„Dracula” na scenie na Świebodzkim
Historię Draculi, wampira z zamku w Transylwanii, który podróżuje do Anglii, znamy wszyscy, bo to jeden z ukochanych motywów popkultury, a modę na wampiry zapoczątkował irlandzki pisarz Bram Stoker. Wprawdzie w Rumunii nigdy nie był, ale miał bujną wyobraźnię i zmysł do tworzenia gotyckich historii pełnych grozy.
Na epistolarnej powieści (czyli składającej się z listów, fragmentów pamiętników etc.) Stokera oparła swój spektakl „Dracula” Weronika Zajkowska (studentka V roku dramaturgii na Wydziale Reżyserii i Dramaturgii AST w Krakowie) oddając spory szacunek tekstowi - jest też autorką scenariusza.
W dwuczęściowym przedstawieniu oglądamy wybrane wydarzenia z książki – m.in. przybycie młodego Jonathana Harkera (Maciej Gisman) do zamku Draculi (Krzysztof Franieczek), gdzie prostoduszny Anglik został uwięziony i pilnowany przez gospodarza i wampirzyce.
Mamy też szansę śledzić przybycie trumny z ciałem Draculi do Anglii, czy wreszcie nierówną walkę kilkorga sprzymierzeńców (m.in. prof. Van Helsinga – w tej roli Marcin Piejaś, psychiatry Johna Sewarda – Błażej Michalski czy narzeczonej Harkera, Miny – Iwona Kucharzak-Dziuda) z podstępnym wampirem.
Wampir z Transylwanii atakuje w ciemnościach
Wnioskując z tego opisu moglibyśmy pomyśleć, że obejrzymy klasyczny spektakl na scenie na Świebodzkim.
Tymczasem reżyserka postanowiła zrobić przedstawienie, które uruchomi nasze zmysły, a przy tym będzie też idealną propozycją dla osób niewidzących i niedowidzących, które z taką samą intensywnością mają szansę odebrać historię Brama Stokera.
Pomysł był genialny w swej prostocie – zrealizować cały spektakl praktycznie w ciemności, z niewielką ingerencją światła, przy widowni ustawionej tak, aby akcja toczyła się nie tylko w środku, u zbiegu wszystkich rzędów, ale też poza zasięgiem wzroku (choć nie słuchu).
A wtedy każdy szelest, stuknięcie, szuranie, szept, wycie, krzyk, śmiech, zwłaszcza jeśli słyszymy je gdzieś obok, ale nie znamy źródła dźwięku, wzbudzą niepokój. A jeśli dodamy do tego jeszcze wrażenia zapachowe (takie też zaplanowano) zanurzamy się bardziej w mrocznej historii hrabiego Draculi, który wzbudza lęk i odrazę w bohaterach.
Na potrzeby spektaklu stworzono nawet specjalne zapachy, które można poczuć w toku akcji. I zadbano, aby 45 minut wcześniej odbyło się oprowadzanie po foyer i widowni, ważne zwłaszcza dla tych widzów, którzy gorzej znoszą intensywne bodźce, by mogli się oswoić z nietypową przestrzenią.
„Dracula” w Teatrze Polskim – plusy i minusy
„Dracula” w reż. Weroniki Zajkowskiej ma świetne momenty, zwłaszcza te, kiedy widz nie wie, co zdarzy się za chwilę i z której strony nadejdzie zagrożenie, a zostaje wytrącony ze strefy komfortu (delikatne muśnięcie paznokci wampirzycy potrafi przestraszyć), albo jego zmysły muszą się w ciemnościach bardziej wyostrzyć.
Brawa za reżyserię świateł (Paweł Olszewski), graną na żywo muzykę (Emil Smardzewski, Igor Kowalik), bardzo dobre wykorzystanie świetnych aktorskich wokali w sekwencjach z pieśniami (Michał Jan Meller), misternie zaprojektowane i wykonane kostiumy Aleksandry Meller i wreszcie grę całego zespołu aktorskiego, który w specyficznych warunkach pracuje z wielkim zaangażowaniem.
Są jednak i drobne minusy scenicznej opowieści o hrabim z Transylwanii. Sam wampir, niestety, nie wydaje się nam zbyt przerażający. Brak demoniczności jest ważny, bo przecież spora część klimatu „Draculi” polega właśnie na tym podskórnym lęku.
Wydaje się też, że przerwa w trwającym 105 minut spektaklu powoduje, że spada napięcie i w drugiej, zdecydowanie mniej mrocznej części spektaklu, trudno na nowo je zbudować. Może lepszym rozwiązaniem byłoby po prostu grać 80 albo 90-minutowy spektakl jako jedną całość, wtedy do końca można byłoby utrzymać atmosferę niepokoju.
Niemniej, z wielką frajdą ogląda się „Draculę” siedząc w ciemnościach. Bo w ciemnościach kryje się i wielkie zło, które nawet szczeliną potrafi wejść do naszego życia i nadzieja na to, że ciemność nie może trwać wiecznie, bo po niej przychodzi światło, które rozprasza mrok.