„Don Giovanni” w Operze Wrocławskiej. Po premierze

Wielbiciele bodaj najlepszej opery w historii będą jednak tęsknić za wersją Mariusza Trelińskiego, która była niezwykle inteligentnie wymyślona, błyskotliwie reżysersko poprowadzona, dowcipna, ironiczna. Obecna realizacja André Hellera-Lopesa ma ciekawy pomysł wyjściowy (akcja rozgrywająca się w domu wariatów) i znakomitą stronę muzyczną. Niestety, trudno zaliczyć ją do udanych. 


Muzycznie znakomity spektakl

To jeden z ciekawszych muzycznie spektakli, jaki Opera Wrocławska ma obecnie w repertuarze, bo trzeba przyznać, że Marcin Nałęcz-Niesiołowski przygotował dzieło Mozarta w godnym podziwu stylu dbając o wyeksponowanie wielu niuansów z partytury. Smyczki były wprost fenomenalne, ale i wejścia instrumentów dętych (zwłaszcza klarnet) warte były zapamiętania.

Wśród śpiewaków błyszczał Bartosz Urbanowicz, świetny Leporello, w doskonałej wokalnej formie, którą utrzymał do samego końca spektaklu, czy pięknie obsadzona w partii Zerliny Hanna Sosnowska, która potwierdza swoją klasę wykonawczą kolejną dobrą rolą.

Tomasz Rudnicki jako Don Giovanni jest przez większą część spektaklu za mało wyrazisty, dopiero w II akcie śpiewa z większym przekonaniem, by w scenie ostatniej wieczerzy być naprawdę znakomity. Tatiana Gawriłowa zbiera owacje, ale jej momentami dramatycznie przerysowana Donna Anna nie zawsze przekonuje. Szkoda, że reżyser znowu zrobił z Donny Elwiry męczącą nieco i natrętną w swojej tęsknocie miłosnej postać, bo w przypadku innej interpretacji Bożena Bujnicka mogłaby stworzyć o wiele ciekawszą kreację. Spodobać się mógł też Komandor (Łukasz Konieczny), od początku do końca przekonujący wokalnie.

Uwodziciel z zakładu zamkniętego

André Heller-Lopes, brazylijski reżyser zaproszony do zrealizowania premiery „Don Giovanniego” postanowił, że akcja opery rozgrywać się będzie w zakładzie dla obłąkanych. Pomysł, by pensjonariusze wcielali się w postaci z libretta Lorenza da Ponte mógł się udać, zważywszy na to, że nietrudno wyobrazić sobie przebywającego w ośrodku mężczyznę, który marzy o tym, by zostać uwodzicielem z reputacją popartą listą podbojów w każdym większym państwie. Można też w przebranej za Fridę Kahlo Donnie Elwirze dostrzec zakochaną do szaleństwa kobietę, a w strojnie odzianej w gorset i suknię Donnie Annie córki żądającej pomszczenia śmierci ojca.

Nieśmieszny „Don Giovanni”

Ale umieszczenie akcji w tak specyficznym miejscu nie służy głębszej refleksji (na jaką dzieło Mozarta w pełni zasługuje), pozostaje ciekawy punktem wyjścia do dyskusji, której reżyser w widzem nie podejmuje. Brak jednak nie tylko pogłębionego czytania opery, o której rozpisywali się nie tylko filozofowie minionych wieków, ale też nam współcześni. Brak w tej operze buffa, czyli komicznej (bo tym jest w istocie dramma giocoso), vis comica.

Na widowni przez cały pierwszy akt nie śmieje się praktycznie nikt, w drugim jest nieco swobodniej, ale pamiętam spektakle, podczas których libretto da Pontego i genialnie je uzupełniająca muzyka Mozarta były mieszanką wybuchową. Szkoda, bo w Operze Wrocławskiej mamy świetnie przetłumaczone i umiejętnie uwspółcześnione libretto na czytniku.

Dla spragnionych uwodzicielskich wątków „Don Giovanni” obecny także będzie rozczarowaniem. Chemii między bohaterami szukać raczej próżno. Don Giovanni (Tomasz Rudnicki) niby próbuje bałamucić kobiety, ale bez specjalnej determinacji, Don Ottavio (Sylwester Smulczyński) to bardziej ucieleśnienie narcyzmu, mniej oddanego stróża Donny Anny (Tatiana Gawriłowa), zaś Zerlina i Masetto może i są sobie oddani, ale jak na nowożeńców mało namiętni. Sytuacje sceniczne są też momentami dość niejasne, jak policzkowanie się wzajemne bohaterów, które staje się w pewnym momencie wręcz zaraźliwe.

Finał bez napięcia

Ostatnia scena (w tej wersji Marcin Nałęcz-Niesiołowski zdecydował się opuścić finałowe sceny rozpoczynające się od „Ah, dov’è il perfido”, czyli zamknąć dzieło śmiercią Don Giovanniego) posłużyłaby w niejednej komedii, choć zamysł reżysera był, zapewne, zupełnie inny.

Nie zdradzając widzom zakończenia, trzeba dodać, że wprawia w  osłupienie z powodu pomysłów realizatorów. Napięcia tu jednak nie ma, zachwytu, niestety, też brakuje. Szkoda, bo wyłącznie na zachwyty tandem Mozart/da Ponte zasługuje zawsze.

  • Wolfgang Amadeusz Mozart, „Don Giovanni”, reż. André Heller-Lopes, kier. muzyczne Marcin Nałęcz-Niesiołowski. Premiera w Operze Wrocławskiej 9.02.2019
Zgłoś uwagę