Jak będą zachwycać średniowieczne rzeźby i obrazy
Oglądam zdjęcia i filmiki promocyjne z przygotowań do wystawy „Stulecie” w Pawilonie Czterech Kopuł (zorganizowano ją na pamiątkę wielkiej wystawy śląskiej sztuki średniowiecznej z 1926 roku, która odbyła się także w Pawilonie).
Zostały wykonane niedawno, ale intensywne działania w pracowni konserwatorskiej przed wystawą trwają już od dwóch lat, a bierze w nich udział kilkunastoosobowy zespół.
Wszystko po to, aby wystawione z początkiem sierpnia rzeźby i obrazy średniowieczne mogły ukazać się oglądającym w pełnej krasie, czyli po kompleksowym liftingu, choć asystent Maria Zając woli mówić o leczeniu.
– Studia konserwatorskie trwają sześć lat, czyli tyle, co studia medyczne, a my dawne dzieła jednak leczymy i dodatkowo troszczymy się o estetykę. Jeśli „pacjenta” wyleczymy możemy zadbać o medycynę estetyczną – uśmiecha się.
Starsza konserwatorka Joanna Zyzik-Lubasińska przypomina, że wśród zasad zawodowych przynajmniej jedna jest zbieżna z lekarskimi – przyjęte z Hipokratesa zalecenie „Primum non nocere”, czyli przede wszystkim, nie szkodzić.
To ważne, bo każdy błąd może słono kosztować.
Rozpoznanie – najpierw odpowiednia diagnoza
Niektóre z eksponatów na wystawę „Stulecie” konserwatorki musiały szybko wykluczyć, często jeszcze np. w kościele, w którym oglądane było dzieło, np. w dolnośląskich, a nawet małopolskich kościołach.
– Zdarzyło się, że stan zabytku był tak kiepski, że wręcz niebezpiecznie byłoby go ruszać z miejsca – opowiada Joanna Zyzik-Lubasińska.
I dodaje, że często to nie technika pracy średniowiecznych artystów nastręcza największych kłopotów konserwatorom, ale to, co działo się z rzeźbą przez kolejnych kilkaset lat od jej powstania.
– Jeżeli rzeźby miały nieszczęście trafić w bardzo wilgotne wnętrza, często były atakowane przez kołatki albo tykotki i również grzyby wprowadzane zresztą przez same owady. Symbioza w niszczeniu materii była wtedy bezwzględna. Są takie dzieła, które trzeba było zaimpregnować, żeby w ogóle się nam nie rozpadły, bo drewno zostało dokładnie przejedzone przez szkodniki, zmienione w luźną „mączkę”, a na jego powierzchni widać mnóstwo okrągłych dziurek – zaznacza Joanna Zyzik-Lubasińska.
Oprócz efektu inwazji chrząszczy o niszczycielskich zamiarach w rzeźbach średniowiecznych, ale i malowanych na desce obrazach zwraca się uwagę na to, w jakim stanie są kolejne warstwy (malarskie), czy trzymają się podłoża (czyli drewna) czy też zaczęły się osypywać.
Wykonywane są badania laboratoryjne, które pozwalają lepiej poznać materiały, jakich użył artysta. Robione są też testy skuteczności i bezpieczeństwa środków, których chce użyć konserwator.
– Badania konserwatorskie są istotą naszej pracy i od nich zawsze zaczynamy – mówią zgodnie obydwie konserwatorki Muzeum Narodowego we Wrocławiu.
Ich pracownia jest kombinacją gabinetu lekarskiego, studia kosmetycznego, salonu piękności.
Gabinet medycyny estetycznej – oczyszczanie
W każdym szanującym się miejscu pielęgnacji urody przed przystąpieniem do konkretnych działań upiększających zasadą jest odpowiednie oczyszczenie.
Podobnie w pracowni konserwatorskiej.
Na filmie zapowiadającym wystawę „Stulecia” konserwator patyczkiem bambusowym z nawiniętą na niego watą wydaje się malować ciemną farbą po głowie średniowiecznej Madonny.
Oko nas jednak myli. To nie farba, a specjalista usuwa właśnie rozpuszczalnikiem nagromadzony przez lata (a często i wieki) brud.
– Oczyszczanie służy nie tylko upiększaniu, ale przede wszystkim zachowaniu rzeźby czy obrazu w dobrym stanie, aby trwał dalej w czasie i został zachowany dla przyszłych pokoleń. A brud i znajdujące się w nim pozostałości organiczne, bakterie, zarodniki grzybów mogą zniszczyć obiekt – tłumaczy Maria Zając.
Oprócz usuwania brudu zdejmowane są też warstwy wykonane przez wcześniejszych konserwatorów, które wiele lat temu wykonano według ówczesnych zasad. Dziś medycyna estetyczna konserwatorów ma już więcej do zaoferowania, by chronić dzieła sztuki.
– Przed laty bardzo często używana była masa woskowo-żywiczna, która uratowała wiele warstw malarskich przed osypaniem się. W tej chwili konserwatorzy odeszli od tego materiału, ponieważ nie jest neutralny dla zabytków i źle na nich wygląda – wyjaśnia Joanna Zyzik-Lubasińska.
Usunięcie wosku nie należy do najłatwiejszych i najbardziej wdzięcznych zadań.
– Musimy dobrać takie środki i metody, które nie zaszkodzą materii zabytkowej, a jednocześnie pozwolą usunąć wszystkie niepożądane nawarstwienia – dodaje konserwatorka.
Slime czyli specjalny glutek dla konserwatorów
Maria Zając, na filmie Muzeum Narodowego, kładzie na powierzchni średniowiecznej rzeźby substancję, która wygląda jak silikon.
– Proszę się nie obawiać – uspokaja. – Widzimy rodzaj slime'a, ciągnącej się masy plastycznej, czy popularnego glutka, jakim bawią się dzieci. Tylko że ten konkretny slime dla konserwatorów tworzy się z alkoholu poliwinylowego z dodatkiem boraksu – tłumaczy Maria Zając.
Okazuje się, że w wyglądającym niewinnie glutku można umieścić różne rozpuszczalniki, dzięki czemu konserwacja jest delikatniejsza i bardziej precyzyjna.
– Slime rozlewa się po powierzchni, ale nie wnika głęboko, tylko oddziałuje powierzchniowo na zewnętrzne warstwy. I ma jednocześnie właściwości lecznicze – wyjaśnia konserwatorka.
Taki kompres ma działać krótko. Kładzie się go często tylko na kilkanaście sekund.
– Gdyby leżał za długo, albo by odparował rozpuszczalnik z samego żelu, albo wniknął zbyt głęboko – podkreśla Maria Zając.
Nawilżanie – aby zapewnić stabilną wilgotność
Nie tylko nasza skóra potrzebuje nawilżenia. Średniowieczne rzeźby i obrazy muszą mieć w muzeum odpowiedni klimat, idealną wilgotność w pomieszczeniach, w których się znajdują, stąd specjalne, odejmujące wilgoć urządzenia w galeriach.
– Stabilne warunki są bardzo ważne, zwłaszcza że takie materiały jak drewno czy płótno reagują przy dużych zmianach dość gwałtownie, mogą zacząć pękać, osypywać się – zwraca uwagę Joanna Zyzik-Lubasińska.
Saute czy w kolorze?
Oczyszczone i zabezpieczone dzieła sztuki można już zaprezentować. Ale w ten sposób, by ingerencji konserwatorów nie było zbyt dużo, bo najważniejsze, aby oglądać przede wszystkim zabytek, a nie artystyczne działanie specjalistów.
W Pawilonie Czterech Kopuł mogą nas zainteresować kolory.
– Zdarza się, że mamy do czynienia ze zmianą koloru pigmentów. Usuwając nawarstwienia, jak brud, przemalowania, stare werniksy, odsłaniamy dokładnie ten kolor, który położył artysta. Niektóre pigmenty, jak cynober, czasami ciemnieją, a organiczne czerwienie mogą wypłowieć, brązowieje też żywiczan miedzi, stąd czasami na średniowiecznych obrazach partie zielone mają dziś odcień niemal brązowy. Srebro, z kolei, może całkowicie sczernieć – tłumaczy Joanna Zyzik-Lubasińska.
Konserwatorzy nie usuwają zmian, nie chcą, aby brąz, na siłę stał się zielenią. Wolą uświadamiać zwiedzających, że w wyniku upływu wieków dokonały się w pracach spore zmiany i tego nie cofniemy.
Chrystus z jedną ręką – potrzebna rekonstrukcja
W gabinecie konserwatorskim niesie się też pomoc bardziej zaawansowaną.
Zwłaszcza kiedy ponad dwumetrowa figura ukrzyżowanego Chrystusa, w trakcie zawirowań historycznych, straciła jedną rękę.
– Stwierdziliśmy, że trzeba interweniować, choć rzadko rekonstruujemy fragmenty rzeźby średniowiecznej, bo musimy mieć twarde dane, jak wcześniej wyglądały. W tym przypadku można było odtworzyć wygląd rzeźby ze zdjęć, więc kolega z działu konserwacji, zdolny rzeźbiarz, podjął się wykonania brakującej ręki w drewnie lipowym – opowiada Joanna Zyzik-Lubasińska.
Przy przygotowaniu wystawy nie brakowało momentów autentycznego zdumienia.
– Wydawało się, że przywieziony z kościoła w Byczynie krucyfiks waży dosłownie tonę, a okazało się, że był drążony w środku, co było częstym zabiegiem artystów, więc jego waga okazała się wręcz niewielka, biorąc pod uwagę dzieło tych rozmiarów – dodaje konserwatorka.
Efekt końcowy – piękna (średniowieczna) twarz
Maria Zając przyznaje, że spędzając dni, tygodnie i miesiące przygotowując dzieła sztuki od strony konserwatorskiej najbardziej lubi oglądać twarze.
– Zwłaszcza Matki Boskiej, bo oddają nie tylko radość i piękno, ale też jej zatroskanie, matczyny ból. To naprawdę ujmujące. Pamiętam, kiedy jedna z rzeźb stała w naszej pracowni i z okna padało na nią boczne światło. Forma rzeźbiarska po prostu oszałamiała – mówi konserwatorka.
Święty Onufry jak Chewbacca, złoty glamour
Joannę Zyzik-Lubasińską po wielu miesiącach pracy nad wystawą w Pawilonie Czterech Kopuł, zaskakuje wciąż wiele ciekawostek w średniowiecznych pracach.
– Na późnogotyckim ołtarzu ze Świdnicy warto poszukać na przykład maleńkich postaci świętych, które wyrzeźbione zostały…na szatach innych świętych. Lubię też różne nietypowe przedstawienia postaci, które prowokują analogie ze współczesnością, jak postać pustelnika, świętego Onufrego, który wygląda jak Chewbacca z „Gwiezdnych wojen”– wylicza kuratorka.
I dodaje, że zwiedzających z pewnością zachwycą złocenia.
– Mimo, że z biegiem czasu wielu warstw już brakuje, jednak i tak złoto, tak kochane i tak chętnie używane w średniowieczu, jest w stanie zdominować przestrzeń dzieła – nie ma wątpliwości Joanna Zyzik-Lubasińska.