Śląsk Wrocław 2015/2016: Wyboisty rok z happy endem

Sezon 2015/2016 piłkarskiej Ekstraklasy dobiegł końca. Dla Śląska Wrocław były to trudne rozgrywki, w trakcie których mecze dobre były przeplatane z fatalnymi, dochodziło do nieoczekiwanych zwrotów akcji i roszad personalnych w kadrze zespołu i w sztabie szkoleniowym. 


Równie kapryśna, co dyspozycja czysto piłkarska Śląska, była jedynie pogoda towarzysząca zawodnikom w trakcie całej kampanii.

Prognoza długoterminowa: Front wyżowy i bezchmurne niebo

Przed rozpoczęciem bieżącej kampanii na ekstraklasowych boiskach zarówno wśród piłkarzy, jak i kibiców oraz w biurach przy Oporowskiej panował duży optymizm. Drużyna, która zajęła 4. miejsce na koniec poprzedniego sezonu rokowała nadzieje na utrzymanie tego kursu na górną część tabeli. Dodatkowo zespół, dzięki wysokiej lokacie, zakwalifikował się do eliminacji Ligi Europy, czyli drugiego co do ważności pucharu na Starym Kontynencie. W składzie doszło do kilku wzmocnień – nowymi piłkarzami Śląska zostali Jacek Kiełb, Marcel Gecov oraz dwójka, która miała już okazję przywdziewać wcześniej zieloną koszulkę, czyli Adam Kokoszka i wychowanek Kamil Biliński, powracający do kraju po kilkuletniej przygodzie na Litwie i w Rumunii. Oprócz wzmocnień były również rozstania – klub opuścił Marco Paixao, świeżo co upieczony wicekról strzelców sezonu 2014/2015, i Robert Pich, który przeniósł się do niemieckiego Kaiserslautern, by, jak się później okazało, wrócić do Wrocławia pół roku później. Mimo to Tadeusz Pawłowski, będący u steru wrocławskiego okrętu, zapowiadał: – Flaga Śląska będzie powiewać wysoko. W międzyczasie Polski Związek Piłki Nożnej opublikował coroczny raport dotyczący organizacji i stanu bezpieczeństwa na polskich stadionach i w tym rankingu Stadion Wrocław otrzymał najwyższą notę (5,42 w sześciostopniowej skali) spośród wszystkich pierwszoligowych obiektów. Kibicom nie pozostawała zatem nic innego, jak przyjść na najbezpieczniejszy stadion w Polsce i dopingować WKS w rozpoczynającym się wyścigu o mistrzostwo kraju i możliwie jak najdalsze zajście w europejskich pucharach.

Gorące lato, przejściowe wyładowania atmosferyczne

Gdy po rozlosowaniu ligowego terminarza stało się jasne, że w pierwszej kolejce sezonu 2015/2016 Śląsk podejmie u siebie murowanego kandydata na mistrza – Legię Warszawa, wśród kibiców zapanował nastrój wyczekiwania na rozpoczęcie „z grubej rury” walki o ligowe punkty. Zanim jednak miała miejsce inauguracyjna kolejka, wrocławianie rozpoczęli swoją przygodę w europejskimi pucharami i zrobili to udanie. W pierwszej rundzie eliminacji Ligi Europy WKS dwukrotnie ograł słoweńskie NK Celje w stosunku 1:0 i 3:1 i awansował dalej. Kapitalne zawody rozegrał sprowadzony Jacek Kiełb. W kolejnej rundzie czekał szwedzki klub z wielkimi tradycjami IFK Goteborg i choć Śląsk podchodził do tego spotkania z wielkimi ambicjami, to tym razem nie udało się przejść tej przeszkody. 0:0 u siebie i porażka 0:2 w Szwecji wyeliminowały „wojskowych” z dalszego udziału w Lidze Europy. Choć apetyty były większe, to już pod koniec lipca rywalizacja w europejskich pucharach dobiegła końca. Z dużej chmury mały deszcz. Natomiast pierwsze, wielki lanie wystąpiło w oczekiwanym meczu z Legią Warszawa. W pierwszej kolejce ligowej wrocławianie ulegli 1:4, komplikując sobie sprawy już na starcie ligi. Jednak później sytuacja się stopniowo stabilizowała. Pierwszy punkt na koncie wrocławian znalazł się dzięki remisowi z Pogonią Szczecin, a pierwszy komplet punktów dopisali sobie po zwycięstwie w trzeciej kolejce nad Termalicą Bruk – Bet Nieciecza. Passa kolekcjonowania kolejnych „oczek” trwała w najlepsze, a na liście ofiar znajdowały się kolejno Lechia Gdańsk, Górnik Łęczna, Podbeskidzie Bielsko-Biała. Dopiero siódma kolejka i potyczka z Wisłą Kraków zachamowała ten punktowy marsz. Śląsk grał na stadionie przy Reymonta jak rażony piorunem i przegrał wysoko – 2:4. Jednak po burzy zawsze wychodzi słońce i w następnym meczu WKS pokonał u siebie Jagiellonię Białystok, zaliczając stosunkowo udane lato w Ekstraklasie. W ośmiu kolejkach podopieczni Tadeusza Pawłowskiego zgromadzili 12 na 24 możliwe punkty i plasowali się bezpiecznie w środku ligowej tabeli. Nic nie zapowiadało drastycznego spadku formy.

Jesienna słota, boiskowa posucha

Okres pomiędzy 9. a19. kolejką to zdecydowanie najgorszy fragment sezonu drużyny Śląska Wrocław. Od 18 września do 11 grudnia piłkarze WKS-u nie wygrali ani jednego meczu. Jest to niestety niechlubny rekord tego sezonu w meczach bez zwycięstwa. Jedynie Wisła Kraków zanotowała podobny regres formy. W ciągu tych dziesięciu spotkań jedynie czterokrotnie udało im się ugrać remis. Nad drużyną zbierały się ciemne chmury, a zamiast marszu w górę tabeli następowało powolne osuwanie się w dół. Apogeum słabej dyspozycji Śląska nastąpiło 6 grudnia, gdy po porażce z Lechią Gdańsk wrocławianie spadli na ostatnie miejsce w ligowej tabeli. Kiepskie wyniki wymuszały dokonywanie zmian personalnych w sztabie trenerskim, o których to zmianach w dalszej części podsumowania. W klubie wyczekiwano z niecierpliwością na otwarcie zimowego okienka transferowego, by móc dokonać wzmocnień i podnieść jakość zespołu na trudną, drugą część rozgrywek.

Przebłyski słońca zza chmur, ale nadal mroźno

Jedynym plusem znalezienia się na dnie tabeli jest to, że można się od tego dna odbić. Piłkarze Śląska nie chcieli spędzać zimowej przerwy w rozgrywkach, spoglądając od dołu na inne, wyprzedające ich zespoły. Udało się osiągnąć ten cel dzięki dwóm zwycięstwom na przełamanie – z Górnikiem Łęczna 2:1 i z Podbeskidziem w stosunku 1:0. Zastrzyk tych sześciu punktów był niczym powiew ciepłego powietrza w mroźny, grudniowy dzień. Kibice i piłkarze mieli spokojniejsze święta Bożego Narodzenia, odrobinę bardziej szampańskie nastroje w sylwestra i lepsze widoki na przyszłość, bo WKS „przezimował” pauzę w rozgrywkach na miejscu w tabeli powyżej strefy spadkowej. Wydawało się, że w drugiej części sezonu uda się ustabilizować dyspozycję i wrócić do regularnego punktowania. Tych, którzy byli mniej optymistycznie nastawieni do takiego scenariusza, mógł przekonać pierwszy mecz rundy rewanżowej rozgrywek, w którym wrocławianie wzięli rewanż na Wiśle Kraków i pokonali ją na Stadionie Wrocław. Trzeci, kolejny wygrany mecz z rzędu pozwalał nawet myśleć o przedostaniu się do pierwszej ósemki ligi, aby pod podziale na dwie grupy –  mistrzowską i spadkową, znaleźć się w tej, w której walczy się o najwyższe laury, a nie o utrzymanie. Rzeczywistość jednak szybko zweryfikowała te plany. Od wygranego spotkania z Wisłą cztery kolejne gry Śląsk zakończył, notując jeden remis i trzy porażki, w tym taką, która boli bardziej niż pozostałe, czyli konieczność uznania wyższości Zagłębia Lubin w derbach Dolnego Śląska. Poza słabymi wynikami kibiców nie przekonywała gra zespołu. Drużyna stwarzała sobie bardzo mało sytuacji strzeleckich i grała mało atrakcyjny futbol. We wspominanych czterech meczach zdobyła tylko jedną bramkę. To nie podobało się kibicom, których irytację podsycał fakt, że zespół cały czas balansował na granicy strefy spadkowej. A tego, że Śląsk opuści Ekstraklasę nikt nie był sobie w stanie wyobrazić. Zima na przełomie lutego i marca paraliżowała nie tylko drogi po raz kolejny, zaskakując kierowców, ale także potrafiła zmrozić nogi piłkarzom, którzy nie pokazywali potencjału, jaki posiadali. Wszystko miało się zmienić wraz z nadejściem ocieplenia.

Wiosenne przesilenie i przebudzenie

Choć pierwszy dzień wiosny obchodzony jest 21 marca, to piłkarze Śląska Wrocław postanowili wybudzić się z zimowego snu dziesięć dni wcześniej. Od 27. kolejki rozgrywanej 11 dnia marca aż do końca sezonu wrocławski klub zaczął pokazywać inną, lepszą twarz. Wraz z objęciem posady trenerskiej przez Mariusza Rumaka coś w zespole drgnęło. Nowi piłkarze, którzy pojawili się w drużynie – Lasha Dvali, Ryota Morioka, Andras Gosztonyi czy Bence Mervo po przejściu okresu adaptacyjnego pokazywali, że są realnymi wzmocnieniami zespołu, a w przypadku Morioki mogą stać się jego prawdziwymi liderami. Po podziale ligi na dwie grupy Śląsk znalazł się w tej spadkowej, co było konsekwencją słabszych rezultatów osiąganych na przestrzeni całego sezonu. Celem nadrzędnym stało się utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Czeka nas 7 finałów – zapowiadał Rumak przed rozpoczęciem decydującej fazy sezonu. Wystarczyło jednak 5 spośród tych 7 spotkań, by WKS zapewnił sobie start w Ekstraklasie w rozgrywkach 2016/2017. To, w jaki sposób nowy trener Śląska poukładał zespół w tak krótkim czasie i jak dotarł do głów zawodników, zasługuje na wielkie uznanie. Rumak stworzył ekipę gotową do rywalizacji z każdym i potrzebował na to ledwie dwóch miesięcy. Wraz z „Białą Gwiazdą” wrocławianie zostali najlepszą drużyną grupy spadkowej fazy finałowej. Co więcej, gdyby nie obowiązywał podział na grupy, to Śląsk ze swoim dorobkiem punktowym plasowałby się na 6.-7. miejscu w górnej połowie tabeli.

Co pozostanie w pamięci po sezonie?

Trudno znaleźć przymiotnik, który w pełni by określił sezon 2015/2016 w wykonaniu piłkarskiego Śląska. Z pewnością był obiecujący na początku, skomplikowany w trakcie jego trwania, ale też patrząc przez pryzmat osiągnięcia celu, jakim stało się utrzymanie – udany. Co warto zapamiętać po tej kampanii?

Trenerska ruletka

Wydarzeniem nie tyle historycznym, co bardzo rzadko spotykanym w klubach piłkarskich była liczba trenerów, którzy prowadzili drużynę w tym sezonie. Aż 4 szkoleniowców z różnym skutkiem próbowało odcisnąć na zespole swoje piętno, pokazać drogę, którą chcieli podążać i jakimi metodami się kierować do osiągnięcia celu. Jedni mieli na to więcej czasu, inni ledwo jedno spotkanie. Od pierwszego spotkania z Legią na ławce WKS-u zasiadał Tadeusz Pawłowski. Prowadził swoich podopiecznych przez 18 kolejek. Bilans jego pracy w zakończonych rozgrywkach to 3 zwycięstwa, 7 remisów i 8 porażek w samej lidze. Warto jeszcze dodać rezultaty z eliminacji Ligi Europy, czyli dwa zwycięstwa, remis i przegrana. Po serii dziesięciu kolejnych meczów bez zwycięstwa musiał się pożegnać z klubem. Kibice jednak nigdy nie przestali darzyć szacunkiem Pawłowskiego. Gdy zawitał ponownie na Stadion Wrocław już jako trener Wisły, to otrzymał od najbardziej zagorzałych fanów fantastyczną oprawę na trybunie z podziękowaniami za to, jakim był trenerem i jak wielką jest legendą wrocławskiego klubu jako piłkarz. Następnym szkoleniowcem Śląska został Grzegorz Kowalski, ale on dostał najmniej czasu, bo poprowadził drużynę w zaledwie jednym spotkaniu z Lechią Gdańsk, przegranym 0:1. Kolejnym, który miał wyciągnąc klub z dołka, był Romuald Szukiełowicz. Zaczął imponująco, bo od trzech zwycięstw w trzech meczach, ale później już nie było tak dobrze. Zespół przegrywał, a do tego prezentował siermiężny futbol. Szukiełowicz był trenerem Śląska przez 7 kolejek – 3 mecze wygrał, 3 przegrał, jeden zremisował. Po Szukiełowiczu stery przejął Mariusz Rumak i nie oddał ich już do końca. Pod jego wodzą zespół zaczął grać ofensywnie, z poświęceniem w obronie i ataku, a przede wszystkim zaczął regularnie zdobywać punkty. Zaraz po objęciu stanowiska zapowiadał, że najlepszą wersję jego zespołu kibice zobaczą dopiero od nowego sezonu. Jeśli będzie jeszcze lepsza niż ta z końcówki obecnych rozgrywek, to kibice na pewno nie będą mieli nic przeciwko.

Japoński ekspres i węgierski czołg

Dwóch zawodników, którzy pojawili się w klubie w przerwie zimowej, szczególnie zasługują na zapamiętanie. Ryota Morioka i Bence Mervo stworzyli zabójczy, ofensywny duet siejący postrach pod bramką rywala. Japończyk szczególnie imponuje techniką, przeglądem pola i skutecznością. Jego specjalnością stały się strzały z daleka, choć nie mocne, to zabójczo precyzyjne. Ryota jest liderem środka pola i budowanie drużyny wokół niego może przynieść same korzyści. Bence Mervo to z kolei urodzony snajper. Młody król strzelców mistrzostw świata do lat 20 coraz śmielej poczyna sobie w dorosłej piłce i bez kompleksów walczy, przepycha się z obrońcami rywali. No i oczywiście strzela bramki. Niedługo powinna wyjaśnić się kwestia pozostania Węgra w zespole. Mervo jest jedynie wypożyczony do Śląska Wrocław i po sezonie przedstawiciele szwajcarskiego Sionu i WKS-u będą musieli zasiąść do rozmów na temat przyszłości napastnika. Sam Bence podkreśla, że bardzo mu się podoba w stolicy Dolnego Śląska i chciałby tu pozostać na kolejny sezon.

29.04.2016 r., Kamil Biliński, 84. minuta

Podczas meczu z Górnikiem Zabrze Kamil Biliński pod koniec meczu strzela bramkę wyrównującą niezwykłej urody. Została ona uznana za najpiękniejszy gol kolejki i ma spore szanse na nagrodę za najbardziej efektownego gola w całym sezonie.

Co przyniesie przyszłość?

Końcówka rozgrywek zdecydowanie pokazała, że Śląsk Wrocław jest w stanie rywalizować jak równy z równym ze wszystkimi i że z taką grą nie zasługuje jedynie na walkę o ligowy byt w grupie spadkowej. Trener Mariusz Rumak po przeprowadzeniu pełnego okresu przygotowawczego będzie miał możliwość zrealizowania swoich zapowiedzi, że od nowego sezonu kibice zobaczą jeszcze lepszy Śląsk. Przy wykonaniu przemyślanych ruchów transferowych i wyjaśnieniu kwestii wypożyczonych Mervo i Picha drużyna będzie w stanie zawalczyć o czołowe miejsca w górze tabeli. Na to liczą sympatycy wrocławskiej drużyny, jak i sami piłkarze. Początek nowego sezonu w połowie lipca.    

Zgłoś uwagę