Spis treści (kliknij, aby przejść)
Pana Bronisława (rocznik 1951) zastaliśmy w przededniu wyjazdu do sanatorium w Kołobrzegu, dokąd pojechał z żoną. W trakcie rozmowy zacytował wiersz Ignacego Krasickiego:
„W jedną drogę szli razem i człowiek, i zdrowie.
Na początku biegł człowiek; towarzysz mu powie:
Nie spiesz się, bo ustaniesz.”
Wojsko biegać nauczy
Nad morzem na pewno śpieszyć się nie będzie. Odpocznie, jodu powdycha, poćwiczy z małżonką. Wybierze się na cmentarz, żeby zapalić świeczki na grobie byłego dowódcy. Powspomina dawne czasy, gdy był w wojsku i często biegał po plaży.
— Jak mnie wzięli do wojska i kazali biegać, to już po jednym kilometrze czekałem, aż się to skończy — wspomina. — Później przeniosłem się do jednostki w Bolesławcu, gdzie codziennie od poniedziałku do piątku na zaprawę poranną mieliśmy tor przeszkód albo dziesięć kilometrów do przebiegnięcia. Im człowiek szybciej przybiegł, tym miał więcej czasu na oporządzenie się.
Po służbie przyszedł czas na założenie rodziny, więc bieganie zawiesił. Wznowił je z prostego powodu – żeby razem iść ze zdrowiem. Biegał nie tylko rekreacyjnie. Startował w półmaratonach i maratonach, w tym w górskich w Wałbrzychu. Góry wciąż uwielbia.
— Tam zdobywa się kondycję — przyznaje. — Bardzo lubię Stołowe, a także okolice Lądka-Zdroju — wymienia, a pamięcią wraca do Legnicy, dokąd kiedyś z Wrocławia wybrał się rowerem, aby… przebiec półmaraton i zaraz po odebraniu medalu wrócić rowerem do domu.
Ostatni, ale nie mniej ważny
Dziś ma na koncie dwadzieścia kilka startów w maratonach i półmaratonach. Brał udział także we wrocławskich. Podczas ostatniego sprawy przybrały zupełnie nieoczekiwany obrót.
Najpierw, gdy odbierał pakiet startowy, ktoś powiedział do niego: „zapamiętam Twój numer i sprawdzę, czy dobiegłeś”. Zmotywował go ten tekst, mimo to przeczuwał, że będzie bardzo trudno. — Obawiałem się, bo z moją kondycją jest coraz gorzej. Na trasie pomagał mi bardzo doping. Kibice byli wspaniali. Poza tym pamiętałem którąś z poprzednich edycji, kiedy zszedłem w połowie i do dziś tego żałuję — opowiada 75-latek.
Tym razem dotrwał. Niedaleko do mety wyprzedziła go kobieta, kilka chwil później – już na ostatnich metrach – plecy pokazała mu kolejna biegaczka, więc wytrwały senior skończył jako ostatni (3 godziny, 34 minuty i 17 sekund). Był szczęśliwy i dumny.
„The last but not least.” Ostatni, ale nie mniej ważny od innych. W nagrodę otrzymał od sponsora tytularnego, czyli od firmy Tarczyński, nagrodę niespodziankę w formie bonu o wartości 3 tysięcy złotych do wykorzystania na wakacje.
— Jeszcze nie wybraliśmy, dokąd pojedziemy — przyznaje. — Pomyślimy po powrocie z sanatorium. Chciałbym podziękować panu Tarczyńskiemu i organizatorom, których podziwiałem za taką organizację biegu, zwłaszcza za punkty odżywiające.
Byle w granicach normy
Pan Bronisław, emerytowany pracownik cywilny Wojska Polskiego, całe dorosłe życie mieszka we Wrocławiu na Nowym Dworze. — Mamy piękne tereny do biegania na lotnisko i z powrotem. Bardzo ładnie zrobili Park Tysiąclecia. Tam też czasami chodzę pobiegać, a oprócz tego trenowałem na siłowni, ale ostatnio już nie. Powiem panu, że na emeryturze to ciągle brakuje czasu…
Start w ostatnim półmaratonie wrocławskim miał być ostatnim w karierze, ale… nie wytrzymał i zapisał się na wrześniowy, znacznie krótszy, Bieg Solidarności.
— Ciągnie wilka do lasu — mówi senior.
Na trasy od kilkunastu lat wychodzi w celu: „ukończyć i po drodze nie zarżnąć się”. – Zresztą ja nigdy specjalnie się nie ścigałem, co zostało mi z wojska. Tam najbezpieczniej zawsze było w środku, bo pierwsi i ostatni za bardzo rzucali się w oczy — dodaje.
Byle zdrowie jak najdłużej nie uciekło, w przeciwieństwie do tego z wiersza Krasickiego. 75-letni emeryt Bronisław twierdzi, że sport jest dobry, ale w granicach normy.
„Nie śpiesz się, bo ustaniesz”.