Gwiazda 38. PPA: Energetyczny Jamie Cullum

Nie rozbujał, ale poderwał do tańca publikę 38. Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Energia, spontaniczność, radość z bycia na scenie i olbrzymi urok osobisty zachwyciły widzów sobotniego koncertu w Capitolu. Jamie Cullum jest wyjątkowy!

  • Jamie Cullum fot. Sławek Przerwa/PPA

    Jamie Cullum fot. Sławek Przerwa/PPA

  • Jamie Cullum fot. Sławek Przerwa/PPA

    Jamie Cullum fot. Sławek Przerwa/PPA

  • Jamie Cullum fot. Sławek Przerwa/PPA

    Jamie Cullum fot. Sławek Przerwa/PPA

  • Jamie Cullum fot. Sławek Przerwa/PPA

    Jamie Cullum fot. Sławek Przerwa/PPA


Zaczął mocno i energetycznie od „Don't stop the music” Rihanny. W jego interpretacji ta popowa piosenka nabiera głębi i szlachetności i z pewnością jest ciekawsza od oryginału. Potem było już tylko większe przyspieszenie – skoki z fortepianu i naturalna, rozbrajająca spontaniczność, bo na koncertach Jamie Cullum nie trzyma się sztywno playlisty, ale śpiewa to, na co akurat ma ochotę, co podoba się publiczności. Jest też wyjątkowym improwizatorem – z głowy zaśpiewał o Wrocławiu, mieście kultury i został nagrodzony owacjami na stojąco.

Jazz, rock, hip hop

Jamie Cullum jest pianistą, gitarzystą, perkusistą i kompozytorem. Nie jest mu obca muzyka rockowa, hip hop, pop, techno, ale mimo to najczęściej kojarzony jest z jazzem. „Heard it all before” to jego pierwszy album, który wydał za własne pieniądze w 1999 roku. Sławę i kontrakt na milion dolarów zdobył, gdy miał dwadzieścia parę lat. Jego najsłynniejszy album to „Twentysomthing”, z którego tytułową piosenkę usłyszeliśmy na koncercie w Capitolu.

Cullum zaprosił widzów siedzących w dalekich rzędach do przodu – ludzie tańczyli, klaskali i śpiewali z artystą. Jamie zszedł też na widownie, by śpiewać o miłości właśnie wśród ludzi, a nie z piedestału sceny. Widzom wyznał, że jego babcia pochodziła z terenów dawnych Prus, które dziś znajdują się w granicach Polski, a on sam w czasie studiów poświęcił się poznawaniu Polskiej Szkoły Filmowej w Łodzi. Zachwycony reakcją publiczności stwierdził, że będzie musiał niebawem znów przyjechać do Polski.

Cullum to prawdziwy showman, który potrafi wyrwać z foteli publiczność. Dawno nie widziałam tak energetycznego koncertu w Capitolu, w czasie którego widzowie, zarówno na parterze jak też na balkonie, po prostu szaleli.

Artysta nie odmawiał autografów doprowadzając swoich fanów do euforii. Na koniec zaśpiewał jedną z najpiękniejszych piosenek ze swojego repertuaru „Gran torino”, znaną z filmu pod tym tytułem w reżyserii Clinta Eastwooda. Nie było bisów, ale było osobiste pożegnanie z publicznością. Cullum ma olbrzymią charyzmę, urok, ale przede wszystkim talent, którym zachwycił publiczność 38. Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Kto nie kupił biletu na ten koncert niech żałuje i wypatruje powrotu Culluma na polska scenę, bo koncert w Capitolu był genialny!

Zgłoś uwagę