwagę