WROCŁAW Niecodzienny wagon na ulicach Wrocławia. To była gratka dla miłośników tramwajów | ZDJĘCIA

  1. wroclaw.pl
  2. Kultura
  3. Aktualności
  4. Od tych książek nie można się oderwać! Zobaczcie, co koniecznie warto czytać w sierpniu [LISTA]

Stara przepalona słońcem Sycylia, którą uwiecznił w „Gepardzie” Lampedusa, polskie Puławy, w których księżna Izabela Czartoryska kolekcjonowała niezwykłe przedmioty, sensacyjne losy znanych obrazów, które mamy też we Wrocławiu, reportaż Wrocławianina o rosyjskim guru sekty albo porywająca i licząca prawie 500 stron powieść węgierskiego pisarza o niezwykłej rodzinie. Te książki możecie przeczytać latem. Lista lektur na końcówkę wakacji.

Reklama

Sycylia, jakiej już nie ma (ale opisał ją Lampedusa) 

„Książę Lampedusy” Stevena Price'a (w przekładzie Macieja Stroińskiego, Wydawnictwo Czarne) jest książką absolutnie niezwykłą!

Obala też wiele stereotypów, m.in. o tym, że prawie nie można napisać biografii w stylu i w klimacie idealnie odpowiadającym opisywanej postaci (w tym przypadku księciu Giuseppe Tomasiemu di Lampedusie (1896-1957), autorowi kultowej powieści „Gepard”).

<p>Steven Price, &bdquo;Książę Lampedusy&rdquo;, przekład Maciej Stroiński, Wydawnictwo Czarne</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Steven Price, „Książę Lampedusy”, przekład Maciej Stroiński, Wydawnictwo Czarne

Przeczy też opiniom, że akademicy (jak Steven Price, który wykłada literaturę na uniwersytecie w Kolumbii Brytyjskiej) tworzą książki zbyt grzeczne (przygotowywane na kolanach) i wtórne, by ich dzieła miały wyższe artystyczne walory.

Tymczasem autor „Księcia Lampedusy” jest absolutnym pasjonatem twórczości swojego bohatera, księcia Giuseppe Tomasiego, a przy tym warsztatowo sprawnym erudytą, który ma też wielką zaletę. Wie, kiedy nie przekraczać granic zaglądając w życie i twórczość swojego bohatera. I wydaje się naprawdę rozumieć introwertyczną osobowość Lampedusy.

Wydawana nakładem Czarnego książka jest opowieścią o ostatnich latach włoskiego pisarza, kiedy – przegrany po utracie majątku, bezdzietny w małżeństwie, z którego nie będzie dziedzica tytułu książęcego – zdobywa się na ostatni akt odwagi i pewnej dezynwoltury.

Postanawia napisać powieść, w której opowie o Włoszech z czasów Risorgimenta (czyli zjednoczenia), o upadku wielowiekowego porządku, o arystokracji, której znaczenie maleje, o nowej klasie społecznej, która chce zdobyć wpływy za wszelką cenę. 

W tym celu podróżuje do rodzinnych włości, odwiedza kuzynostwo, ale nade wszystko wspomina swoich najbliższych i skomplikowaną rodzinną historię.  

To obowiązkowa lektura dla wszystkich miłośników „Geparda” (wolę ten tytuł niż „Lamparta”, oddaje sens oryginalnego „Il Gattopardo” Lampedusy), ale mogą ją czytać też ci, którzy kochają historie o ludziach wysadzonych z siodła, miotanych przez wiatry historii, przegranych w oczach sobie współczesnych, choć uparcie pozostających wiernym sobie. 

No i to także książka dla zakochanych w Sycylii, jej osobliwym uroku, przepalającym kadry słońcu, ludziach, którym czasem po prostu nie zależy na dogonieniu świata. 

<p>Palazzo na placu Quattro Canti w Palermo na Sycylii z figurą kr&oacute;la Filipa II</p> fot. Magdalena Talik
Palazzo na placu Quattro Canti w Palermo na Sycylii z figurą króla Filipa II

Jaka piękna i dziwna kolekcja z Puław! 

W ubiegłym roku w Puławach obchodzono rok Księżnej Izabeli Czartoryskiej, czyli 280. rocznicę urodzin wyjątkowej postaci dla polskiej kultury (a także matki księcia Adama Jerzego Czartoryskiego, który stanął na czele stronnictwa konserwatywnego Hôtelu Lambert).

Izabela z Flemmingów Czartoryska była mocno związana z Puławami, dzięki niej rozbudowano pałac i park.

Rodzina wracała tu kilkakrotnie, a po III rozbiorze Polski księżna, która od lat kolekcjonowała pamiątki historyczne, zaplanowała, aby w puławskim parku powstała Świętynia Sybilli, miejsce dla zgromadzonych pamiątek, a także Dom Gotycki (w którym potem wisiała „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci).

<p>Świątynia Sybilli w parku w Puławach</p> fot. Magdalena Talik
Świątynia Sybilli w parku w Puławach

Puławskimi kolekcjami historycznych pamiątek księżnej Izabeli z Flemmingów Czartoryskiej od lat interesuje się prof. Michał Mencfel z Instytutu Historii Sztuki na Wydziale Nauk o Sztuce Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Jego niezwykle ciekawa książka „Szaleństwo upamiętniania. Praktyki antykwaryczne i kultura pamiątki na ziemiach polskich w epoce sentymentalizmu” (Wydawnictwo słowo/obraz terytoria) to zaskakująca, inspirująca opowieść o tym, jak rodziło się w Polsce kolekcjonerstwo na większą skalę (z przełomu XVIII i XIX wieku) i jakim nośnikiem kulturowym bywały pozyskane przedmioty.   

<p>Michał Mencfel, &bdquo;Szaleństwo upamiętniania&rdquo;, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria&nbsp;</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Michał Mencfel, „Szaleństwo upamiętniania”, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria 

Wśród kupionych przez księżną Czartoryską artefaktów są m.in. pozyskane w miejscu urodzenia Szekspira krzesło wybitnego dramaturga, cząstki szafki Petrarki i kostka z ręki jego ukochanej Laury, relikwiarzyk z cząstkami Heloizy i Abelarda, czaszka Jana Kochanowskiego.

Co ciekawe, duch kolekcjonerski ogarnął nie tylko polską arystokratkę, ślady tytułowego szaleństwa upamiętniania znajdziemy w wielu miejscach Europy. Prof. Mencfel przygląda się przedmiotom, bada źródła ich pochodzenia, analizuje znaczenie, reakcję ludzi na ich prezentowanie i kultowy często status.

Przepięknie wydana i ilustrowana materiałami książka to historia nie tylko o tym, jak powstawały kolekcje, ale jak wielkie znaczenie zyskiwały.    

Tajemnice arcydzieł (także tych z Wrocławia)

Doczekaliśmy się wreszcie świetnych, piszących dynamicznie historyków sztuki, którzy mają ogromny talent popularyzatorski, a to nie takie oczywiste.

Z zazdrością przeglądałam często porywające książki o obrazach, albo kinowe dokumenty, jakie są kręcone z udziałem angielskich, amerykańskich albo holenderskich znawców sztuki, którzy swoją dziedziną są w stanie zarazić miliony ludzi na świecie. 

Polscy specjaliści przez lata sprawiali wrażenie, jakby bali się zaryzykować i pisać swobodnie, a wielu z nich, niestety, nie potrafiło ciekawie opowiadać nawet niemal sensacyjnych historii.

Szczęśliwie Paweł Bień, historyk sztuki, poeta, ale także pracownik Muzeum Narodowego w Warszawie, wprawiony wieloma popularyzatorskimi artykułami, ma lekkie pióro.

W książce „Nieobce. Opowieści o dziełach dawnych mistrzów w polskich zbiorach” (Wydawnictwo Naukowe PWN S.A.) prezentuje dla nas 24 dzieła mistrzów światowego malarstwa, jakie znajdują się w zbiorach muzeów narodowych, archidiecezjalnych, pałacowych. 

<p>Paweł Bień, &bdquo;Nieobce. Opowieści o dziełach dawnych mistrz&oacute;w w polskich zbiorach&rdquo;, Wydawnictwo Naukowe PWN S.A.</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Paweł Bień, „Nieobce. Opowieści o dziełach dawnych mistrzów w polskich zbiorach”, Wydawnictwo Naukowe PWN S.A.

Oglądanie arcydzieł to jedna z przyjemności obcowania z tą książką (choć reprodukcje mogły być jednak nieco większe), ale wielką frajdą jest poznawanie losów obrazów, zwłaszcza że bywały naprawdę dramatyczne albo wręcz zbójeckie (gdański skarb „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga trafił nad Motławę w wyniku...pirackiej grabieży).  

Wrocławianom polecam zwłaszcza dwa rozdziały poświęcone dziełom z kolekcji dwóch naszych placówek – „Madonnie pod jodłami” Lucasa Cranacha starszego z Muzeum Archidiecezjalnego oraz „Madonnie z Dzieciątkiem i św. Janem Chrzcicielem” Agnola Bronzina z Muzeum Narodowego. 

Historia odzyskania obrazu Cranacha to gotowy scenariusz thrillera, w którym swoje role otrzymaliby zarówno sam mistrz Cranach, potem XVI-wieczny zleceniodawca obrazu sekretarz Jan Hess z Wrocławia, ale chyba przede wszystkim przedwojenny opiekun obrazu niemiecki ksiądz Siegfried Zimmer oraz jego zafascynowany sztuką uczeń Georg Kupke, a potem pracownica ówczesnego Muzeum Śląskiego (dziś Narodowego we Wrocławiu). 

<p>Rozdział poświęcony &bdquo;Madonnie pod jodłami&rdquo; Lucasa Cranacha starszego ze zbior&oacute;w wrocławskiego Muzeum Archidiecezjalnego</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Rozdział poświęcony „Madonnie pod jodłami” Lucasa Cranacha starszego ze zbiorów wrocławskiego Muzeum Archidiecezjalnego

Nie będę spojlerowała, jak obraz trafił z powrotem do Muzeum Archidiecezjalnego, ale tu zadziałał chyba też cud. A wnikliwym obserwatorom polecam przyjrzeć się detalom obrazu na desce – Paweł Bień podpowiada, że wspaniała jest... huba na jednym namalowanych z drzew. 

Z kolei Madonnę Bronzina spotkał inny los, jak z horroru. Obraz w XIX wieku na siłę przemalowano w stylu Rafaela.

Bień pokazuje, jak wyglądał obraz z ingerencją, a jak po jej usunięciu. Dzieło, które miała niegdyś na ścianie w warszawskim Pałacu Błękitnym Teresa z Zamoyskich Czartoryska, udało się poddać konserwacji, choć kosztem intensywności niektórych barw. To tylko jeden z wielu przypadków dziwnych losów dzieł sztuki. 

<p>Rozdział poświęcony &bdquo;Madonnie z Dzieciątkiem i św. Janem Chrzcicielem&rdquo; Bronzina ze zbior&oacute;w Muzeum Narodowego we Wrocławiu</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Rozdział poświęcony „Madonnie z Dzieciątkiem i św. Janem Chrzcicielem” Bronzina ze zbiorów Muzeum Narodowego we Wrocławiu

Polecam lekturę całości, to może być początek ciekawej przyjaźni z wielkim malarstwem i wędrówek po polskich muzeach i placówkach kultury. 

Węgierski mistrz odkrywany w Polsce

„Jaka objętość?” – pytali przed laty anonimowi wydawcy tłumaczkę Irenę Makarewicz, kiedy proponowała im przekład Trylogii Siedmiogrodzkiej węgierskiego mistrza Miklósa Bánffyego (1873-1950).

<p>Na zdjęciu Mikl&oacute;s B&aacute;nffy, autor Trylogii Siedmiogrodzkiej&nbsp;</p> fot. za Wikipedią/domena publiczna
Na zdjęciu Miklós Bánffy, autor Trylogii Siedmiogrodzkiej 

Odpowiedziała wtedy: „Trzy tomy. A pierwszy liczy tak z 650 stron” – poinformowała potencjalnych wydawców. „Aż 650 stron? Nie, nie mamy o czym mówić” – zdecydowali kategorycznie decydenci. 

Jednak Irena Makarewicz, wybitna tłumaczka z języka węgierskiego, nie poddała się, najpierw opublikowała fragmenty trylogii w „Zeszytach Literackich” i wreszcie spotkała – na Targach Dobrych Książek we Wrocławiu! – Łukasza Urbaniaka z łódzkiej officyny i umówili się, że Bánffy jednak zostanie wydany.   

Pierwszy tom „Policzone” ukazał się w 2023 roku, drugi zatytułowany „Zważone” dostajemy właśnie do rąk. Czekamy jeszcze na ostatnie ogniwo – „Podzielone”.

<p class="MsoNormal">Mikl&oacute;s B&aacute;nffy, &bdquo;Zważone. Trylogia Siedmiogrodzka&rdquo;, przełożyła Irena Makarewicz, Wydawnictwo officyna&nbsp;</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Miklós Bánffy, „Zważone. Trylogia Siedmiogrodzka”, przełożyła Irena Makarewicz, Wydawnictwo officyna 

Tym samym Polska dołącza do wielu innych krajów, w których węgierski pisarz stał się sensacją (jak Stany Zjednoczone, Anglia, Francja, Holandia, Włochy, Chiny, Wietnam). 

Spóźniony sukces Bánffyego na Węgrzech związany jest z wieloma okolicznościami. Z faktem, że był formalnie rumuńskim obywatelem (Siedmiogród został przejęty przez Rumunów od Węgier jeszcze w 1918 roku).

A Węgrzy nie fetowali szczególnie pisarzy z tych drażliwych politycznie terenów. Kiedy Trylogia ukazała się na Węgrzech w latach 80. XX wieku usunięto z niej wiele rumuńskich wątków.

Dla decydentów problemem było też kolosalne przedwojenne bogactwo Miklósa  Bánffyego, hrabiego, który posiadał tysiące hektarów w Siedmiogrodzie wraz ze wspaniałym pałacem, którego biblioteka liczyła 26 tysięcy tomów!

Majątek został jednak zniszczony w czasie wojny, zaś po wojnie rozwścieczeni krytycy potrafili wykrzykiwać, że jest dyletantem i grafomanem. 

Może dlatego, że monumentalna Trylogia Siedmiogrodzka to niezwykła opowieść o życiu arystokracji na początku XX wieku, przenikliwa, epicka, z fascynującymi bohaterami, opisami obyczajów, kuchni, rozrywek (jak polowania, kolekcjonowanie dzieł sztuki).

Jednocześnie losy wchodzących w dorosłe życie kuzynów – Bálinta Abády i Laszló Gyerőffy z Siedmiogrodu są zapowiedzią nadciągającej zmiany, schyłku świata arystokracji.

W I tomie śledzimy miłosne losy krewniaków, którzy zakochali się w niewłaściwych kobietach, z kolei w tomie II hrabia poseł Bálint Abády musi opuścić ukochaną, żonę innego, rzucając się w wir pracy dla biednej ludności rumuńskiej.

Jego niezwykły, pełen werwy i błyskotliwości kuzyn, László Gyerőffy boryka się z nałogami, które mogą przekreślić szanse na udaną karierę i życie.    

Irena Makarewicz podkreśla, że opisy zostały przez Miklósa Bánffyego oddane w bardzo filmowy, mocno wizualny sposób. Może też dlatego, że przez całe życie Węgier pragnął zostać malarzem?  

Autorka „Rebeki” i „Ptaków” bohaterką powieści 

„Moja matka byłaby zachwycona tą książką” – nie miała wątpliwości córka Daphne du Maurier, jednej z najbardziej poczytnych, ale i fascynujących (choć przez lata niedocenianych) brytyjskich pisarek.

Autorka, która dostarczała przez lata dreszczyku i ekscytacji w opowiadaniach (jednym z nich są zekranizowane przez Hitchcocka „Ptaki”) i powieściach („Rebeka” była wielokrotnie ekranizowana, zobaczymy też w wersji filmowej m.in. „Moją kuzynkę Rachelę” i „Kozła ofiarnego”), sama miała niebanalną biografię.

Przywołuje ją Francuzka Tatiana de Rosnay w wyśmienitej książce „Na zawsze Manderley. Życie Daphne du Maurier” (przekład Joanna Polachowska, Wydawnictwo Albatros).

<p>Tatiana de Rosnay, &bdquo;Na zawsze Manderley. Życie Daphne du Maurier&rdquo;, przekład Joanna Polachowska, Wydawnictwo Albatros</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Tatiana de Rosnay, „Na zawsze Manderley. Życie Daphne du Maurier”, przekład Joanna Polachowska, Wydawnictwo Albatros

Prowadzi nas po konkretnych miejscach istotnych dla Daphne du Maurier, przybliża jej biografię od momentu narodzin w 1907 roku po śmierć w 1989 roku. Zaglądamy do londyńskiej Mayfair, do Paryża (gdzie, jak sama przyznawała, zostało jej serce), wreszcie do najukochańszej Kornwalii, w której osiadła i której krajobrazy bywały inspiracją dla książek i miejscem akcji wielu powieści. 

Dramat w „Mojej kuzynce Racheli” rozgrywa się, poza Italią, właśnie w Kornwalii, podobnie jak na południu Anglii mieści się ponura posiadłość Maxima de Wintera z „Rebeki”.

De Rosnay udało się napisać biografię, która jest połączeniem faktów i fragmentów fabularyzowanych, ale pisanych i oddanych z wielkim znawstwem i klasą. Taką, na jaką zasługuje du Maurier, dziś chętnie wznawiana i oceniana jako znakomita pisarka, nie romantycznych powieści, jak niegdyś próbowano ją zaszufladkować, ale powieści z twistem. 

<p>Koloryzowane zdjęcie Daphne du Maurier, wizerunek z początku lat 30., kiedy wielkie sukcesy były jeszcze przed nią</p> fot. za Wikipedią/domena publiczna
Koloryzowane zdjęcie Daphne du Maurier, wizerunek z początku lat 30., kiedy wielkie sukcesy były jeszcze przed nią

Mąż pisze o żonie – po raz ostatni

W lutym 1956 roku 26-letni brytyjski poeta Ted Hughes spotkał na Uniwersytecie Cambridge amerykańską studentkę i już nagradzaną poetkę Sylvię Plath. Pół roku później byli już po ślubie, w 1960 roku urodziła się im córka Frieda, a w 1962 roku syn Nicholas. 

Małżeństwo obojga artystów przetrwało 13 lat, zakończyła je samobójcza śmierć Sylvii Plath w 1963 roku. Wiadomo, że kiedy poetka zdecydowała się na ten desperacki krok jej mąż był z inną kobietą, którą później poślubił (ona również popełniła samobójstwo).

Tom Hughes, którego kariera poetycka jeszcze w latach 60. nabrała rozpędu, zaś w latach 80. otrzymał zaszczytny tytuł Poety Laureata od królowej Elżbiety II, przez lata nie nawiązywał do tragicznej śmierci Sylvii Plath. W 1998 roku, po 35 latach, zdecydował się zabrać głos, ale na swoich warunkach.

Przemówił tomem „Listy urodzinowe” (przeczytamy go w przekładzie dwóch tłumaczy Tomasza Kunza i Juliusza Pielichowskiego, nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego), w którym zawarł 88 tekstów, opowiadając nimi historię  burzliwej relacji z Sylvią Plath.

<p>Ted Hughes, &bdquo;Listy urodzinowe&rdquo;, przełożyli Tomasz Kunz i Juliusz Pielichowski, Państwowy Instytut Wydawniczy</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Ted Hughes, „Listy urodzinowe”, przełożyli Tomasz Kunz i Juliusz Pielichowski, Państwowy Instytut Wydawniczy

Na ten tom czekaliśmy od wielu lat. To opowieść mocna, dialogująca z poezją Plath, momentami obezwładniająco czuła, momentami brutalnie szczera, rozliczeniowa. Krytycy po wydaniu tego tomu pisali o sensacyjnym tomie angielskiego poety (Hughes zmarł w 1998 roku). 

I, co ciekawe, jego słowa cały czas wybrzmiewają w nowym kontekście.

Także teraz, kiedy ukazała się książka o relacji małżonków poetów „Kochając Sylvię Plath” Emily van Duyne, której autorka dowodzi, jak Ted Hughes z premedytacją podtrzymywał latami wizję Sylvii Plath jako tej, która dążyła do własnej zagłady. 

Trzeba jednak sięgnąć do „Listów urodzinowych”. Odchodzący poeta nie musiał już kreować żadnej narracji, ani mierzyć się z pośmiertną międzynarodową sławą poezji swojej żony. Wydaje się, jakby jednak pisał z autentycznej potrzeby. 

O filozofii lekko, dowcipnie i celnie

Umberta Eco zna chyba każdy bardziej szanujący się czytelnik, zwłaszcza że powieść „Imię róży” stała się nie tylko arcydziełem literatury, ale bestsellerem (no i doczekała się legendarnej ekranizacji z Seanem Connerym jako średniowiecznym mnichem-detektywem próbującym rozwikłać zagadkę zaginionej księgi Arystotelesa). 

Wspominam o „Imieniu róży”, bo przecież Eco (profesor Uniwersytetów we Florencji i Bolonii, semiolog, autor wielu innych niezwykle ważnych książek i posiadacz kolosalnego zbioru tomów liczonego w 30 tysiącach sztuk), był przede wszystkim filozofem.

Dlatego nie powinna zaskakiwać nikogo ta niezbyt obszerna, ale niezwykle dowcipna książka „Rozważania niepoważne” (w przekładzie Moniki Woźniak, Oficyna Literacka Noir sur Blanc), będąca konsekwencją bazgrania przez autora na marginesach. 

Wszystko zaczęło się podczas konferencji na Uniwersytecie w Turynie. Nie wiadomo, czy autor Eco był znudzony wykładami, wiemy natomiast, że w ich trakcie rysował satyryczne scenki będące komentarzem do znanych filozofów i ich postaw.

Pod koniec lat 50., zachęcony przez kolegów, autor dodał do scenek jeszcze lapidarne wierszyki o filozofach (wyselekcjonowani słuchacze poznali je w 1958 roku podczas Międzynarodowego Kongresu Filozofii w Mediolanie).

Tak narodziła się ta książeczka, która w polskim wydaniu została jeszcze wzbogacona (na szczęście!) o notki poświęcone filozofom autorstwa polskiego filozofa i publicysty Tomasza Stawiszyńskiego

W tomie poznamy (nie)poważne rozważania o wielkich postaciach z historii nauki o myśleniu, więc są i presokratejczycy (jak Tales z Miletu), jest Tomasz z Akwinu, scholastycy, Immanuel Kant, Karol Marks. Eco poszedł za ciosem i dopisał też szkice poświęcone literackim tuzom, zatem mamy wierszyki o Marcelu Prouście, Thomasie Mannie, a pojawia się i James Joyce.

Do czytania pod chmurką i przemyślenia, bo humor jest punktem wyjścia do głębszej refleksji.  

<p>Umberto Eco, &bdquo;Rozważania niepoważne&rdquo;, przekład Monika Woźniak, Oficyna Literacka Noir sur Blanc</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Umberto Eco, „Rozważania niepoważne”, przekład Monika Woźniak, Oficyna Literacka Noir sur Blanc

Kobieta, matka, zmęczenie materiału

Książka „Zgiń kochanie” argentyńskiej autorki Ariany Harwicz (w znakomitym przekładzie Agaty Ostrowskiej, Wydawnictwo Pauza) ukazała się w Polsce po raz pierwszy sześć lat temu i wywołała mocną dyskusję o kobiecości, macierzyństwie, przekraczaniu granic.   

Teraz dostajemy do rąk wznowienie z filmową okładką, bo w międzyczasie doczekaliśmy się ekranizacji tej niewielkiej, ale niesamowicie mocnej książki (film wyreżyserowała Lynne Ramsay, w roli głównej wystąpiła Jennifer Lawrence). 

<p>Ariana Harwicz, &bdquo;Zgiń kochanie&rdquo;, przekład Agata Ostrowska, Wydawnictwo Pauza</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Ariana Harwicz, „Zgiń kochanie”, przekład Agata Ostrowska, Wydawnictwo Pauza

Trudno wciąż uwierzyć, że debiutująca w 2012 roku Harwicz pisała swoją powieść z podziwu godną konsekwencją i dyscypliną, a jednocześnie książka nie sprawia wrażenia wystudiowanej, nienaturalnie cyzelowanej. 

A śledzimy stany emocjonalne młodej kobiety w związku. Niedawno została matką i szuka ujścia dla swoich emocji, z którymi nie może sobie ani mentalnie, ani emocjonalnie poradzić. 

Lynne Ramsay zrobiła z tej książki trzymający w napięciu thriller, świetnie wyczuwając nie tylko dokuczliwy rytm, ale też wojnę, którą bohaterka toczy sama z sobą i swoimi emocjami. 

„Macierzyństwo to koegzystencja skrajności: okrucieństwa i nienawiści, bezsensu i złowrogości równoważonych miłością i oddaniem. Połączenie tych ekstremów nadaje macierzyństwu dramaturgię, to świetna materia na teatr – zarówno na dramat, jak i na komedię” – mówiła kilka lat temu Ariana Harwicz w rozmowie z Pauliną Frankiewicz. 

„Zgiń, kochanie” to literacki rollercoaster, który nas mocno wytrzęsie. Wsiąść do niego jednak warto, bo Harwicz nas nieustannie prowokuje. A przy tym jest obezwładniająco szczera.    

Małe dzieło mistrzyni

Rozmiar tej książeczki niewielki – blisko 100 stron, format zdecydowanie ekonomiczny, ale Annie Burns, autorce porażającego „Mleczarza” (jeśli nie czytaliście, to koniecznie – w kongenialnym przekładzie Agi Zano) wystarczy każda objętość, by wystrzelić (dosłownie) z opowieścią o ludziach na skraju (morderstwa, nie załamania nerwowego).

W „Raczej bohater” (kolejny tom Burns w świetnym tłumaczeniu Agi Zano, Wydawnictwo ArtRage) zostajemy błyskawicznie wbryknięci w rozgrywające się w morderczym tempie wydarzenia wokół niemal komiksowego superbohatera, który ratuje ludzkość.

<p>Anna Burns, &bdquo;Raczej bohater&rdquo;, przekład Aga Zano, Wydawnictwo ArtRage</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Anna Burns, „Raczej bohater”, przekład Aga Zano, Wydawnictwo ArtRage

Okazuje się jednak, że chcą go powstrzymać szwarccharaktery, które rzucają magiczne zaklęcie na jego, skądinąd kochającą, kobietę (czyli femme fatale) i od tej pory owa bohaterka, nieświadoma swoich złych zamiarów, próbuje cały czas pozbyć się kochanka. 

(Nie poznamy imion postaci, co zresztą jest charakterystycznym dla Burns zabiegiem, poznamy ich opis, albo wykonywane zadania).

Niczego tu nie spojleruję, to zawiązanie akcji, potem wszystko przyspiesza i mocno się komplikuje. A czytelnik zachwyca się kunsztem urodzonej w północnej Irlandii autorki. 

Bo Anna Burns z talentem wielkiego prestidigitatora na naszych oczach czaruje, mnoży wydarzenia, zapętla wątki, a robi to z wielkim poczuciem humoru, bo książkę trudno czytać z zasznurowanymi ustami. 

Lubicie tempo narracji jak z filmów Quentina Tarantino czy klimat jak z komiksu „Sin City”? Ta książka jest dla Was!   

Wrocławianin śladem rosyjskiej sekty 

Książka „Szykuj sanie latem” Wrocławianina Jędrzeja Morawieckiego, pisarza, reportera, akademika (wykładającego w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego) otwiera „Znaki na ziemi”, nową serię literatury faktu w Wydawnictwie Znak Litera Nova.

Twórca serii Paweł Goźliński (redaktor i współinicjator Instytutu Reportażu, Polskiej Szkoły Reportażu) podkreślił, że w nowej serii stawia na literacką jakość, odwagę i odsłanianie głębokich warstwy rzeczywistości.

„Chcę, by każda książka w serii była nie tylko ważna tematycznie, ale też wciągająca narracyjnie – taka, która zostaje z czytelnikiem na długo” – dodał. 

Mocno zapadnie nam w pamięć, z pewnością, niezwykle rzetelny, pisany dwie dekady reportaż „Szykuj sanie latem”.

<p>Jędrzej Morawiecki, &bdquo;Szykuj sanie latem&rdquo;, Wydawnictwo Znak Litera Nova</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Jędrzej Morawiecki, „Szykuj sanie latem”, Wydawnictwo Znak Litera Nova

Jest poświęcony rosyjskiej sekcie Wissarionowców, ludzi, którzy w 1991 roku, zafascynowani pozującym na Chrystusa długowłosym byłym milicjantem Siergiejem Toropem (przybrał imię Wissariona), podążyli za nim na Syberię, by budować Miasto Słońca.

Jędrzej Morawiecki jeszcze w 1999 roku odwiedził to miejsce, sporo też o nim wcześniej napisał, ale książka „Szykuj sanie latem” to, zapewne, jego opus magnum w tym temacie.

Śledzimy Zonę, siedzibę sekty Wissariona, obserwując nie tylko próbę stworzenia utopijnego bytu bez pieniędzy i grzechu, ale późniejszą katastrofę i dekonstrukcję sekty (dosłowną, bo policja i Federalna Służba Bezpieczeństwa w końcu zabrały samozwańczego mesjasza z tajgi). 

Morawiecki świetnie pisze nie tylko o samej sekcie, ale o tamtym czasie lat 90., gdy przemiany społeczno-polityczne w Rosji miały wpływ na kształtowanie się dzisiejszego porządku rzeczy.

Warto czytać książkę (ale też książki) Wrocławianina, bo jak niewiele osób w Polsce doskonale obserwuje Rosję, uczy się słuchać napotkanych tam ludzi i potrafi zrozumieć, fenomen władzy i wiernopoddańczych wyznawców. Rewelacja!

Bądź na bieżąco z Wrocławiem!

Kliknij „obserwuj”, aby wiedzieć, co dzieje się we Wrocławiu. Najciekawsze wiadomości z www.wroclaw.pl znajdziesz w Google News!

Reklama