Na skróty (kliknij, aby przejść)
Peter Božič (1932-2009) należy do klasyków słoweńskiej literatury
W swoim kraju uważany jest za jednego z czołowych przedstawicieli dramatu absurdu. Postać pokroju słoweńskiego Gombrowicza albo Mrożka. Kogoś, kto pierwszy zerwał z socrealizmem. Chyba żadna z jego książek nie została przetłumaczona na język polski.
„Śmierć ojca Vincenta” (Očeta Vincenca smrt) napisał w 1979 roku. To dziwna książka. Taka, w której nie ma głównego bohatera. Poznajemy w niej przeżycia grupki ludzi. Kilkoro z nich pochodzi z tej samej słoweńskiej wioski. Kilkoro innych w okolice kamienicy przy ulicy Glinianej 59, rzucił los. Alter ego pisarza, wydaje się chłopiec o imieniu An. Choć nic nie jest tu tak do końca oczywiste.
We wzmiankach biograficznych, które pojawiły się w internecie po śmierci Božiča w 2009 roku, możemy natknąć się na enigmatyczną informację, że w był we Wrocławiu w obozie. W książce nie jest to nigdzie powiedziane wprost. W centrum opowiadanych historii pojawia się natomiast wrocławska kamienica.
Kamienica przy Glinianej 59. Okruchy pamięci
Klatka schodowa w kamienicy przy Glinianej 59 wyłożona jest płytkami ceramicznymi o żółtawobrązowym kolorze, w „kolorowe, gustowne i wcale nie kiczowate wzory”. Na korytarzu jest pełno piasku, bo ostatnia gospodyni odeszła rok temu. Przy każdym oknie stoją ogromne donice z piaskiem. Takie przepisy – piasek jest tam na wypadek bombardowań i pożarów.
Poniżej okien domu, tuż za rogiem, co kwadrans skręca tramwaj. Skrzypi straszliwie i wydaje dziwne dźwięki spod kół. Tramwaj numer 6, jadący w stronę lotniska. – To wspomnienie musi być prawdziwe. Wiemy, że linia nr 6 jeździła wówczas ulicą Glinianą. Przy skrzyżowaniu z Łódzką znajduje się podwójny łuk, a tramwaje LH Standard (takie jeździły wtedy po Breslau) faktycznie musiały na nim solidnie hałasować.
W kamienicy przy „Lehmburgerstrasse” (Božič przekręca nazwę, chodzi o Lehmgrubenstrasse – Glinianą) na stychu, nad mieszkaniem panny Maletsky, mieszka Łotyszka Natasza z matką. Matka Nataszy choruje umysłowo. Dziewczyna próbuje ukrywać ten fakt. Mówi, że matka nie wychodzi bo choruje na gruźlicę. Pannę Maletsky do szału doprowadzają nocne szurania i stuki. To matka Nataszy ustawia skrzynki. Wspina się potem po skrzynkach, by dosięgnąć dachówek, odchylić jedną z nich i choć na chwilę zobaczyć niebo. Któregoś razu kończy się to tragicznym upadkiem.
W kamienicy mieszkają także Dragica i Jožk. Dwoje ludzi, którzy nie trafili do obozu dzięki temu, że podpisali volkslistę. Dragicę odwiedza Gerhard, pracujący jako elektryk w tej samej fabryce. Gdzieś w okolicy, zawsze na uboczu, kręci się An. Nie wiemy, gdzie mieszka. Natasza wpadła mu chyba w oko. Kiedy karetka zabiera matkę Nataszy, ta odjeżdża razem z matką. An nigdy więcej jej nie zobaczy.
Dragica boi się oddalić od mieszkania. Wyznaczyła sobie w myślach czworokąt, po którym się porusza. Zaczyna się trzy ulice stąd, a w drugą stronę ciągnie trzy przecznice aż do „ogrodu wszystkich ogrodników”. Obejmuje tawernę Donnerecke i sklep pani Hanke. Kawałek poza czworobok chodzi tylko do zegarmistrza Kotolenki. Ma tylko jeden zegarek, ale zaniosła go tam parę razy. Kotolenko ma grube usta i przenikliwe spojrzenie. Jest polskiego pochodzenia. Przyjechał z Warszawy do Wrocławia w 1938 roku i tu naprawiał zegarki.
Ile z tego jest prawdą a ile literacką fikcją? Sprawdzam książkę adresową z 1943 roku. Przy Lehmgrubenstrasse pod numerem 59 znajduję nazwisko łudząco podobne do Maletsky. Jego pisownia nieco się różni. Ale nie wygląda to na zbieg okoliczności.
Stary Jurkas, podziemna fabryka i sklep z wielkimi lalkami
Jurkas, niegdyś krawiec, od tygodnia sprzątał korytarz. Gdzie? Tego nie wiadomo. W budynku obok pracowała Dragica. Szyła. On też chciał znowu szyć. Kazano mu jednak tylko zamiatać. Staruszek uznał któregoś dnia, że ma dużo czasu i chętnie zobaczyłby Wrocław. Powiedziano mu, że gdzieś przed ratuszem jest duży sklep z lalkami. Słyszał, że lalki są niemal ludzkich rozmiarów i że jest ich tyle w witrynach i na półkach, ilu jest ludzi w tym mieście. Sklep jest w 11-piętrowym budynku, całym ze szkła… Jurkas wsiadł do tramwaju numer 6 i pojechał. Wysiadł na skrzyżowaniu pod dworcem.
Opis podróży Jurkasa jest czymś z pogranicza jawy i snu. Czy raczej sennego koszmaru. W którym gubi się, nie potrafi znaleźć drogi, wraca cały czas w to samo miejsce. Na dworcu kolejowym trafia na podziemną fabrykę. (Pasjonaci miejskich legend, byliby tym fragmentem zachwyceni.) Po wielu godzinach, zrezygnowany siada na ławce na dworcu.
Nikt nigdy więcej nie widział już Jurkasa.
„Dopiero tydzień później zauważyli, że Jurkas zaginął ponad tydzień temu i nikomu nie przyszło do głowy, że Jurkas szukał tego ogromnego, nadludzkiego budynku, w całości ze szkła, w którym nie było wody, ale na wszystkich piętrach, aż do nieba, stały tylko ogromne lalki ze szklanymi oczami i celuloidowymi głowami, i odnalazł go.”
I taka właśnie jest opowieść Božiča. W której okruchy pamięci splatają się metaforą i surrealistycznym opisem.
Winterhilfswerk i śmierć na ulicy
W lutym 1944 roku pod kamienicą na rogu ulic Glinianej i Łódzkiej organizowany jest wiec Winterhilfswerku, w skrócie WHW. (Tak zwane Dzieło Pomocy Zimowej było organizowaną przez władze III Rzeszy akcją charytatywną, której towarzyszyła intensywna indoktrynacja. Więcej na temat WHW możecie przeczytać tutaj.)
Najpierw przemawia oficer SS, Otto Maletsky. To brat panny Maletsky mieszkającej w kamienicy, który właśnie wrócił do Breslau. Później jest wspólny śpiew i marsz przez miasto. W tłumie narasta poczucie mocy i jedności (einheit). An zatrzymuje się przy bramie wejściowej do obozu numer 10 i obserwuje pochód. (To jedna z niewielu wzmianek o obozie w książce.)
Kiedy mają już zawrócić, na drodze pochodu pojawia się stary mężczyzna z wózkiem na kółkach, Żyd z żółtą gwiazdą naszytą na postrzępione ubranie. Tłum rzuca się na starca, tratuje go i bije z entuzjazmem, aż z człowieka zostaje bezkształtna masa.
Więcej pytań niż odpowiedzi
Historia wojennej tułaczki słoweńskiego pisarza i jej wrocławski epizod, prowokują do zadawania pytań. Czy An to Peter? Gdzie znajdował się obóz numer 10? Czy chłopiec mieszkał w obozie, czy w kamienicy przy ulicy Glinianej? Czy wymienione w książce miejsca i postaci, istniały naprawdę?
Z oficjalnych notek biograficznych Božiča wiemy jedynie, że miał we Wrocławiu kontynuować naukę w szkole. Jeszcze przed zakończeniem wojny, jego rodzinę przeniesiono do Fryburga koło Drezna. Nastoletni Božič ukrywał się w schronach i piwnicach, widział zbombardowane Drezno.
Kamienica przy Glinianej 59 nie przetrwała do naszych czasów. W jej miejscu stoi współczesna plomba. Najbliższa szkoła mieściła się natomiast przy Glinianej 30 (w budynku tym do dziś działa szkoła podstawowa). Całkiem możliwe, że jednym z jej uczniów był jeden z najwybitniejszych słoweńskich pisarzy XX wieku.
Galeria zdjęć
„Śmierć ojca Vincenta” dostępna jest online. Możecie ją pobrać w pdfie albo pliku txt ze strony słoweńskiej biblioteki cyfrowej. Niestety – tylko w oryginale. Czytanie jej fragmentami, wklejanymi do translatora, to sport z gatunku ekstremalnych. Da się tak zrozumieć wiele scen i sytuacji, owszem. Ale są zdania i fragmenty, przy których translator ewidentnie zawodzi. Chyba warto, by kiedyś wydana została po polsku.
W wojennym Wrocławiu przetrzymywanych było ponad 50 tysięcy robotników przymusowych. Byli to ludzie co najmniej kilkunastu narodowości. Polacy, Francuzi, Włosi, Anglicy, Czesi, Węgrzy, Ukraińcy, Rosjanie, Szwedzi, Grecy, Hiszpanie... A także obywatele Jugosławii. Wśród nich dzieci. Takie jak mały Peter, który przyjechał tu z rodzicami transportem ze Słowenii. (Na Sępolnie, w budynku szkoły przy obecnej ul. Krajewskiego, działał nawet obóz dla matek z dziećmi.)
O małym Peterze Božiču i wojennej poniewierce, która rzuciła go do Wrocławia, piszemy w Polsce prawdopodobnie jako pierwsi. Muskając zaledwie temat. Zrywając kawałeczek zasłony niepamięci. Ta historia, związane z nią pytania, czekają nadal. Na swoich odkrywców, na hipotezy, na odpowiedzi.