Najważniejsze informacje (kliknij, aby przejść)
Charakterystyczną betonową halę z dachem jak zęby piły znają wszyscy Wrocławianie. Jednak nie wszyscy wiedzą, że ludzie, którzy w niej pracowali (a także w kilkunastu innych hutmenowskich budynkach), bywali w zakładzie nawet po godzinach i w dni wolne od pracy. I to z rodzinami i znajomymi!
Szczegóły można poznać dzięki wystawie „Niedziela w Hutmenie”, prezentowanej do 12 kwietnia w Muzeum Architektury we Wrocławiu (ul. Bernardyńska 7). W dniu otwarcia były takie tłumy, że odwiedzający musieli wchodzić do sali na raty.
Niedziela „na zakładzie”
Tytuł wystawy nie jest przypadkowy: „Niedziela w Hutmenie” to nazwa odbywającego się tam raz w roku wydarzenia, wymyślonego przez ówczesnego dyrektora Aleksandra Sałagę.
Bliscy pracowników, ale także wszyscy chętni, mogli przyjść i zobaczyć, jak zakład wygląda od środka, co i jak się w nim produkuje. Pomysł chwycił: tłumy chętnych dowożono tramwajami „Jaś” i „Małgosia”, a o „Niedzielach” informowały media.
– Ludzi najbardziej fascynowało to, jak powstają rury, a ja pokazywałem im to krok po kroku – mówi Ireneusz Prawdzik, który w latach 70. pracował w najbardziej znanym i spektakularnym hutmenowskim budynku, czyli długiej na 325 m metrów hali tłoczni-ciągarni-wykończalni, a potem pokonywał kolejne szczeble kariery.
Grali tu nawet Skaldowie
Podczas tych „Niedziel” było też mnóstwo atrakcji: gry i zabawy sprawnościowe, przejazdy kolejką, pokazy, konkursy, występy, kiermasze (książek, kosmetyków, losów Krajowej Loterii Pieniężnej), pokazy mody, wypuszczanie balonu z nazwą zakładu, orkiestry dęte, dyskoteki. Dzieci przebierały się w strój hutnika, a zakładowy fotograf, Tadeusz Pasternak, robił gościom zdjęcia.
Organizowano także koncerty. Podczas jednej z takich „Niedziel” wystąpili słynni Skaldowie.
Na wystawie w Muzeum Architektury można zobaczyć „niedzielną” księgę pamiątkową, w której poza wpisami pełnymi entuzjazmu („Dla mnie bomba” Andrzej Waligórski) są też… zażalenia: „Kwiatek żona otrzymała, ale dla syna odznaki zabrakło, chociaż jestem pracownikiem zakładu”.
Pierwsza taka impreza odbyła się w lipcu 1974 roku, zaraz po zakończeniu rozbudowy zakładu, a ostatnia w 1980. Zmierzch wydarzenia związany był – jak czytamy w opisie jednej z gablot – „z odejściem dyrektora Sałagi, kryzysem ekonomicznym oraz falą cięć budżetowych i poszukiwaniem oszczędności”.
Ulica Śmiałych Inicjatyw i Aleja Kucyków
Niedziela niedzielą, ale jak wyglądała codzienność zakładu? Zależy kiedy. Choć zakład powstał już w 1946 roku, na dobre rozkwitł w latach 60. ubiegłego wieku i to właśnie wtedy zaszły największe zmiany. Między 1969 a 1972 rokiem powstało tu kilkanaście różnych obiektów, w tym słynna „zębata” hala.
Po rozbudowie teren zakładu zaczął przypominać miasteczko z kilkunastoma budynkami, wieżą ciśnień, klombami (tylko na pasie zieleni, oddzielającej go od ul. Grabiszyńskiej zasadzono 2 tys. róż), ławkami i uliczkami, które miały swoje nazwy: Aleja Uśmiechu, ul. Realizowanych Marzeń, ul. Przemian, Pl. Śmiałych Inicjatyw, a nawet Aleja Kucyków.
Kucyków? Właśnie tak. To dlatego, że na terenie zakładu mieszkały dwa mini koniki – Szlarka i Dąbek. Swoje imiona zawdzięczały miejscowościom, w których Hutmen miał ośrodki wczasowe.
– Opiekowali się nimi pracownicy rozdzielni gazu, ale każdy, kto tamtędy szedł, choć na chwilę przystanął, żeby na nie popatrzeć – wspomina pan Ireneusz.
W hali poza maszynami były… akwaria ze złotymi rybkami i nie tylko, do których można było podejść w przerwie.
Stołówka, gazeta, orkiestra, klub
Na terenie zakładu była przychodnia z wieloma specjalistami i rehabilitacją, żłobek, przedszkole, szkoła zawodowa, technikum. Były też kioski z kawą, herbatą, a nawet daniami gorącymi, no i oczywiście stołówka.
– Nie mieliśmy powodów do narzekania – mówi Ireneusz Prawdzik. – Zupy zawsze było pod dostatkiem, chleba też, trzy drugie dania do wyboru. Jeśli ktoś chciał, mógł podejść nawet dwa razy.
Zakład miał własną orkiestrę, teatr amatorski, gazetę, a nawet swoją piosenkę, działał w nim Klub Hutnika, który organizował spotkania (np. ze słynnym aktorem Janem Nowickim), gazetę, odbywały się koncerty muzyki klasycznej.
Praca była ciężka, ale…
Niezależnie od wszystkich tych udogodnień praca w Hutmenie, produkującym rury, pręty i inne rzeczy z miedzi, mosiądzu i brązu, była bardzo ciężka. Średnia temperatura w hali wynosiła ok. 40 stopni, a pracownikom dostarczano codziennie tysiące butelek wody mineralnej, bo bez tego nie dałoby się tam wytrzymać.
Nie zawsze było też czym oddychać.
– Gdy przyjąłem się do pracy w 1967, to zadymienie było takie, że nie widziałem końca hali. W ustach miało się uczucie, jakby się ssało cukierka, bo właśnie taki smak dawały tlenki miedzi. Potem, gdy zamontowano odpylnię, nie było już takich problemów – opowiada pan Ireneusz.
Czas swojej pracy w Hutmenie wspomina bardzo miło.
– Hutmen robił dużo na eksport i pracownicy mieli poza pensją tak zwaną eksportówkę – mówi. – Ale nie tylko o to chodzi. Ludzie pracowali tu całymi rodzinami, poznawali się tu, pobierali, jedli razem obiady, czasem razem jeździli w góry. Jak sam poznałem żonę na hutmenowskiej potańcówce.
O Jagusi, która straciła głowę
Po rozbudowie w przestrzeni między ulicą a zakładem pojawiły się rzeźby plenerowe (są tam do dziś, choć nie wszystkie kompletne), a wśród nich słynna, nawiązująca do kobiecych kształtów mobilna rzeźba-fontanna Tadeusza Tellera, która stała się symbolem zakładu. Pracownicy mówili o niej Jagusia.
Komu zawdzięczała to imię? Jest kilka wersji.
– Jedni twierdzili, że „odziedziczyła” je po sekretarce dyrektora, inni, że po żonie jednego ze spawaczy, a jeszcze inni, że tak nazywała się projektantka instalacji wodnej zasilającej fontannę – mówi Iwona Kałuża, jedna z kuratorek wystawy. W skład zespołu kuratorskiego wchodzą też Michał Chader i Agata Gabiś.
Jagusia i inne rzeźby nie pojawiły się w Hutmenie ot tak, lecz – jak przypominają kuratorzy wystawy – „stanowiły ważny element strategii humanizacji miejsca pracy”. Chodziło o to, żeby fabryka nie była tylko fabryką, ale miejscem przyjaznym i takim, które człowieka wszechstronnie rozwija.
Wszechstronny rozwój to także poczucie humoru, w tym tego czarnego.
– Jagusia ma porowatą fakturę. Niektórzy gorzko żartowali, że przedstawia płuca hutnika po 20 latach pracy – mówi Agata Gabiś.
Rzeźby są na pozakładowym terenie do dziś, jednak w 2023 roku Jagusia straciła głowę.
Zakładowa pożyczka na dzieło sztuki
A skoro już jesteśmy przy sztuce - w latach 70 Hutmen regularnie współpracował z Biurem Wystaw Artystycznych.
– W zakładowej sali konferencyjnej działała głośna w Polsce galeria sztuki, gdzie pokazywano prace artystów, m.in. Eugeniusza Gepperta i Hanny Krzetuskiej. Wernisaże odbywały się w poniedziałki o godz. 14, czyli zaraz po zakończeniu pierwszej zmiany. Pracownicy mogli nie tylko oglądać prace artystów, ale także je kupować: oferowano im na to nieoprocentowane pożyczki – opowiada Iwona Kałuża.
Na wystawie w Muzeum Architektury można zobaczyć „Don Kichota”, obraz Zdzisława Zawadzkiego, który w dniu otwarcia galerii, czyli już prawie pół wieku temu, kupił inż. Zbigniew Lubos .
Czy po 8 godzinach harówki pracownicy rzeczywiście chcieli obcować ze sztuką?
– Na początku galeria cieszyła się umiarkowanym powodzeniem, bo była czymś dziwnym i obcym. Z czasem zainteresowanie nią rosło, zwłaszcza że można było do niej zajrzeć w każdej chwili – mówi Agata Gabiś. – Z malarstwem było trudniej, ale ceramika i szkło schodziły na pniu, często były zaklepane zanim skończyła się wystawa.
To pierwsza taka wystawa
Wystawa „Niedziela w Hutmenie” w Muzeum Architektury we Wrocławiu jest pierwszą prezentacją dziedzictwa architektonicznego, artystycznego i społecznego, związanego z funkcjonowaniem zakładu w okresie PRL-u.
– Wrocław od drugiej połowy XIX wieku był miastem przemysłowym, ale jeśli chodzi o tego rodzaju przestrzeń i architekturę niewiele już z tego pozostało – mówi Agata Gabiś. – Hutmen, który zakończył produkcję dopiero w 2021 roku (i dlatego nie dotknęły go potransformacyjne decyzje o likwidacjach i wyburzeniach) jest ostatni i byłoby wspaniale go ocalić. Co mogłoby tam być? Hala z pilastym dachem jest przestrzenią o nieskończonym potencjale: to gigantyczny open space, w którym może być wszystko, choćby obiekt sportowy, handlowy albo miks kilku typów usług i aktywności.
- Organizator wystawy: Muzeum Architektury we Wrocławiu
- Architektura wystawy: Aleksandra Czupkiewicz
- Projekt graficzny: Łukasz ‘Hiro’ Walawender
- Fotografie współczesne: Jakub Certowicz