Jazz nad Odrą 2026 we Wrocławiu:
- od 22 do 26 kwietnia,
- koncerty w Imparcie Centrum i w Firleju (program, bilety i karnety – tutaj),
- nocne sesje improwizowane (jam session) w Firleju (wstęp wolny),
- Konkurs na Indywidualność Jazzową im. Wojtka Siwka
Jak się pan miewa wiosną i przed świętami? Najpierw Wielkanoc, później pięciodniowe święto muzyki...
Kwiecień to święto jazzu we Wrocławiu. Przed nami niespełna tydzień wspaniałych koncertów.
Czyli to pana ulubiony miesiąc w roku?
Od lat odwiedzają nas wtedy fantastyczni goście prezentując jazz na najwyższym, światowym poziomie. Codziennie zobaczymy kogoś z nominacją lub Nagrodą Grammy. To nie jest wyznacznik, którym się kierujemy, tworząc festiwal, bo nie nagrody, lecz sama muzyka jest najważniejsza, lecz legitymizują artystów w polu sztuki. Dzięki temu łatwiej dotrzeć do tej części publiczności, która nie śledzi bacznie tego, co się dzieje.
Nie da się ukryć, że Nagrody Grammy są powszechnie znane i doceniane przez publiczność. Dla jej części są swojego rodzaju potwierdzeniem jakości.
Tym bardziej nam miło, kiedy po raz kolejny zaproszeni goście dostali znaczące nominacje lub nagrody już po potwierdzeniu przyjazdu.
Kto na przykład?
Michael Mayo, który w tym roku odebrał nominacje w dwóch kategoriach: najlepszego albumu wokalnego za płytę „Fly”, z której materiał usłyszymy w piątek 24 kwietnia, oraz w kategorii najlepsze wykonanie jazzowe – za utwór „Four”.
Kto oprócz niego?
Saksofonista Bob Mintzer, który Grammy dostał zarówno jako laureat indywidualny i dwukrotnie z zespołem Yellowjackets. Zobaczymy go pierwszego dnia, czyli w środę 22 kwietnia, w Imparcie Centrum z orkiestrą Bartosza Pernala, a także dzień później w kwartecie Petera Erskina. Pozostali członkowie tego kwartetu również byli nominowani do tej nagrody. Z kolei na zakończenie, w niedzielę 26 kwietnia, usłyszymy Terenca Blancharda, który ma na koncie kilka Nagród Grammy i kilkanaście nominacji.
Kolejny z nominowanych to Ravi Coltrane. Nie wspominając już o pianiście Gonzalo Rubalcabie. On dostał Grammy cztery razy, a poza tym kilkanaście razy był nominowany. To fenomenalny pianista, łączący kubański temperament z klasycznym wykształceniem i niezwykłymi jazzowymi kompetencjami. Inny znakomity pianista to Pablo Held, który kultywuje i rozwija najlepsze tradycje europejskiej pianistyki jazzowej.
Nie jestem znawcą jazzu ani ekspertem od programów. Jako słuchacz, który czerpie z muzyki na żywo wielką przyjemność, uważam, że od lat każdy koncert Jazzu nad Odrą jest warty obecności. Namawiając znajomych, którzy jeszcze nie byli, mówię, że jeżeli są bilety, to kupuj, nieważne na kogo, bo i tak będzie świetnie.
Miło to słyszeć, bo miarą klasy festiwalu jest także zaufanie publiczności przychodzącej na koncerty artystów, o których być może jeszcze nie słyszała. W tym roku takie niespodzianki to wspomniany Michael Mayo i grający tego samego wieczoru niezwykły saksofonista altowy, Patrick Bartley. A jeśli ktoś chce usłyszeć, co dzisiaj brzmi w Nowym Jorku, to zapraszamy na koncert tenorzysty Lawrenca Clarka.
W przeszłości bywały takie wieczory, które zdecydowały przerosły oczekiwania niewygórowane renomą artysty.
Przykładem może być występ sprzed czterech lat nieznanego wówczas w Polsce Immanuela Wilkinsa. Rewelacja. To był jeden z tych koncertów, które wspomina się latami. Ale niezapomnianych wrażeń jest mnóstwo. Wystarczy wspomnieć choćby występy gwiazd fortepianu, które słyszeliśmy w ostatnich latach: Makoto Ozone, wcześniej Brada Meldhau’a, a jeszcze wcześniej Kennego Barrona. To były magiczne wieczory. W tym roku już możemy nastawić się na emocje, jakich dostarczy nam Gonzalo Rubalcaba. To mistrz!
Kenny Barron… starszy pan… gdy wolnym krokiem wchodził na scenę, zastanawiałem się z przymrużeniem oka, czy da radę. Jak tylko usiadł do fortepianu, zaczarował całą salę… Wróćmy jednak do tu i teraz. Ja bardzo cieszę się na występ kwartetu ze Skandynawii.
Pokazujemy to, co najciekawsze w różnych stylistykach w obrębie gatunku. W czwartek usłyszymy dwa kwartety grające różne odmiany jazzu: europejski – pod wodzą znanego we Wrocławiu kontrabasisty Larsa Danielssona, i amerykański – dowodzony przez perkusistę Petera Erskina.
Dla Amerykanina to powrót do Wrocławia na Jazz nad Odrą.
Tak, kilka lat temu grał na festiwalu, a poza tym zasiadał w jury naszego konkursu. Od lat staramy się, aby adeptów jazzu oceniali uznani muzycy. W tym roku będą to Greg Osby, Darek Oleszkiewicz i Kuba Stankiewicz.
|
Finaliści Konkursu na Indywidualność Jazzową im. Wojtka Siwka:
|
Finałowe przesłuchania – w środę 22 kwietnia w klubie Firlej od godziny 10:00. Laureat Grand Prix wystąpi o godzinie 19:00 na scenie Impart Centrum, jednocześnie rozpoczynając cykl wieczornych koncertów 62. edycji Jazzu nad Odrą.
Chętnie przyjmują zaproszenia do Wrocławia?
Tak, bo granie to ich życie. Ale ponieważ to niezwykle rozchwytywani muzycy, zdarza się, że o przyjazd musimy starać się przez kilka lat. Miejsce ma pewnie drugorzędne znaczenie. Z ich perspektywy występy to przecież tylko fragment muzycznej działalności. To ludzie obdarzeni niezwykłym talentem, którzy poświęcają lata na codzienne, wielogodzinne ćwiczenia. Spotkanie z publicznością jest dla nich zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Sam koncert jest niezwykle istotnym momentem, w którym mogą zaprezentować, w jakim punkcie poszukiwań się znajdują. Wtedy przez chwilę uczestniczymy w trwającym latami procesie twórczym. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza jeśli akurat tego dnia przyszliśmy z innym nastawieniem i oczekiwaniami.
Zakładam, że im troskliwiej zaopiekujecie się muzykami, tym swobodniej i mocniej czują się na scenie, i tym lepiej dla publiczności.
Zadaniem organizatorów jest stworzenie artystom takich warunków, aby ich twórczość mogła się na koncercie objawić z pełną mocą; należy więc otoczyć ich opieką od momentu, kiedy wysiadają z samolotu, aż do chwili, kiedy schodzą ze sceny.
To bardzo miłe, kiedy dowiadujemy się, że się udało. To efekt pracy całego zespołu fachowców przygotowujących festiwal: producentów, akustyków, oświetleniowców, tych, którzy opiekują się muzykami w czasie ich pobytu we Wrocławiu…
Od organizatorów festiwali elektronicznych słyszę, że gwiazdy bywają bardzo kapryśne. Kręcą nosami na to, kto po kim gra, w którym dniu i o której godzinie. Jazzmanom też się zdarza?
Bardzo rzadko. W świecie jazzu obowiązuje inny porządek. Jazzmani to ludzie skoncentrowani na muzyce. Dla tych największych muzyka jest celem, a nie narzędziem budowania pozycji, popularności i zasięgów. Jeśli pojawiają się jakieś wymagania, to zazwyczaj dotyczą elementów umożliwiających jak najwyższą jakość występu.
Mają wyszukane wytyczne jak gwiazdy rocka? Typu sok z granatu do łóżka w hotelu codziennie o świcie albo inne wybuchowe mieszanki…
Bywa, że są nieustępliwi i mają duże wymagania związane z akustyką, nagłośnieniem i instrumentami. To zrozumiałe. Jeżeli ktoś tysiące godzin wypracowuje swoje niepowtarzalne brzmienie, to nie po to, aby jego starania zostały zniwelowane na przykład przez nieodpowiedni mikrofon.
Dajecie taki sprzęt od ręki?
Część jest na miejscu, czasami część trzeba wypożyczyć, na przykład przywieźć wskazany model fortepianu konkretnej marki lub inny instrument.
Ile trwa organizacja całości? Przypuszczam, że dla was Jazz nad Odrą trwa cały rok.
Program planujemy z dużym wyprzedzeniem. Zdarza się, że z niektórymi artystami rozmawiamy latami. Termin festiwalu jest od lat niezmienny, a wielcy muzycy są szalenie zajęci i bywa, że trudno dograć terminy. Pomysł występu Terenca Blancharda z Ravim Coltranem pojawił się ponad trzy lata temu. Wiedzieliśmy, że zbliża się setna rocznica urodzin Milesa Davisa i Johna Coltrana, i że cały świat będzie ją obchodził. Chcieliśmy uczcić ich pamięć w jak najwspanialszy sposób. Udało się dzięki temu, że rozmowy zaczęliśmy odpowiednio wcześnie.
Skala organizacyjna musi być niepojęta.
Na szczęście zespół przygotowujący Jazz nad Odrą ma wieloletnie doświadczenie. Niektórzy robią go od ponad dwudziestu lat.
Dla wielu Wrocławian Jazz nad Odrą to część tożsamości miasta. Czym festiwal jest dla Wrocławia?
Jest jednym z najstarszych festiwali jazzowych w Europie i ważną częścią wizerunku miasta. Jak wykazały ubiegłoroczne ogólnopolskie badania, jest najbardziej rozpoznawalnym wrocławskim wydarzeniem artystycznym, o którym słyszało niemal trzydzieści procent Polaków.
Jaka jest koncepcja na tę edycję? Zawsze mówi się o chęci przedstawienia różnorodności, o tworzeniu jazzowego kalejdoskopu w programie.
Kilka lat temu zdefiniowaliśmy cel, którym jest prezentowanie tego, co najciekawsze w nowoczesnym jazzie, w jego różnych generacjach i stylistykach w obrębie gatunku. To żywa sztuka, rozwijająca się w różnych kierunkach. Ale ciągle można usłyszeć w niej to, co od ponad stu lat stanowi o tożsamości jazzu – swing, blues i improwizację.
W tym roku jest też miejsce na Firlej, który od Vertigo przejmuje rolę sceny oraz klubu festiwalowego z sesjami improwizowanymi. Skąd ta zmiana?
Firlej jest odmieniony po remoncie. Ma rozbudowaną scenę i wydaje się, że będzie znakomitym miejscem zarówno na późnowieczorne koncerty, jak i na nocne jam session. Najważniejsza jest muzyka, a to miejsce ma świetną akustykę i klimat. Łączy zalety kameralnej sali koncertowej z atmosferą klubową i pozwala cieszyć się zarówno jakością dźwięku, jak i bliskością z muzykami.
Powiedzmy jeszcze o jedynej kobiecie. Perkusistka Dorota Piotrowska zagra w Firleju w sobotę z międzynarodowym towarzystwem.
Zapowiada się znakomity koncert. To świetny, międzynarodowy skład, w którym usłyszymy między innymi wspaniałego saksofonistę Grega Osby’ego.
Pozostając przy Polakach: nie ma Jazzu nad Odrą bez Darka Oleszkiewicza i Michała Barańskiego.
Co roku pokazujemy to, co wydaje nam się najciekawsze. Michał Barański trzy lata temu przyjechał, prezentując materiał ze swojej świeżo nagranej płyty inspirowanej muzyką Indii. Kilka dni przed występem na festiwalu został nominowany do Nagrody Fryderyk. W tym roku zaprosiliśmy go z nowym programem, a sytuacja z nominacjami się powtórzyła.
Darek Oleszkiewicz jest natomiast związany z JnO od lat. Wydaje się, że uczestniczył w każdej edycji. Publiczność go uwielbia.
Darek to wrocławianin, który od dekad mieszka w Los Angeles i jest jednym z czołowych basistów na Zachodnim Wybrzeżu. Regularnie współpracuje z gwiazdami i legendami jazzu, z którymi nagrał dziesiątki płyt. Jest przyjacielem festiwalu i nazywamy go naszym ambasadorem w USA. Oprócz tego że koncertuje, uczy w California Institute of the Arts. Chyba żaden Polak nie uczestniczy tak aktywnie od lat w amerykańskim świecie jazzu. Jest kopalnią wiedzy o tym, co nowego i ciekawego za oceanem. Jesteśmy wdzięczni, że tak chętnie dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem, i że przyjmuje nasze zaproszenia regularnie, przywożąc ze sobą wybitnych artystów.
Czyli teraz w radosnym oczekiwaniu do 22 kwietnia.
No tak, wszystko jest potwierdzone, wszystko zaplanowane. Będziemy gościć plejadę muzyków, o których zabiega każdy liczący się festiwal na świecie.
Żeby zaszczepić w sobie jazz, żeby go pokochać… najlepiej przyjść na koncerty i poczuć tę atmosferę, radość, entuzjazm, skupienie i zaangażowanie. W jazzie najważniejsze jest tu i teraz. To niepowtarzalne momenty, bo nawet ci sami wirtuozi, w tym samym składzie, już nigdy nie zagrają tak samo. To jak wielka muzyczna podróż. Nigdy nie wiadomo, w którą stronę się rozwinie. To jest to, co odróżnia jazz od innych gatunków muzyki. Jak zagrają? Co się wydarzy? Ta niepowtarzalność jest w jazzie najbardziej ekscytująca.
Byłoby wspaniale, gdyby każdy mógł tego doświadczyć i odkryć to piękno dla siebie. Już nie możemy się doczekać, aby to wspólnie z państwem przeżyć.