Cannibal Corpse na żywo: zawiedzionych nie było

Dorobek Amerykanów z legendarnego Cannibal Corpse nie grzeszy subtelnością. To 13 albumów pełnych niezbyt odkrywczego, ale za to potwornie ciężkiego, bezkompromisowego death metalu z tekstami budzącymi na przemian grozę i obrzydzenie. Miód na uszy fanów, którzy 31 lipca tłumnie zgromadzili się w klubie Alibi, by sprawdzić, jak ich ulubieńcy grają na żywo. Zawiedzionych nie odnotowano.

  • cannibal corpse alibi wrocław

    Cannibal Corpse w klubie Alibi/fot. Krzysztof Zatycki

  • cannibal corpse alibi wrocław

    Cannibal Corpse w klubie Alibi/fot. Krzysztof Zatycki

  • cannibal corpse alibi wrocław

    Cannibal Corpse w klubie Alibi/fot. Krzysztof Zatycki

  • cannibal corpse alibi wrocław

    Cannibal Corpse w klubie Alibi/fot. Krzysztof Zatycki

  • cannibal corpse alibi wrocław

    Cannibal Corpse w klubie Alibi/fot. Krzysztof Zatycki


Cannibale kiedyś i dziś

Ostatni raz Cannibale byli we Wrocławiu niemal dokładnie trzy lata temu, w czerwcu 2012 roku, też zresztą w Alibi. Tamten koncert wzbudził ogromny entuzjazm miłośników metalowych tortur, autorzy relacji z wydarzenia zgodnie chwalili formę muzyków i równie zgodnie narzekali na brak klimatyzacji w Alibi; po trzech latach należałoby powtórzyć i jedno, i drugie. Forma muzyków wciąż pozostaje imponująca, a w klubie, gdy wejdzie doń kilkuset fanów, z miejsca nie ma czym oddychać. Swoją drogą tak duża frekwencja mogła nieco zaskakiwać. Środek wakacji, początek weekendu, piękna pogoda na wypad nad wodę, za moment Brutal Assault, festiwal w stosunkowo bliskim Wrocławia czeskim miasteczku Jaroměř, na którym Cannibal Corpse będzie jedną z gwiazd, a Alibi pełne ludzi. Może nie było ich aż tak wielu jak ostatnio, ale i tak sporo. Niewiele kapel z tych, które zaczynały na początku lat dziewięćdziesiątych, może poszczycić się podobną popularnością i podobnie zwartym fanowskim zapleczem.

Rasowy death metal

Niezmiennie wysoka pozycja Cannibal Corpse w świecie ciężkiego grania przestaje dziwić, gdy widzi się tę kapelę na żywo. Piątkowy koncert, jak wszystkie w wypadku tej kapeli, był bowiem imponującym pokazem porządnego, rasowego deathmetalowego łojenia. Zespół grał przez godzinę i dwadzieścia minut, wykonał osiemnaście utworów i nie oszczędzał się ani przez sekundę. Zaczął od „Scourge Of Iron”, skończył na „Devoured By Vermin”, a w międzyczasie wymiótł zarówno utwory z ostatniej płyty studyjnej „A Skeletal Domain” („Sadistic Embondiment”, „Kill Or Become”, „Icepick Lobotomy”), jak i hity sprzed lat, z nieśmiertelnym „Hammer Smashed Face” w finale. A wszystko to z podziwu godną energią, z zapałem i zapamiętaniem godnym  debiutantów. Prym wśród Cannibali wiódł oczywiście fenomenalny George „Corpsegrinder” Fisher, który nie tylko z wprawą przeklinał po polsku (to się zawsze sprawdza) i dowcipkował (utwór „I Cum Blood” zapowiedział na przykład jako piosenkę miłosną), ale i w każdej wolnej chwili uprawiał headbanging, kręcąc fryzurą kółka w powietrzu i zawstydzając mniej wytrenowanych fanów z końca sali. Tak to się właśnie robi. Tak się podtrzymuje swój legendarny status i tak zyskuje się oddanych fanów z pokolenia młodszego niż połowa własnej dyskografii.

Supporty bez rewelacji

O supportach (Overviolence i Gadget) da się tylko powiedzieć, że były i zagrały. W konfrontacji z brutalną siłą i wieloletnim doświadczeniem amerykańskich weteranów nie mieli niestety najmniejszych szans.

Zgłoś uwagę