Spis treści (kliknij, aby przejść)
Dawno temu obejrzałem na Discovery dokument opowiadający o związkach Japończyków z lalkami. Zabierali je na koncerty, wozili samochodami na wycieczki, wózkami po mieście, usadzali naprzeciwko siebie przy domowym stole do kolacji. Temat seksu nie był poruszony, lecz erotyczne napięcie na linii człowiek-przedmiot było wyczuwalne wyraźnie.
Przypomniawszy sobie sceny z owego dokumentu, zdecydowałem się pójść do Teatru Współczesnego na „Deus sex machinę” na podstawie reportażu Ewy Stusińskiej i w reżyserii duetu Agnieszka Jakimiak, Mateusz Atman, mimo że nie zachęcał mnie ani tytuł, ani plakaty. Przesądziła ciekawość, jak twórcy przedstawiają temat bardzo modny i omawiany od jakiegoś czasu wszędzie i przez wszystkich.
Część pierwsza
Pierwsza część to prywatna rozmowa mężczyzny z lalką, którą Krzysztof stara się wypełnić pustkę po rozstaniu z żoną i po odejściu młodszej kochanki. Ich dialog kojarzy się z powszechnym teraz zjawiskiem wymiany zdań ludzi ze sztuczną inteligencją na czatach (motyw powtarza się w części drugiej). Krzysztof dzieli się z Agatą dylematami, wątpliwościami, zadaje jej pytania.
Ona odpowiada radami, wskazówkami, zachęca go do zwierzeń. Nakłania do intymności. Początkowo on się opiera, lecz w końcu ulega. Para rozmawia w jednolitym pokoju jakby przeniesionym z niewyszukanego domu rozkoszy. Gdy umartwiony samotnością Krzysztof pęka, jest seks za pierzastym meblem. Widzowie słyszą tylko pretensjonalne odgłosy. Wysoko nad kochankami, na trzecim planie oszczędnej scenografii, migają wizualizacje z ludzkimi formami, czytelnie korespondujące z syntetyczną lalką, ale wcale nieładne i nazbyt kiczowate. Późniejsze były lepsze.
Niestety, nie ma na co popatrzeć w pierwszej części tego przedstawienia, która równie dobrze mogłaby być podana w formie słuchowiska. Dynamika ruchów i mowy aktora Tomasza Taranty jest powolna, umiejętnie zsynchronizowana, jakby każdy jego gest i każde słowo miały olbrzymie znaczenie. Z plastikową lalką obchodzi się jak z porcelanową. Delikatnie jak kiedyś dotykał kobiety.
Część druga
Dialogi niczego nowego i odkrywczego do tematu nie wnoszą, zaś na scenie niewiele się dzieje, co zapewne jest zamierzone, aby podkreślić lub nawet wyolbrzymić całą sytuację. Bądź co bądź ani to przejmujące, ani dramatyczne, ani refleksyjne czy przenikliwe. Ktoś był na scenie i coś mówił. Pusty przelot, jak określają komentatorzy piłki nożnej. Mężczyzna siedzący obok mnie, w towarzystwie kobiety, zasnął po kilkunastu minutach. Po przerwie ich już nie widziałem.
„Druga część jest… po prostu jest” – usłyszałem w przerwie. Rzeczywiście, pierwszej jakby nie było. Po powrocie więcej dzieje się przede wszystkim aktorsko. Kobiety odgrywają istny teatr lalek i wypadają w nim bardzo przekonująco. Ruchy są wytrenowane, odpowiednio mechaniczne, stroje zunifikowane, jednorodne. Jakby nie na scenie, a na półce w sklepie z zabawkami stały. To co dobre szybko się jednak kończy.
Gdy jedna z nich wypina się w stronę publiczności, a reszta zaczyna imitować maszynowe ruchy kopulacyjne, robi się po prostu niesmacznie i banalnie. Zastanawiam się, czy seksu, nawet gdy chodzi o wersję uprzedmiotowioną, nie można pokazać inaczej? Brakuje chęci, czy pomysłu? A może to kwestia czegoś innego. Po to chyba przychodzimy do teatru, aby odciąć się od wszędobylskiego prymitywizmu, tandety, bezguścia i prostactwa. Oczywiście te cechy niekiedy sprawdzają się jako figury stylistyczne, ale nie tym razem. Pożałowałem nawet aktorek, że muszą brać w tym udział. W sztuce wypięty tyłek będzie najczęściej po prostu wypiętym tyłkiem i trzeba przemyśleć, po co nim epatować.
W dalszej scenie aktorki przeniosły mnie do pierwszego z „Czterech Pokoi”, z tym że nie wiem, czy to tylko moje skojarzenie, czy świadomy dialog z Quentinem Tarantino i Alisonem Andersem. W „Pokoju” kilka czarownic usiłuje przywołać z zaświatów swoją boginię, w „Deus sex machinie” sześć kobiet zajmuje miejsca przy centralnie usadzonej sekslalce niczym damy dworu przy królowej. To nawet trochę zabawne. Zbyt wiele ciekawego do powiedzenia jednak szczebiocące damy nie mają. Chwilami jest niepokojąco głupkowato, aż nachodzą widza wątpliwości, czy to jakaś prowokacja.
Tak jak warstwa tekstowa tak i całe przedstawienie zbyt wiele w sobie nie ma. W gruncie rzeczy jest puste w środku niczym jego pierwszoplanowa bohaterka – lalka. Przypuszczalnie miało być plastikowo, lecz wyszło zbyt plastikowo. Bez zapachu, bez koloru, bez smaku. Finałowa scena, z dobraną muzyką, obiecuje nienajgorsze zakończenie, ale okazuje się nie ostatnią, a przedostatnią. Za nią idzie jeszcze jedna, dla mnie zupełnie niepotrzebna. „Przynajmniej na pierwszą część był jakiś pomysł” – skomentował znajomy, zapytany o wrażenia.
Zakończenie z AI
W teatrze pomyślałem o problemie uprzedmiatawiania kobiet, o krzywdzących, niechcianych odsłonach seksu. Pomyślałem także o tym, że zaskakująco mocno przywiązujemy się emocjonalnie do różnych przedmiotów, niekoniecznie do lalek, nadając im cechy ludzkie, przechowując je długo, korzystając z nich aż się całkowicie rozpadną, otaczając je swojego rodzaju czcią.
Przypomniała mi się również oglądana niedawno tenisistka Anastasija Potapowa, której usta są raczej sztuczne. Mój siedzący wtedy obok przyjaciel zauważył, że kobiety decydujące się na zmianę urody wyglądają jakby przekształcały się w tym samym gabinecie. Upodobniają się do siebie, tracąc cechy unikatowe, odróżniające je od innych. Jak lalki wychodzące z tej samej fabryki.
Nie są to jednak myśli nowe, które nachodzą umysł pod wpływem sztuki.
Nie polecam tego spektaklu, uznając go za falstart WTW w sezonie 2026/2027 i mając nadzieję, że kolejne nowości będą w jakikolwiek sposób bardziej atrakcyjne i wartościowe.
A jako że „Deus sex machina” porusza kwestię sztucznej inteligencji, zostawiam ciekawostkę z wyszukiwarki w trybie AI:
„Sam globalny rynek lalek erotycznych w 2026 roku jest wyceniany na około 7,2 do 7,8 miliarda dolarów amerykańskich. Przemysł ten dynamicznie rośnie i według prognoz analityków z Grand View Research do 2033 roku ma osiągnąć wartość aż 13,4 miliarda dolarów, rozwijając się w tempie około 9,4% rocznie. Większość sekslalek produkowana jest w chińskich fabrykach. W produktach premium najczęściej pojawiają się zaawansowane modele z elementami sztucznej inteligencji (AI), podgrzewaniem ciała czy funkcją mowy.”