Jazzowa premiera w Teatrze Capitol z owacjami

Świetnie odrobiona lekcja z historii rozrywki

  • Marek Kocot jako konferansjer i Konrad Imiela jako Sammy Davis Jr/fot. Tomasz Walków

    Marek Kocot jako konferansjer i Konrad Imiela jako Sammy Davis Jr/fot. Tomasz Walków

  • Sisters w akcji/fot. Tomasz Walków

    Sisters w akcji/fot. Tomasz Walków

  • Sisters w akcji/fot. Tomasz Walków

    Sisters w akcji/fot. Tomasz Walków

  • Sisters w akcji/fot. Tomasz Walków

    Sisters w akcji/fot. Tomasz Walków

  • Sisters w akcji/fot. Tomasz Walków

    Sisters w akcji/fot. Tomasz Walków

  • Marek Kocot i Konrad Imiela/fot. Tomasz Walków

    Marek Kocot i Konrad Imiela/fot. Tomasz Walków

  • Błażej Wójcik, Maciej Maciejewski, Marek Kocot i Konrad Imiela/fot. Tomasz Walków

    Błażej Wójcik, Maciej Maciejewski, Marek Kocot i Konrad Imiela/fot. Tomasz Walków

  • Dean Martin (Maciej Maciejewski) lekko podchmielony/fot. Tomasz Walków

    Dean Martin (Maciej Maciejewski) lekko podchmielony/fot. Tomasz Walków

  • Błażej Wójcik, Maciej Maciejewski, Marek Kocot i Konrad Imiela/fot. Tomasz Walków

    Błażej Wójcik, Maciej Maciejewski, Marek Kocot i Konrad Imiela/fot. Tomasz Walków


Realizatorzy spektaklu „Rat Pack, czyli Sinatra z kolegami” ożywili na scenie Teatru Capitol kluczowe postaci rozrywki lat 60., przypominając absolutnie niepowtarzalne zjawisko – genialny tercet, który tworzyli Frank Sinatra, Dean Martin i Sammy Davis Jr. Ich występy elektryzowały amerykańską publiczność, a śpiewane wówczas piosenki wciąż należą do światowego kanonu, a publiczność je uwielbia. Także ci, którzy przyszli na sobotnią premierę w ramach 50. edycji festiwalu „Jazz nad Odrą”. „Rat Pack” to wyjątkowo udany prezent na złote gody.

Nienaganny dress code

Czarny (albo biały) smoking, koniecznie czarna muszka, nienagannie biała koszula, dyskretnie umieszczona w górnej kieszonce poszetka. Do tego nieodłaczny papieros w dłoni albo szklaneczka czegoś mocniejszego. Taki dress code obowiązywał na koncertach grupy, która przyjęła nieco bardziej plebejską, bo szczurzą nazwę „Rat Pack” (ale za to „pożyczoną” od formacji stworzonej przez samego Humphrey’a Bogarta). Elegancja w ubiorze szła w parze z profesjonalizmem wykonawczym i odrobiną pieprzu, bo Panowie pomiędzy kolejnymi piosenkami (zapowiadani przez konferansjera – w tej roli Marek Kocot) opowiadali na scenie gagi o niecenzuralnym podtekście, choć zawsze w cenzuralnej formie. Konrad Imiela (reżyser spektaklu i odtwórca roli Sammy’ego Davisa Jr) postanowił przywołać klimat i scenariusz tamtych show, wzorując się na koncercie z St. Louis z 20 czerwca 1965 roku. Do tego zamówił tłumaczenia piosenek (przygotował je Rafał Dziwisz), więc wszystkie przeboje, jak „Sway”, „Fly Me to the Moon”, czy „New York, New York” zyskują zupełnie nowy wymiar. Szalenie atrakcyjny, należy dodać. Nie zabrakło dowcipów od głównych trzech bohaterów, choć nie wszystkie bawią dziś polskiego widza tak, jak bawiły amerykańskiego blisko pół wieku temu. Niektóre są jednak warte grzechu.

Trzej Panowie, każdy w swoim stylu

W show biznesie muzycznym łączenie wokalistów śpiewających w różny sposób jest praktyką powszechną, stąd też Rat Pack odnieśli taki sukces. W przeciwieństwie jednak do wielu innych formacji zawiązali triumwirat, bo naprawdę byli zaprzyjaźnieni. W Teatrze Capitol udało się tę atmosferę odtworzyć, podobnie jak dobrać obsadę, która sprosta oczekiwaniom. Charakteryzacja i kostiumy Anny Chadaj sprawiły cuda, bo Maciej Maciejewski stał się wykapanym Deanem Martinem, a Konrad Imiela Sammym Davisem Jr, a Błażej Wójcik  Frankiem Sinatrą. Pod względem predyspozycji wokalnych cuda zdziałał zwłaszcza Maciejewski, który fantastycznie „podrobił” smoothowy sposób śpiewania Martina, ale i Konrad Imiela nieźle naśladował utalentowanego parodystę Sammy’ego Davisa Jr (oklaski za przywołanie głosu i chrypki Louisa Armstronga – bezcenne). Jedynie Błażejowi Wójcikowi nie do końca udał się aktorsko Frank Sinatra, ale też to rola bodaj najtrudniejsza, bo legendarny wokalista wchodząc na scenę emanował niemal nadludzką charyzmą i swobodą. Tego czasem powtórzyć się nie da, choć bardzo dobrze wypadła najbardziej osobista z piosenek Sinatry – „My Way”, którą niegdyś dosłownie podkradł Paulowi Ance.

Kobiety swingujące, naprawdę wielki Big Band

„Rat Pack, czyli Sinatra z kolegami” to nie tylko męski spektakl. Są także ladies, czyli grupa Sisters (trzy Panie w osobach Marty Dzwonkowskiej, Alicji Kalinowskiej i Magdaleny Wojnarowskiej), która nie tylko „robi chórki”, ale wybija się na pierwszy plan w „In the Mood” i świetnie tańczy (choreografia Jacka Gębury). Pojawia się też sama… Violetta Villas (znakomita Alicja Kalinowska), ale to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy i posłuchać.

Big Band Zbigniewa Czwojdy (także głównego aranżera piosenek) gra przez cały spektakl, muzycy dają z siebie wszystko, klimat jest fantastyczny, a atmosfera jakbyśmy się przenieśli wehikułem czasu w lata 60. Nawet pulpity muzyków wystylizowano tak, jak w koncertach oryginalnego Rat Pack, a owacja publiczności odpowiada w skali 1:1 tamtej sprzed lat.

Bardzo ciekawym i, co istotne, super profesjonalnie zrealizowanym, pomysłem okazały się projekcje multimedialne Przemka Chojnackiego, pokazujące tercet poza sceną, w garderobie, na korytarzu (świetnie wystylizowane wnętrza Capitolu „zagrały” idealnie). Dzięki temu piosenki zyskują back up i ciekawą oprawę.  A publiczność w ciągu niecałych dwóch godzin trwania spektaklu bawi się tak, jakby czas zatrzymał się w miejscu.

Magdalena Talik

  

Zgłoś uwagę