wroclaw.pl strona główna

Z miasta Festiwal Kupuj Świadomie w ten weekend w Czasoprzestrzeni

  1. wroclaw.pl
  2. Miasto równości
  3. Tęczowy Wrocław
  4. Czyje są ulice? O obecności i symbolach w przestrzeni publicznej – Mile widzianx
Kliknij, aby powiększyć
Spotkanie na temat obecności i symbolach w przestrzeni publicznej – Mile widzianx zorganizowane w Muzeum Architektury we Wrocławiu. Iga Bałchanowska
Spotkanie na temat obecności i symbolach w przestrzeni publicznej – Mile widzianx zorganizowane w Muzeum Architektury we Wrocławiu.

Miasto nie jest jedynie zbiorem budynków i ulic. To także system symboli, gestów i narracji, które decydują o tym, kto czuje się w nim u siebie, a kto pozostaje na marginesie widzialności. Kto ma prawo manifestować swoją tożsamość w przestrzeni publicznej i na jakich zasadach? O queerowej obecności w mieście, napięciu między oddolnym aktywizmem a instytucjonalnym wsparciem oraz o roli mediów i sztuki w kształtowaniu wspólnej przestrzeni rozmawiają przedstawiciele trzech perspektyw. To opowieść o muralach, paradach, klubach i pomnikach, ale przede wszystkim o tym, kto i w jaki sposób współtworzy miejską tkankę.

Widzialność jako proces polityczny

Kacper Kępiński: Nasza rozmowa dotyczy tego, kto w przestrzeni publicznej, rozumianej jako przestrzeń miejska, przestrzeń wspólna, ale też przestrzeń instytucji, szkół i wszystkich miejsc, które w mieście funkcjonują, jest widzialny. W jaki sposób ta widzialność, prawo do wyrażenia siebie, ale też prawo do manifestowania swojej odrębności, swojej tożsamości czy symboli z tym związanych, jest kształtowane, respektowane lub ograniczane. Będziemy rozmawiać z trzech perspektyw, aktywistycznej, samorządowej i artystyczno-medialnej, o tym, w jaki sposób symbole i działania są obecne lub ich obecność jest ograniczana w naszej wspólnej przestrzeni. Zacznę od pytania do Piotra o nakreślenie, może trochę historyczne, tego, jak z perspektywy Kultury Równości wyglądała ewolucja podejścia do queerowej symboliki w przestrzeni publicznej Wrocławia, zarówno fizycznej, jak i medialnej. Jak zmieniło się prawo do bycia widzialnym i manifestowania swojej przynależności w przestrzeni publicznej Wrocławia? Czy dostrzegasz konkretne momenty przełomowe, które były kamieniami milowymi w tym procesie?

Piotr Buśko: Dzień dobry. Patrzę na to przede wszystkim z perspektywy mojej działalności w Stowarzyszeniu Kultura Równości. Queerowanie i queerowa obecność były we Wrocławiu obecne jeszcze przed moim zaangażowaniem i przed powstaniem stowarzyszenia. Wrocławski Marsz Równości jest jednym z najważniejszych przykładów symbolicznej, ale też realnej widoczności osób ze społeczności LGBTQ+, osób queerowych i sojuszników walki o równość. Pierwszy marsz odbył się w 2009 roku, czyli jeszcze przed powstaniem Stowarzyszenia Kultura Równości. Warto przyglądać się temu, jak marsz się zmieniał, z przestrzeni silnej manifestacji postulatów w coraz bardziej społecznotwórcze wydarzenie, aż do symbolicznego święta. W tej historii pierwszy marsz zgromadził około stu osób, a zeszłoroczny około piętnastu tysięcy uczestników. Obecnie marsz odbywa się pod honorowym patronatem przedstawicielstwa Komisji Europejskiej i prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka. To pokazuje zmianę w myśleniu o tym, kogo chcemy widzieć w mieście i do kogo należy miasto. Oczywiście przez lata towarzyszył temu duży dystans wobec postulatów społeczności. Marsz bywał utożsamiany z paradami z Berlina, a podczas naszych wydarzeń pojawiały się kontrmanifestacje posługujące się takimi obrazami. W pewnym momencie silny kontekst polityczny, osiem lat rządów Prawa i Sprawiedliwości, wyraźnie wpłynął na mobilizację społeczności LGBTQ+, ale też szerzej na mobilizację obywatelską w obronie praw człowieka i praw kobiet. Od 2016 roku, wraz z czarnymi protestami, widać było wyraźny wzrost zaangażowania. Wrocławskie Marsze Równości stawały się coraz liczniejsze i były już nie tylko manifestacją sojusznictwa, lecz także wyrazem sprzeciwu wobec nagonki, przemocy i dyskryminacji. Marsz stał się papierkiem lakmusowym zmian społecznych. Paradoks polega jednak na tym, że nawet kilkunastotysięczny tłum nie przekłada się bezpośrednio na zmiany ustawowe. Możemy obserwować zmiany w naszej lokalnej społeczności, ale w prawie ogólnokrajowym wciąż jest cisza. To rodzi pytanie, co zrobić z tą masą energii i jak nie zatrzymać się na symbolicznej widoczności. Czerwiec jest ważny, ale poza nim jest codzienna praca nad budowaniem społeczności. Drugim istotnym momentem było otwarcie w 2017 roku Centrum Społeczności LGBTQ+ Równe Miejsce. Najpierw funkcjonowało dzięki niewielkim grantom projektowym, później dzięki współpracy z miastem i wynajęciu lokalu komunalnego. W zeszłym roku po raz pierwszy zostało dofinansowane ze środków Gminy Wrocław. To ważne, bo oznacza, że miasto dostrzega wartość stałej przestrzeni dla tej społeczności.

Spotkanie na temat obecności i symbolach w przestrzeni publicznej – Mile widzianx zorganizowane w Muzeum Architektury we Wrocławiu. Iga Bałchanowska
Spotkanie na temat obecności i symbolach w przestrzeni publicznej – Mile widzianx zorganizowane w Muzeum Architektury we Wrocławiu.

Kacper Kępiński: Reakcja na działania władzy centralnej była momentem integrującym i motywującym do działania. Czy na poziomie lokalnym nie mierzyliście się z próbami ograniczenia, na przykład zakazem marszu, jak w Poznaniu? Czy to były raczej reakcje na ogólnopolski kontekst polityczny?

Piotr Buśko: We Wrocławiu nie było formalnych prób zakazu marszu. Trzeba jednak pamiętać, że miasto ma trudną historię i bywało określane jako „dziki zachód”, z silną obecnością środowisk brunatnych. W momentach dużej widoczności, jak Marsz Równości, musieliśmy mierzyć się z agresją grup nacjonalistycznych i faszyzujących, co bywało niebezpieczne. Z czasem jednak ich wpływ spotkał się z oporem społecznym i reakcją miasta. Obecnie mierzymy się raczej z działaniami grup związanych z Fundacją Pro–Prawo do Życia, organizowaniem kontrmanifestacji, homofobusami czy kampaniami zrównującymi orientację homoseksualną z pedofilią. To są dziś główne wyzwania.

Kacper Kępiński: Zaczęło się mówić o tym, że w pewnym momencie zaczęło działać miasto. Mówimy o bezpieczeństwie, które powinny zapewniać instytucje, a nie sama społeczność. Alino, z twojej perspektywy pełnomocniczki, jakie są dziś największe wyzwania, aby działania w obszarze równego traktowania dalej się umacniały? Jakimi narzędziami dysponujecie jako urząd?

Miasto wobec nacisku i kontrmanifestacji

Alina Szeptycka: Dziękuję za zaproszenie i za to pytanie. To jest dla mnie zawsze moment wspomnieniowy, bo, jak mówiliśmy przed spotkaniem, przez wiele lat byłam zaangażowana między innymi w organizację Marszu Równości, więc znam ten proces z innej strony. Od prawie trzech lat pracuję w Urzędzie Miasta jako pełnomocniczka. I co ważne, chciałabym to podkreślić: mówię jako urzędniczka, a nie jako „władza”. To jest istotne rozróżnienie. Odnoszę się nie tylko do pracy urzędniczej w sensie formalnym, ale też do tego, jak działa miasto. Kiedy mówimy „miasto coś robi”, „miasto pomaga” czy „miasto zapewnia bezpieczeństwo”, warto zapytać: miasto, czyli kto dokładnie? To jest kwestia narzędzi i możliwości rozpoznania z tej pozycji, jak działa miasto, kto odpowiada za poszczególne kwestie i jak sprawić, żeby na przykład Marsz Równości miał patronat honorowy, a współpraca z policją była efektywna. To jest długa historia, bo ta współpraca nie zawsze była łatwa, mimo że wspólny cel był jeden, bezpieczeństwo. Z jednej strony bardzo ważne jest to, że będąc w urzędzie, mamy rozpoznanie, kto za co odpowiada, i możemy bezpośrednio zwracać się, ingerować i postulować w sprawach dotyczących przestrzeni publicznej czy różnych interwencji. Jeśli chodzi o narzędzia i procedury, wiele z nich nie różni się zasadniczo od tych, którymi dysponują organizacje społeczne. Nie mówię tylko o marszu, ale na przykład o stworzeniu muralu czy organizacji wydarzenia. Oczywiście organizacji pozarządowej jest trudniej w tym wszystkim nawigować. Z mojej perspektywy bardzo ważne jest to, że w urzędzie funkcjonuje Departament Różnorodności Społecznej, biuro, które zajmuje się tymi tematami, czasami we współpracy z innymi jednostkami, czasami wspierając, a czasami będąc właścicielem danego tematu. Jeśli chodzi o wyzwania, to rzeczywiście potrafimy łączyć ludzi, budować dialogi i mamy większy dostęp niż organizacje społeczne do Rady Miejskiej oraz do finansów, co jest istotne, bo wszystko kosztuje. Nie działamy jednak w próżni. Wchodzi tu w grę polityka krajowa i wola polityczna. Z mojej perspektywy to jedno z największych wyzwań, tematy dotyczące społeczności LGBTQ+ nadal bywają uznawane za kontrowersyjne i są wykorzystywane instrumentalnie politycznie. Zawsze istnieje ryzyko, że kiedy sięgniemy po te tematy, czy będą to flagi tęczowe w przestrzeni publicznej, patronat nad marszem, dofinansowanie centrum czy nawet dzisiejsze wydarzenie, pojawi się reakcja, a decyzje będą oceniane przez ten pryzmat. Cieszę się, że we Wrocławiu samo powołanie stanowiska pełnomocniczki pokazuje wolę dostrzeżenia czegoś bardzo podstawowego: że osoby LGBTQ+ są mieszkankami i mieszkańcami naszego miasta. Tak jak inni mają konkretne potrzeby, przede wszystkim potrzebę bezpieczeństwa. Jako miasto mamy obowiązek o to zadbać. Jednym z najważniejszych wyzwań jest też budowanie strategii na kolejne dekady, a nie tylko na dziś. Rozwój nie jest linearny. Widzimy backlash w wielu obszarach i w przyszłości może to wyglądać różnie. Dopóki mamy narzędzia, powinniśmy myśleć o budowaniu tego długofalowo.

Media jako przestrzeń reprezentacji

Kacper Kępiński: Twoja droga prowadziła od architektury do mediów. Co sprawiło, że powstała „Duma”? Czy był to brak reprezentacji, brak medium, czy bardziej impuls osobisty? Czy to była odpowiedź na szerszy brak reprezentacji w przestrzeni medialnej? I czy narzędzia zdobyte podczas studiów architektonicznych są w jakikolwiek sposób przydatne w twojej obecnej praktyce?

Spotkanie na temat obecności i symbolach w przestrzeni publicznej – Mile widzianx zorganizowane w Muzeum Architektury we Wrocławiu. Iga Bałchanowska
Spotkanie na temat obecności i symbolach w przestrzeni publicznej – Mile widzianx zorganizowane w Muzeum Architektury we Wrocławiu.

Mateusz Jaskot: „Duma” powstała w 2021 roku, w czasie pandemii. To był moment, kiedy zgromadzenia masowe były zablokowane i nie mogliśmy jako Parada Równości wyjść na ulicę, by celebrować różnorodność i pokazywać swoją widoczność. Byłem wtedy wolontariuszem Warszawskiej Parady Równości i zastanawialiśmy się, w jaki sposób możemy dotrzeć do jak największej liczby osób ze społeczności i w tych trudnych czasach się zjednoczyć. Powstało kilka pomysłów i część z nich wdrożyliśmy. Jednym była Parada Równości online, transmisje różnych występów. Innym pomysłem był spływ kajakowy, który musiał być ograniczony liczbowo, bo każda osoba była wtedy liczona. Trzecią formą był drukowany magazyn. Początkowo zakładaliśmy, że wydamy jeden numer. Chcieliśmy zaprosić do udziału kluczowe organizacje i osoby aktywnie działające w społeczności. Chcieliśmy dotrzeć w formie magazynu do osób mieszkających w małych miastach, aby mogły fizycznie poczuć wspólnotę, zobaczyć, że jesteśmy razem, i dowiedzieć się czegoś o organizacjach czy osobach ze społeczności. Po wydaniu pierwszego numeru pojawiło się pytanie: kiedy kolejny? Okazało się, że jest to potrzebna platforma. Poza „Dumą” istnieje kilka innych wydawnictw, ale w praktyce jest jedno regularne czasopismo LGBTQ+. Treści publikowane w „Dumie” pogłębiają tematy ważne dla społeczności LGBTQ+, a także dla innych osób marginalizowanych. Dajemy platformę do wyrażania siebie i spełniania marzeń. Bycie na okładce magazynu nie jest oczywiste, zwłaszcza w kontekście kanonów obowiązujących w mainstreamowych mediach. W „Dumie” patrzymy przede wszystkim na to, co dana osoba reprezentuje i co chce przekazać. Od czterech lat wydajemy magazyn, którego głównym rdzeniem jest pokazywanie różnorodności.

Symbole konfliktu i uporu

Kacper Kępiński: Najbardziej rozpoznawalnym symbolem osób queerowych w przestrzeni publicznej w Polsce była „Tęcza” Julity Wójcik na placu Zbawiciela. Właściwie nie sama Tęcza, lecz dyskusja, kontrowersje i akty przemocy, które wywołała. Po latach ma zostać odbudowana w wyniku głosowania w Budżecie Obywatelskim Warszawy, choć również to nie jest pozbawione kontrowersji, także grupa zgłaszająca projekt budzi w środowisku wątpliwości. Czy uważasz, że ten symbol jest dziś w Warszawie i w społeczności potrzebny?

Mateusz Jaskot: Moim zdaniem jest bardzo potrzebny. Zacznijmy od prostego spojrzenia na ten przykład i zestawienia go z innymi pomnikami w Polsce. Jeśli spojrzymy neutralnie, Tęcza została wykonana z tysięcy kwiatów, symbolizowała różnorodność i wnosiła kolor do tkanki miejskiej Warszawy. Możemy to zestawić z najbardziej popularną formą pomnika w Polsce, którą jest głaz albo figura bohatera na koniu. Podróżując po Polsce i obserwując tego typu pomniki, uważam, że Tęcza była czymś naprawdę wyjątkowym, nawet jeśli spojrzymy na nią zupełnie neutralnie. Niosła też reprezentację i wsparcie dla społeczności. W wyniku wydarzeń, które większości są znane, stała się elementem podziału społecznego i symbolem wojny kulturowej. Cieszę się, że społeczność i wiele osób walczy o to, żeby Tęcza wróciła. Instalacja została odsłonięta w 2012 roku i była wielokrotnie podpalana w kolejnych latach. W 2018 roku, kiedy byłem jeszcze wolontariuszem Parady Równości, zorganizowaliśmy happening, stworzyliśmy wodną instalację, na której wyświetlona została Tęcza. W sercach społeczności LGBTQ+ to bardzo ważny symbol. Dlatego cieszę się, że wróci. Została w tym roku zgłoszona i po wielu próbach ta forma pomnika będzie, mam nadzieję, jak najdłużej częścią tkanki Warszawy. Jest to ważny symbol dla społeczności LGBTQ+, ale dla mnie także ciekawsza forma pomnika. Jeżdżąc po innych miastach europejskich i nie tylko, mam wrażenie, że pomniki są tam bardziej różnorodne niż te, które spotykamy w naszym kraju. To element, który wzbogaca codzienne doświadczenie przestrzeni.

Piotr Buśko: To jest ciekawe, bo jeśli spojrzymy na to, kogo upamiętniamy, to nawet gdy upamiętniamy osoby ze społeczności LGBTQ+, nigdy nie robimy tego jako osoby LGBTQ+. W Polsce zwracanie uwagi na przynależność do społeczności przy okazji upamiętnień właściwie nie istnieje. Nie mamy swoich pomników. To nie jest tak, że mamy pomnik Marii Konopnickiej jako lesbijki, która napisała „Rotę”. Mamy po prostu pomnik autorki „Roty”. Nasze historie w upamiętnieniach nie istnieją. To, co wydaje mi się szczególnie interesujące w przypadku Tęczy, to jej wymiar symboliczny. Oprócz tego, że powstał film dokumentalny „Punkt zapalny”, stała się symbolem uporu. Była odbudowywana, restaurowana, wracała. Nawet jeśli była odbudowywana w związku z umową z artystką, to to ciągłe wracanie do niej, ponowne pojawianie się, najpierw w postaci nie płonącej tęczy na kurtynie wodnej, a teraz w formie materialnej, ma znaczenie symboliczne. To opowieść o społeczności osób LGBTQ+ w tym kraju, które będą się o sobie upominać. W tej historii widać upór w byciu.

Kacper Kępiński: To, w jakiej formie „Tęcza” wróci i kiedy, jeszcze nie do końca wiemy. Jak to bywa z budżetem obywatelskim i projektami realizowanymi w oparciu o ten mechanizm, wszystko może się jeszcze zmienić. Z naszej perspektywy, warszawskiej, wasz mural Kultury Równości, zniszczony jeszcze w trakcie tworzenia, był trochę taką lokalną tęczą. Czego was ta historia nauczyła? Czy po tym wydarzeniu zmieniliście podejście do tego typu interwencji w przestrzeni publicznej? Jesteście bardziej ostrożni, czy może przeciwnie, bardziej odważni? Mural z założenia miał być tymczasowy. Czy we Wrocławiu jest miejsce albo plany dotyczące stałego upamiętnienia symbolu czy przestrzeni mówiącej wprost o tej społeczności?

Spotkanie na temat obecności i symbolach w przestrzeni publicznej – Mile widzianx zorganizowane w Muzeum Architektury we Wrocławiu. Iga Bałchanowska
Spotkanie na temat obecności i symbolach w przestrzeni publicznej – Mile widzianx zorganizowane w Muzeum Architektury we Wrocławiu.

Piotr Buśko: Historia naszego muralu zaczęła się w 2022 roku. Powstał na Księżu Małym, na tak zwanej „lodówce” Wrocławia. Nie wiem, czy ten budynek jeszcze stoi, czy został już zburzony, więc muralu fizycznie już nie ma. Robiliśmy go wspólnie z przedstawicielstwem Komisji Europejskiej we Wrocławiu. Był to tęczowy mural z hasłem „Klimat na równość”. Łączyliśmy wtedy dwa ważne tematy: równość i zrównoważony rozwój ekologiczny. Mural był malowany farbami ekologicznymi, które neutralizują CO₂. W symbolicznej, niewielkiej skali miały przekształcać część smogu w tlen. To była próba połączenia idei równości z odpowiedzialnością klimatyczną. Otwarcie planowaliśmy na 17 maja, IDAHOBIT, Międzynarodowy Dzień Przeciw Homofobii, Transfobii i Bifobii, który we Wrocławiu otwiera festiwal poprzedzający Marsz Równości. To był moment wyczekiwania. Mural był jeszcze w trakcie malowania, gdy o szóstej rano dostałem wiadomość ze zdjęciem, że coś się wydarzyło. Okazało się, że ponieważ stało jeszcze rusztowanie, mural został zdewastowany. Pojawiły się zakazane symbole, krzyże celtyckie, hasła white power, napisy nawołujące do przemocy wobec społeczności LGBTQ+. Mieliśmy chwilę, żeby się zebrać i zdecydować, co robimy. Potraktowaliśmy to jako wezwanie do działania, zaproszenie dla innych, by stanąć przeciwko tej dewastacji i opowiedzieć się za „klimatem na równość”. Zorganizowaliśmy zbiórkę i w niecałe 24 godziny zebraliśmy prawie 20 tysięcy złotych na odrestaurowanie muralu. Udało się go przywrócić. Otwarcie nie polegało na udawaniu, że nic się nie wydarzyło. Nie zamazaliśmy historii. Zrobiliśmy z tego happening, osoby obecne na otwarciu aktywnie uczestniczyły w zamalowywaniu nienawistnych symboli. To był gest pokazujący, że nie zgadzamy się na przemoc w przestrzeni publicznej i że reagujemy wspólnie.

Kacper Kępiński: Czyli znowu reakcyjnie.

Piotr Buśko: Tak, musieliśmy zareagować. Nie wyobrażaliśmy sobie, że zostawimy ten mural jako przestrzeń naszej porażki. Stał przez około trzy lata. Nie mogliśmy go zostawić z tymi znakami. To jest podobne do historii Tęczy. Trzeba do niej wrócić i się nią zaopiekować. Nawet jeśli nie jest „twoja”, w momencie ataku staje się wspólna. Społeczność reaguje: to jest nasze i będziemy tego bronić.

Alina Szeptycka: Wtedy pracowałam jeszcze w Kulturze Równości, ale byłam też współprzewodniczącą Wrocławskiej Rady ds. Równego Traktowania, która jest organem doradczym prezydenta. Reakcja miasta była bardzo wyraźna, zaangażowały się rada, biuro prezydenta oraz przedstawicielstwo Komisji Europejskiej, które współfinansowało projekt. To było klasyczne zarządzanie kryzysowe, ale pokazało też siłę współpracy. Zaangażowała się rada osiedla, mieszkańcy i mieszkanki dzielnicy. Reakcja była jednoznaczna: sprzeciw wobec wandalizmu. Ludzie mówili: „Jak można zniszczyć coś tak pięknego? To jest już nasz mural”. Mural z definicji jest czasowy, do pięciu lat. Bywa jednak, że wpasowuje się w przestrzeń tak mocno, że jego usunięcie budzi opór. Ta historia była historią współpracy miasta, rady osiedla i mieszkańców. Osoby przychodziły i mówiły: „Będziemy z wami pilnować, żeby zdążyć na 17 maja”. I zdążyliśmy. Warto też wspomnieć o Wrocławskim Centrum Sprawiedliwości Naprawczej. To miejski program reagowania na mowę nienawiści i nienawistne symbole w przestrzeni. Każdy może zrobić zdjęcie takiego napisu i zgłosić je przez formularz lub media społecznościowe. Instytucja sprawdza, kto jest administratorem budynku, i usuwa oznaczenia. Rocznie usuwanych jest ponad trzy tysiące takich znaków. W przypadku muralu również nastąpiła szybka reakcja, zanim dotarliśmy na miejsce, część symboli była już zamalowywana. To był kryzys, ale pokazał, kto z nami stoi. Chciałabym też wrócić do kwestii symboli. Często dyskutujemy o tęczowych elementach w mieście w kontekście turystyki i wizerunku, że dobrze byłoby mieć przejście jak w Reykjaviku, miejsce do zdjęć. To ważne, ale brakuje nam pogłębionej rozmowy o tym, jakiego symbolu potrzebuje sama społeczność. Jakiego pomnika, jakiej formy upamiętnienia, która mówiłaby o naszej wrocławsko-breslauerskiej historii i dawała nie tylko symboliczne uznanie, lecz także poczucie bezpieczeństwa.

Alina Szeptycka: Jeśli chodzi o oficjalne dekorowanie miasta, zawsze jest to dyskusja między oczekiwaniami różnych stron. Dla jednych zawsze za dużo, dla innych zawsze za mało. Flagi pojawiają się na przykład na ulicy Oławskiej czy Świdnickiej, ale nie na Ratuszu. Pojawiają się w instytucjach kultury. To decyzje, które mają również wymiar formalny i prawny. Trzeba pamiętać, że jeśli postulujemy obecność jednej flagi, pojawiają się kolejne grupy, które również chcą widoczności. To szersza dyskusja o tym, kto i na jakich zasadach ma prawo do widoczności w mieście.

Alina Szeptycka: Jeśli mówimy o „twardej” infrastrukturze pomnikowej, myślę, że w dużej skali jest to jeszcze przed nami. Ale już działamy. We Wrocławiu odsłoniliśmy pierwsze w Polsce kamienie pamięci upamiętniające ofiary nazistowskich prześladowań na podstawie paragrafu 175, homoseksualnych mężczyzn, naszych mieszkańców. To element budowania miejskiej queerstorii, między innymi we współpracy z Joanną Ostrowską. To niewielki, ale bardzo ważny symbol. Przeszliśmy długi proces formalny, aby go zrealizować. Drugim obszarem jest praca z queerstorią poprzez wystawy i spacery. Opowiadamy historię miasta na nowo, przywracając przemilczane wątki. Współpracujemy z Muzeum Miejskim Wrocławia i mówimy wprost: osoby queerowe współtworzyły historię tego miasta. Zróbmy z tym coś, wystawę, spacer, projekt.

Piotr Buśko: To jest też kwestia mainstreamowania tematów LGBTQ+. Skoro osoby LGBTQ+ są mieszkankami i mieszkańcami Wrocławia, naturalne jest, że miasto zajmuje się ich sprawami. Jako organizacja chcemy, aby te tematy były obecne w politykach miejskich i w podziale środków. Ale przestrzeń można też odzyskiwać oddolnie. Kiedy kolektyw Stop Bzdurom obwiesił w Warszawie pomniki tęczowymi flagami, wywołało to ogromną debatę. We Wrocławiu ktoś spontanicznie otulił figury w Parku Staromiejskim tęczowymi flagami, a krasnale dostały flagi do rąk. To nie była akcja instytucjonalna, tylko gest ludzi, którzy postanowili działać. My jako organizacja robiliśmy też queerowy trolling w przestrzeni medialnej, na przykład fotomontaż pomnika Chrobrego z tęczową flagą przytroczoną do włóczni. Wywołało to duży rezonans. To również sposób pokazywania, że mamy takie samo prawo do tej przestrzeni.

Warszawa i Wrocław: dwa modele działania

Kacper Kępiński: Jest też pytanie o to, czy symbole wprowadzane w oficjalny sposób działają inaczej niż te oddolne. I w ogóle, w jaki sposób społeczność może queerować miasto, zmieniać jego estetykę w bardziej trwały sposób, wychodząc poza safe space’y? W Warszawie takim trwalszym sposobem queerowania przestrzeni jest oddolne Queer Muzeum i jego działalność, uinstytucjonalizowanie czegoś, co te osoby robiły od lat, ale nie w takiej oficjalnej formie, do której można przyjść, którą można nazwać. To konkretne, nazwane miejsce. W jaki sposób społeczność może zmieniać przestrzeń? Czy poprzez działania półlegalne, performans? A może właśnie ta zmienność, ta niedookreślona forma jest właściwością queerowości i wpychanie jej w formę pomnika nie jest adekwatnym medium dla tego zjawiska?

Spotkanie na temat obecności i symbolach w przestrzeni publicznej – Mile widzianx zorganizowane w Muzeum Architektury we Wrocławiu. Iga Bałchanowska
Spotkanie na temat obecności i symbolach w przestrzeni publicznej – Mile widzianx zorganizowane w Muzeum Architektury we Wrocławiu.

Mateusz Jaskot: Dla mnie przykładem takiej ogólnodostępnej przestrzeni jest warszawski klub La Pose. Znajduje się przy Mazowieckiej, głównej ulicy imprezowej, gdzie dominują kluby heteronormatywne. I nagle w tej przestrzeni pojawia się klub queerowy. Najciekawsze jest to, że został wchłonięty przez miejską tkankę. Okazało się, że miejsce, w którym czujemy się bezpiecznie, nikomu nie przeszkadza. Każdy może tam być sobą i funkcjonować razem, bez konfliktu. To klub o ogromnym zasięgu, również dzięki osobom, które go współtworzą i promują. Przestrzeń klubowa jest dla społeczności niezwykle ważna, także w kontekście globalnej historii ruchów queerowych. Bezpieczeństwo i poczucie wspólnoty w przestrzeni rozrywkowej mają ogromne znaczenie. Jednocześnie takie przestrzenie w Warszawie istnieją, ale coraz częściej też znikają.

Kacper Kępiński: Czasami znikają z przyczyn czysto politycznych, jak stało się z Pogłosem. To był oddolny dom kultury dla wszystkich, nie tylko dla osób queerowych. Zniknął, bo pojawił się konkretny interes polityczny i ekonomiczny. A działka po zburzonym Pogłosie do dziś nie została sprzedana, więc argument ekonomiczny okazał się pretekstem.

Piotr Buśko: We Wrocławiu ciekawym przykładem może być świętowanie Dni Podwórka na Ruskiej. Ruska to przestrzeń, gdzie oprócz lokali i knajp działają organizacje pozarządowe oraz BWA Wrocław. To miejsce intensywne, pełne życia. Święto Podwórka jest interesujące, bo pokazuje, że przestrzeń może być wspólna i hybrydowa, łącząca kulturę instytucjonalną, oddolną oraz codzienną obecność ludzi. Nie chowamy nikogo do kieszeni. Drag show organizowane na podwórku, otwarte dla wszystkich, gdzie każdy może przyjść i je zobaczyć, równocześnie oglądając Muzeum Neonów, jest tak samo wartościowe jak inne działania artystyczne. W katalogu działań twórczych i kulturalnych występ normickiego zespołu i działanie queerowe powinny być wobec siebie równoważne. Chodzi o to, by włączać je obok siebie, zachowując ich odrębność, ale jednocześnie udostępniając je szerzej. Drag show nie musi oznaczać zejścia do piwnicznego klubu. Może być dostępne w otwartej przestrzeni. Nawet jeśli ktoś nie zna tej kultury, może ją poznać właśnie dlatego, że przestrzeń na to pozwala.

Alina Szeptycka: Warto robić różne rzeczy równolegle. Opowiadanie queerstorii jest dla nas istotne, bo zależy mi na tym, aby pewne działania były zakotwiczone w tkance miasta i miały wymiar strukturalny oraz systemowy. Chodzi o rozwiązania, które przetrwają zmiany polityczne, a te zawsze będą. Wola polityczna bywa różna, ale jeśli mamy rozwiązania strukturalne, takie jak dofinansowanie festiwalu przez miasto czy formalne partnerstwo, jeśli mamy centrum społeczności LGBTQ+ funkcjonujące tak jak centra seniora czy centra aktywności lokalnej, rozpoznane i dofinansowane, to są to zmiany o większej trwałości niż działania wyłącznie eventowe czy efemeryczne. Jednocześnie to, o czym mówisz, jest bardzo ważne. Jako urzędniczka, choć nie pracuję w wydziale kultury, współpracuję z nim i staram się tworzyć przestrzeń dla oddolnych działań artystycznych. Wspomniałam o Równym Miejscu, bo długo dyskutowaliśmy o potrzebie niekomercyjnej, inkluzywnej przestrzeni, w której bariera finansowa nie będzie przeszkodą w uczestnictwie w wydarzeniach czy spotkaniach. Patrząc z szerszej perspektywy, brakuje nam we Wrocławiu bardziej rozbudowanej infrastruktury klubowej czy kulturalnej, jaką ma Warszawa. Mamy kluby, ale to wciąż obszar do pracy. Wszystko to funkcjonuje na styku działań artystycznych i społecznych.

Infrastruktura, kultura i ryzyko mainstreamu

Kacper Kępiński: Ważne jest, aby działania miękkie, kulturalne i artystyczne, poprzedzały działania infrastrukturalne, przestrzenne. Może się bowiem skończyć tak jak w Kielcach, gdzie w budżecie obywatelskim wybrano do realizacji tęczowe ławeczki. Zostały zbudowane, ale nie zostały narracyjnie zaopiekowane przez urząd miasta. Stały się obiektem powtarzających się aktów wandalizmu i były wykorzystywane medialnie przez polityków. Zrealizowano je i pozostawiono same sobie. To pokazuje, że nie każda przestrzeń i nie każda społeczność są gotowe na fizyczną ingerencję, jeśli wcześniej nie zostały do niej przygotowane i nie nauczyły się o niej rozmawiać. Jedno to mainstreamowanie, oswajanie i budowanie bezpieczeństwa. Ale czy w pewnym momencie, starając się stawać bardziej mainstreamowym, nie pojawia się zagrożenie autocenzury? Język queerowy, wizualność i estetyka często nie mieszczą się w kanonie, do którego ogół jest przyzwyczajony. Tęcza jest bardzo bezpiecznym symbolem. Z całego kanonu symboliki queerowej to chyba najbezpieczniejszy znak. Pytanie więc, gdzie są granice wprowadzania tego języka do przestrzeni publicznej, która niekoniecznie jest na to gotowa, a jednocześnie jak robić to z szacunkiem do społeczności i do samej siebie, nie ograniczając się wyłącznie przez odniesienie do tego, co zewnętrzne i obce, lecz wychodząc z własnej tożsamości.

Spotkanie na temat obecności i symbolach w przestrzeni publicznej – Mile widzianx zorganizowane w Muzeum Architektury we Wrocławiu. Iga Bałchanowska
Spotkanie na temat obecności i symbolach w przestrzeni publicznej – Mile widzianx zorganizowane w Muzeum Architektury we Wrocławiu.

Alina Szeptycka: Ryzyko autocenzury zawsze istnieje. Trudno wyznaczyć jedną twardą granicę, to zależy od sytuacji. Mainstreamowanie często wymaga kompromisów albo wyboru języka i narzędzi adekwatnych do konkretnego adresata. Inaczej będziemy mówić do społeczności LGBTQ+, inaczej do radnych miejskich, inaczej do seniorów. To podstawowe kwestie komunikacyjne. Dla mnie ważne jest, aby te różne języki i strategie się nie wykluczały. Żeby nie przyjmować postawy, że skoro ja mainstreamuję, bo taką mam strategię i taką pozycję, to ktoś, kto działa „pod włos”, bardziej radykalnie czy nawet nielegalnie, działa przeciwko mnie. Uważam, że nie. Czasami takie działania utrudniają dialog, to prawda. Ale w moim przekonaniu wszystkie te metody i sposoby działania są istotne. Zamiast się obrażać czy patrzeć na siebie z wyższością, warto uznać, że ktoś może działać inaczej. Mieliśmy kiedyś hasło: „Pióra w dupie nie są głupie”. Wiem, że to nie brzmi jak urzędowe hasło, ale wciąż je stosuję. Można jednocześnie pracować nad polityką różnorodności, mówić o równym traktowaniu, o bezpieczeństwie i widoczności w kontekście instytucjonalnym, i uznawać wartość działań antysystemowych, performatywnych, happeningowych, które obnażają system i pokazują coś innego. To również kwestia różnorodności spojrzeń i potrzeb. Kluczowe jest, aby się nawzajem widzieć i szanować, a nie zwalczać tylko dlatego, że ktoś działa inaczej.

Autentyczność jako strategia przetrwania

Piotr Buśko: Kluczowa jest autentyczność. Jeśli zaczniemy mówić innym głosem, bardzo łatwo będzie wyczuć fałsz. Wtedy wartość, o którą walczymy, i nasza wiarygodność mogą zostać szybko podważone. Jako organizacja odpowiedzialna za Marsz Równości mierzymy się z różnymi dylematami. Staramy się je rozwiązywać w zgodzie z tym, co jest dla nas autentyczne jako głosu części społeczności. Nie chodzi o podlizywanie się czy utratę własnego języka, lecz o zachowanie autentyczności. Biorę to także z mojej praktyki artystycznej jako osoby występującej w dragu. To, jak się prezentuję, daleko odbiega od mainstreamowego wyobrażenia o drag queen. Decyzja, że zostaję wąsatą królową, nie jest najbardziej mainstreamowym wyborem. Ale w autentyczności własnego głosu i w swojej odrębności jest coś, co pozwala wytrwać i pozostać przy sobie. To chyba najważniejsze, nie tracić siebie po drodze.

Mateusz Jaskot: W wypowiedzi z widowni padło bardzo ważne stwierdzenie, żebyśmy patrzyli także na to, ile dobrego wynika z naszych działań. Żeby nie skupiać się wyłącznie na udręce ciągłej walki, ale dostrzegać sukcesy. Z perspektywy lat to, że możemy wychodzić na ulice w ramach Marszu czy Parady Równości, pokazuje skalę zmiany. Widzimy, że jest nas coraz więcej, że coraz więcej osób ma odwagę wyjść i być widocznymi. Możemy też obserwować, jak zmienia się komfort uczestnictwa. A przecież to jest sedno naszych działań: czuć się zaakceptowanym, bezpiecznym i zauważonym. W Warszawie widzę to bardzo wyraźnie. Pierwsza parada, na którą poszedłem, była dość niebezpieczna, było wiele kontrmanifestacji, łapanek. W ostatnich latach, wychodząc na ulicę, nie spotyka się już takich sytuacji. Do tego dążę: nasze działania są ogromnie istotne, by osiągnąć ten cel, poczucie bezpieczeństwa i akceptacji. Na koniec chciałbym podziękować za tę rozmowę, bo sam zobaczyłem wyraźniej, jak różnią się nasze działania w zależności od miasta, w którym żyjemy.

Bądź na bieżąco z Wrocławiem!

Kliknij „obserwuj”, aby wiedzieć, co dzieje się we Wrocławiu. Najciekawsze wiadomości z www.wroclaw.pl znajdziesz w Google News!

Reklama