Tadeusz Kościuszko – od miłosnego zawodu do wielkiej kariery
Jak na scenie pokazać losy narodowego bohatera, aby nie był postacią albo z papieru, albo, co gorsza, ze spiżu? Sięgając do jego charakteru i dobrze poznając historię, której stał się częścią. Tę lekcję Konrad Imiela, reżyserujący „Kościuszkę” na scenie Teatru Muzycznego Capitol, odrobił z wielką pieczołowitością.
Jego Kościuszko (w tej roli świetny Rafał Kozok) jest, szczęśliwie, człowiekiem z krwi i kości, namiętnym, odważnym w podejmowaniu wyzwań, niezłomnym i, bywa, nie zawsze idealnym.
Ma zresztą pecha, ponieważ kobiety jego życia (przede wszystkim Ludwika Sosnowska- w tej roli Ewa Szlempo-Kruszyńska, potem Tekla Żurowska-w tej roli Klaudia Waszak) nie mogą stać się małżonkami, na przeszkodzie stoją zatroskani o mezalians ojcowie. Szkoda wielka, bo miłość wydaje się jedną z sił napędowych życia Kościuszki.
Ale rozpacz i rozczarowanie bywa silną motywacją do działania, dlatego Kościuszko trafia do Stanów Zjednoczonych, gdzie robi karierę, wśród ojców założycieli młodego kraju – Thomasa Jeffersona, George'a Washingtona, Benjamina Franklina – budząc ich podziw.
Kościuszko, którego nazwisko bywa w Stanach przekręcane na wszystkie możliwe sposoby (Kożuszko, Kościalowski, Kosiansko) znacząco wprawia się z a oceanem w wojskowym rzemiośle (scena z piosenką kadetów z West Point to jeden z jaśniejszych punktów spektaklu), ale też w duchu abolicjonistycznym.
Napotkanego niewolnika Grippy'ego wykupuje z pęt i czyni swoim adiutantem (doskonała Emose Uhunmwangho).
Insurekcja kościuszkowska i za długi finał
W Ameryce nie jest idealnie, ale oddycha się wolnością, czego Kościuszko pragnie także dla uciemiężonych pańszczyzną i zaborami obywateli Rzeczypospolitej.
Tu rządzi król poddany kaprysom i decyzjom carycy Katarzyny (Albert Pyśk w świetnej kreacji Poniatowskiego), magnateria z kolei niechętnie chce zrezygnować z pańszczyzny. Nie wspominając o tym, że spiskowcy z Targowicy chętnie obalają planowane postanowienia Konstytucji 3 maja.
Rewolucja będzie wymagała wielkiej charyzmy przywódcy, liczebnej armii (a tu chęć może i wielka, ale uzbrojenie ubogie i siła nie ta), odważnych ludzi (tych akurat nie brak, jak chłop Wojtek Bartos – doskonały Bartosz Picher, czy szewc Jan Kiliński), dobrych decyzji.
Zryw narodowy, Insurekcja kościuszkowska 1794 roku jest w spektaklu opisany z detalami kolejnych potyczek i gorzkiego finału.
O ile jednak wszystkie wydarzenia, które do niej prowadzą (czyli cała I część musicalu) jest dynamiczna, oryginalna, o tyle w części II dopada realizatorów grzech historyków, którzy pragną opowiedzieć wszystko i nadać wydarzeniom odpowiednią rangę i puentę. I tego mi w „Kościuszce” szkoda, bo to spektakl zdecydowanie za długi, a w finale już przegadany.
Fenomenalna obsada „Kościuszki”
Obsadę ma, natomiast, oscarową. Ciężar tytułowej roli dźwiga Rafał Kozok, którego ogląda się z wielką frajdą od pierwszej do ostatniej sceny.
Podobnie jak Emose Uhunmwangho jako obdarzonego kąśliwym humorem adiutanta Grippy'ego, czy znakomitego Alberta Pyśka jako niezdecydowanego króla Poniatowskiego, wreszcie Ewę Szlempo-Kruszyńską (jako ukochaną Ludwikę) w doskonałej dyspozycji wokalnej.
Drugi plan także wypada wspaniale, a Justyna Woźniak jako Izabela Czartoryska porusza czułą strunę w opowieści o kobiecie z ambicjami, która nie miała szansy zrealizować ich w pełni.
A gościnnie występująca Wiktoria Glińska jako chłopka Aniela, która żąda walki w powstaniu, aby zwrócić uwagę na sytuację kobiet, jest mocnym akcentem spektaklu. Z kolei gościnnie obsadzony Marek Nędza daje bardzo stonowaną i ciekawą kreację jako Hugo Kołłątaj, jedna z najwybitniejszych postaci polskiego oświecenia.
Brawa dla chóru mieszanego pod kierownictwem Izabeli Polakowskiej-Rybskiej, który w sporej obsadzie jest tu głosem ludu (widocznym na ekranach).
Może tylko drobna (albo i nieco większa) uwaga o wyraźne dialogi i teksty piosenek. Wielu widzów musiało w trakcie przedstawienia posiłkować się wyświetlanym angielskim tekstem.
Triumf Konrada Imieli jako autora
Wyrazy uznania należą się realizatorom – muzycznie spektakl jest ciekawy, zróżnicowany gatunkowo, energetyczny (Grzegorz Rdzak odpowiada za kierownictwo muzyczne), brawa dla Justyny Elminowskiej za oszczędną, ale bardzo dobrze zorganizowaną i płynnie zmieniającą się scenografię.
Anna Chadaj stworzyła wiele świetnych kostiumów (królewski płaszcz Poniatowskiego i suknia księżnej Czartoryskiej rządzą), zaś Jacek Gębura przygotował bardzo umiejętnie choreografię.
Na sam koniec pozostawiłam Konrada Imielę, bo „Kościuszko” to jego triumf jako autora, zwłaszcza tekstów piosenek, ale też scenariusza, za sprawą którego musical jest żywą, skrzącą się dowcipem opowieścią o naprawdę imponującym człowieku.
I może też przykrą lekcją historii i napomnieniem, że powinniśmy, jako Polacy, iść po prostu zawsze razem. Tylko wtedy „Wolność, równość, miłość ponad wszystkie stany” będzie miało sens.