Tomasz Sobański, rodowity Oławianin, a Wrocławianin z wyboru, zaczął pracować jako samodzielny licencjonowany kontroler ruchu lotniczego 11 lat temu, a – jak mówi – „w fabryce”, czyli na wrocławskim lotnisku, dwa lata wcześniej. Od niedawna jest także instruktorem: szkoli w Warszawie kolejnych kontrolerów.
Jedno ogłoszenie i 2,5 tys. chętnych
Jak się trafia do tego zawodu? – Różnie, ale akurat ja znalazłem tę pracę dzięki ogłoszeniu w jednym z serwisów rekrutacyjnych, na które odpowiedziałem, gdy po powrocie z Anglii szukałem dla siebie nowej drogi – mówi.
Tylko z pozoru sprawa była prosta: zaczął się starać o pracę wraz z 2,5 tys. chętnych, spośród których kurs rozpoczęło 25 osób, a ukończyło 12.
Po drodze był wieloetapowy proces rekrutacji z testami badającymi predyspozycje (m.in. spostrzegawczość, logiczne myślenie, widzenie przestrzenne, szybkość podejmowania decyzji, angielski itd.), badania medyczne, bardzo intensywne szkolenie organizowane przez Polską Agencję Żeglugi Powietrznej w Warszawie (najpierw teoretyczne, potem praktyczne na symulatorze, następnie na stanowisku operacyjnym pod nadzorem instruktora), w końcu egzamin.
– Jedno z zadań rekrutacyjnych wyglądało tak: kierowałem kilkoma wirtualnymi samolotami tak, by uniknąć kolizji i przeprowadzić je przez bramki, biorąc poprawkę na bezwładność systemu i słuchając sekwencji liter i cyfr. Litery trzeba było odsiać, a cyfry wyłapać, sumować i wpisywać te sumy w okienko. I tak przez jakieś pół godziny – wspomina. I dodaje, że tzw. podzielność uwagi to mit.
– Tu chodzi raczej o umiejętność błyskawicznego przeniesienia uwagi z zadania na zadanie z jednoczesnym zachowaniem orientacji co do całości sytuacji – wyjaśnia.
Uważa, że praca kontrolera ruchu lotniczego, choć nietypowa i niełatwa, jest bardzo satysfakcjonująca. I to z wielu powodów.
Podoba mi się m.in. to, że nie stawia się tu na śrubowanie wyników i zysk, ale na bezpieczeństwo. To ono jest na pierwszym miejscu, a to wpływa na wszystko inne, w tym na atmosferę i kulturę pracy.Tomasz Sobański, kontroler ruchu lotniczego na wrocławskim lotnisku
– Świetne jest także to, że przychodzisz na dyżur, odpowiadasz za to, co robisz, a potem przekazujesz stanowisko kolejnej osobie – dodaje. – Nie zabierasz roboty do domu i nie siedzisz po godzinach, nie zostawiasz komuś do dokończenia rozgrzebanego projektu, nie poprawiasz po innych tego, czego nie dokończyli.
3 zmiany, 2 przerwy
Wrocławscy kontrolerzy ruchu lotniczego pracują na trzy zmiany: poranną, popołudniową i nocną. Na każdym dyżurze są tu trzy osoby. Wszystkie trzy są kontrolerami ruchu lotniczego, ale w konkretnym momencie ruchem kieruje tylko jedna, druga jest jej asystentem, a trzecia ma przerwę. Po godzinie zmiana: dotychczasowy kontroler idzie odpocząć, asystent zostaje kontrolerem, a osoba, która wraca z przerwy, asystuje.
To oznacza, że każdy kontroler ma podczas dyżuru dwie godzinne przerwy, podczas których może nie tylko coś zjeść, ale także pójść na siłownię albo odpocząć w sposób, jaki lubi, byle tylko był pod telefonem. Te przerwy są obowiązkowe i konieczne, żeby „zresetować mózg” i podczas reszty dyżuru utrzymać pełne skupienie i móc błyskawicznie reagować na to, co się dzieje.
Starty i lądowania nawet co 2 minuty
A co może się dziać? To zależy od dnia (a nawet jego pory), od pogody i od wielu innych czynników. Czasem starty i lądowania są co 10-15 minut, a czasem, w tzw. piku, nawet co 2 minuty. Ale chodzi nie tylko o intensywność ruchu.
– Jednego dnia masz 21 przylotów i 8 startów w ciągu godziny, ale wszystko układa się gładko jak w zamku błyskawicznym: ząbek za ząbkiem. Ale bywa i tak, że trzy samoloty potrafią kompletnie wyczerpać, bo coś się komplikuje, np. jest mgła albo inny problem – mówi Sobański. – Tak czy inaczej dużo dzieje się naraz: jedne samoloty szykują się do odlotu, inne do lądowania, jeszcze inne krążą w powietrzu. Trzeba kierować ruchem samolotów i pojazdów na płycie lotniska, wydawać pilotom zgody na start i lądowanie, informować, z którego pasa mają korzystać, pilnować ruchu w powietrzu, reagować na wszelkie nagłe zdarzenia, a równocześnie obserwować pogodę, koordynować współpracę z innymi sektorami lotniska, z dyżurnymi portu lotniczego i z „marszałkami” na płytach, komunikować się ze służbami, np. z meteorologami, wojskiem, policją i z Lotniczym Pogotowiem Ratunkowym. Współpracujemy też ściśle z naszymi technikami bez których ta karuzela nie mogłaby się kręcić. Tworzymy zespół, który traktuję jak drugą rodzinę,
Warto dodać, że poza samolotami pasażerskimi (liniowymi i czarterowymi), na wrocławskim lotnisku są też samoloty cargo, wojskowe oraz małe lotnictwo, samoloty VIP, helikoptery. I trzeba ogarniać wszystko naraz.
Krótko mówiąc, jest co robić i zdecydowanie trudno się nudzić. Mimo jasnych procedur każdy dzień jest inny, więc trzeba być kreatywnym. I tej pracy nie będzie mniej, bo lotnisko się rozbudowuje.
„To bardzo odpowiedzialna praca, ale nie siedzimy spoceni na krawędzi krzesła”
Gdy Tomasz Sobański mówi komuś, czym się zajmuje, zawsze słyszy „To bardzo odpowiedzialna praca”. To prawda.
Razem z innymi kontrolerami odpowiadam za życie pasażerów i załóg, ale to nie jest tak, że siedzimy tu spoceni na krawędzi krzesła, podejmując do dwie minuty decyzje dotyczące życia i śmierci - wyjaśnia. - Są procedury, systemy alarmowania o anomaliach, narzędzia, które nam pomagają. To cała machina skonstruowana tak, by było bezpiecznie. Więc tak: mam odpowiedzialną pracę, ale nie jestem z tą odpowiedzialnością pozostawiony samemu sobie i nie muszę wszystkiego obliczać w głowie na piechotę.Tomasz Sobański, kontroler ruchu lotniczego na wrocławskim lotnisku