Brad Mehldau w NFM. Rewelacyjny koncert

To był koncert o stuprocentowo gwarantowanej jakości i satysfakcji, choć dobrze wiadomo, że artystom zdarzają się w trasie lepsze i gorsze dni. Brad Mehldau grał jednak w sobotę w NFN jak natchniony, dał się uprosić o trzy bisy i pochwalił akustykę głównej sali. – Powiem o niej wszystkim – przekonywał wyraźnie zadowolony. Taka rekomendacja jest już właściwie zapowiedzią kolejnych świetnych nazwisk, bo poczta pantoflowa to w tej branży więcej niż billboardy reklamowe NFM.

  • brad mehldau nfm

    Brad Mehldau/fot. Michael Wilson


Brad Mehldau jest jedną z największych gwiazd, jaka wystąpiła w tym sezonie w Narodowym Forum Muzyki („The New York Times” obwołał go najbardziej wpływowym pianistą jazzowym ostatnich dwóch dekad). Jego koncert był wyczekiwany przez lata, a na sali znaleźli się, nawet jeśli nie wyłącznie zagorzali fani, to wielcy miłośnicy jazzu. Pod względem akustyki wszystko przygotowano perfekcyjnie, czego Mehldau nie omieszkał zauważyć i pochwalić. Może profesjonalne podejście i genialna atmosfera na widowni spowodowały, że ten nieco wycofany i introwertyczny artysta zdecydował się bisować aż trzy razy przy nieustającej owacji na stojąco, okrzykach i gwizdach po każdym z kolejnych encores. Na punkcie Amerykanina wrocławianie oszaleli, ale też wreszcie była okazja posłuchać go na żywo i w dodatku solo. To też największe artystyczne wyzwanie, bo na scenie nie ma zespołu, a uwagę i skupienie fanów trzeba umieć umiejętnie utrzymać.

Pianista zagrał w NFM m.in. utwory, jakie znalazły się także na jego najnowszym krążku (dokumentującym 10 lat grania solo podczas koncertów – są tam wersje live wielu utworów grywanych przez Mehldaua). Było „I fall in love too easily” z repertuaru Cheta Bakera, „God only knows” Briana Wilsona i Tony’ego Ashera, czy beatlesowskie „And I Love Her”. W każdym główny temat był jednak tylko pretekstem do osobistych wycieczek muzycznych, użycia wyobraźni, uruchomienia pokładów olbrzymiej wiedzy muzycznej (także utworów z muzyki poważnej, bo tu gdzieś bachowskie zakończenie, tam impresjonistyczne pasaże) i wrażliwości. Miękkość uderzenia, subtelne brzmienie, umiejętność budowania bardzo bogatej faktury w improwizacjach. To sprawia, że Mehldau jest w stanie zagrać właściwie wszystko. Z każdego dowolnego tematu wyprowadzić, w drodze przetworzenia, fantastyczną kompozycję. A grać Amerykanin kocha, w przeciwnym razie nie decydowałby się na trzy bisy, przeczekałby oklaski i może skończył na jednym. Tymczasem dał wrocławskim fanom jeszcze dodatkowe kilkanaście minut fenomenalnie zagranej i precyzyjnie obmyślonej muzyki w charakterystycznym dla niego stylu. Niepodrabialnym, jak na mistrza przystało.

Zgłoś uwagę