1. wroclaw.pl
  2. Dla mieszkańca
  3. Aktualności
  4. Wywiad z Yvonne Rosenberg, potomkinią rodziny Herz

O niedopowiedzeniach i zbyt bolesnej do przekazania dalej historii. O wyobrażeniach i rzeczywistości, a także wzruszeniu towarzyszącemu odkrywaniu rodzinnych dziejów. Przeczytajcie rozmowę z Yvonne Rosenberg, której dziadkowie prowadzili w kamienicy Oppenheimów sklep z butami.

Reklama

Wroclaw.pl: Tym, co łączy Panią z kamienicą Oppenheimów czyli dzisiejszym Op ENHEIM jest  historia pewnego sklepu obuwniczego?

Yvonne Rosenberg: Moja matka nazywała się Steffi Herz. Urodziła się we Wrocławiu. Moja babcia, Hilde z domu Bornstein, później wyszła za mąż za Waltera Herza.  Dziadek odziedziczył sklep obuwniczy po swoim ojcu, Ludwigu, po jego śmierci. Oboje pracowali w tym sklepie.

Do kiedy prowadzili ów sklep?

Moja matka urodziła się 15 kwietnia 1928 roku. Kiedy miała dziewięć lat, rodzina musiała sprzedać wszystko, co posiadała, dostąpić sklep i emigrować do Chile. Oczywiście powodu rosnącego w siłę narodowego socjalizmu.

Pani urodziła się już poza Europą…

Tak, w 1958 roku, w Buenos Aires. Mój ojciec także był żydowskim uchodźcą - z Darmstadt. Musiał wyemigrować do Argentyny z matką i bratem, gdy miał 13 lat. Moja matka miała nieco łatwiej, bo jej dobrze zarabiający we Wrocławiu rodzice sprzedali wszystko i zabrali do obcego kraju pieniądze. W Chile kupili mieszkanie. Dziadek nadal handlował, tym razem już tekstyliami. A babcia... była masażystką i na tym zarabiała. Nie potrzebowała do tego języka, którego żadne z nich nie znało, gdy zdecydowali się wyjechać.

Dzięki temu wszystkiemu, mama mogła się kształcić. Skończyła szkołę, nauczyła się stenografii. Dobrze zarabiała jako sekretarka w biurze. Mój ojciec miał zgoła inne życie - stał się zgorzkniały. Wciąż był bardzo "niemiecki". Był surowym ojcem, ale za to kochającym dziadkiem.

Kiedy w Chile do władzy doszli komuniści, dziadkowie wrócili do Niemiec i zamieszkali w Düsseldorfie. Potem odwiedzaliśmy dziadka w domu opieki w Wiesbaden.

<p>"Dziadek nadal handlował, tym razem już tekstyliami. A babcia... była masażystką i na tym zarabiała"</p> Oleksandr Poliakovsky
"Dziadek nadal handlował, tym razem już tekstyliami. A babcia... była masażystką i na tym zarabiała"

Jak odnalazła się Pani w Argentynie?

Wszyscy byliśmy dziećmi niemieckich uchodźców. W szkole, o dziwo przychylnej w tamtym czasie narodowemu socjalizmowi, a prowadzonej pospołu przez Żyda, części przedmiotów nauczano po niemiecku. I dlatego mój niemiecki jest całkiem dobry. Dziś ta szkoła nadal istnieje. Wciąż naucza się tam po niemiecku (około połowa zajęć jest w tym języku). Przyjeżdżają tu nauczyciele z Niemiec. Ale moje dzieci już nie mówią tak dobrze po niemiecku jak ja.

Czyli wyjechała Pani z Niemiec, zamieszkała w Argentynie, ale teraz pracuje Pani z Niemcami.

Tak, ale to głównie zasługa znajomości języka. Czuję się Argentynką, nie umiem oddzielić historii i tego co się stało od obecnej rzeczywistości. Podobnie jak moja mama, tak i ja nie żywię sentymentu.

Teraz sama mam siedmioletniego wnuka, któremu opowiadam o dziejach mojej rodziny, wojnie i tym co się wydarzyło. Choć nie tego chciała moja matka, która nie pielęgnowała wspomnień. Był czas, że w domu nie rozmawialiśmy o wojnie. Rodzice zasłaniali sie niepamięcią. Tak naprawdę o ojcu powiedzieli mi inni ludzie, bo on sam nie mówił o sobie i dziejach mojej rodziny. W Darmstadt przeszukiwaliśmy archiwa, by poznać jego historię. Ostatecznie położyliśmy tam Stolperstein (kamień pamięci - przyp. red.) dla taty, wuja i matki.

A ludzie, których poznała Pani w Argentynie?

Większość moich przyjaciół, jeśli nie wszyscy, to byli niemieccy uchodźcy. Moja matka miała kontakt z wieloma uchodźcami z Wrocławia. To było dość dziwne, bo ówczesny rządzący, Perón, wpuścił do kraju zarówno Żydów, jak i nazistów. Na przykład Eichmanna, który się tam ukrywał i pracował w Volkswagenie, zdaje się jako mechanik.

A kiedy zaczęła się Pani interesować wrocławską częścią historii rodziny?

Jedyne czego dowiedziała się od swoich rodziców moja mama, to, że dziadkowie mieli ten sklep w kamienicy Oppenheimów. Zawsze mówiła o tym w kontekście sklepu w Argentynie, który również stał się sławny, podobnie jak ten we Wrocławiu. A potem mówiła jeszcze, że chodziła tam do szkoły, która spłonęła razem z jej synagogą.

Jakieś dwa lata temu moi kuzyni ułożyli Stolpersteine w Lipsku dla moich rodziców. I wtedy rozkwitła we mnie potrzeba zgłębienia tej historii rodzinnej. I dlatego dziś jestem tutaj (Op Enheim - przyp. red.).

Dzięki autorowi książki o wrocławskich Żydach, panu Müllerowi, poznałam swój związek z tym miastem, choć nie jest już ono niemieckie, a polskie. Do mnie nawet na początku nie docierało, czy moja mama była Niemką czy może Polką. Dzięki tej książce wiele zrozumiałam.

<p>"Jedyne czego dowiedziała się od swoich rodzic&oacute;w moja mama, to, że dziadkowie mieli ten sklep w kamienicy Oppenheim&oacute;w"</p> Oleksandr Poliakovsky
"Jedyne czego dowiedziała się od swoich rodziców moja mama, to, że dziadkowie mieli ten sklep w kamienicy Oppenheimów"

Jakie emocje towarzyszą Pani podczas tej wizyty? W mieście mamy, w tym domu...

Jestem bardzo wzruszona. Ciągle myślę, że moja mama byłaby zachwycona, gdyby znów mogła tu być. Bo była tu już jako starsza osoba. Ale ja nie odważyłam się z nią tu wtedy przyjechać. Ona też tego nie chciała. Sporo kosztowały ją te wspomnienia. Zmarła niedługo po tej podróży.

Czy Wrocław spełnił Pani oczekiwania, wyobrażenia o tym mieście?

W opowieściach mojej mamy, a potem i moich wyobrażeniach Wrocław ograniczał się do trzech ulic - w tym drogę do szkoły. Sądziłam, że to niewielka miejscowość. Przyjechałam tu z moimi dziećmi - moja córka jest dziennikarką. Mam nadzieję, że wszystko to, czego się tu dowiadujemy, spiszemy wspólnie w jedną wielką historię.

Czy dzięki tej podróży widzi Pani swoją historię w innym świetle?

Przeżywam teraz i widzę na własne oczy to, o czym szczątkowo mi opowiadano. Kiedy zobaczyłam przed wejściem do kamienicy Stolpersteine dla rodziny Herz, zrozumiałam, że to wszystko się wydarzyło i nie było tyko mglistym wspomnieniem. Jest na nich też imię Olga. Sądziłam, że z mojej rodziny nikt nie zginął w obozach koncentracyjnych. Tak odkryłam Olgę. To ona pozostała w sklepie do samego końca...

Bądź na bieżąco z Wrocławiem!

Kliknij „obserwuj”, aby wiedzieć, co dzieje się we Wrocławiu. Najciekawsze wiadomości z www.wroclaw.pl znajdziesz w Google News!

Reklama