Najważniejsze informacje (kliknij, aby przejść)
Artystka osobna, obserwująca naturę
Trudne do wymówienia, niespotykane nazwisko rodowe Aleksandry Czudżak brzmiało niegdyś przypuszczalnie „Czudży”, co oznaczało „cudzy”, „osobny”.
Część familii pochodzi ze Lwowa (gdzie przed wojną prowadziła piekarnię „Merkury”), a dziś, kiedy Wrocławianka słyszy o ludziach noszących nazwisko Czudżak, wie, że są jej bliższymi albo dalszymi krewnymi.
Nazwisko, tak ważne dla każdego artysty jest w przypadku Aleksandry Czudżak charakterystyczne, ale też trudne do wymówienia, głównie dla obcokrajowców.
– W karierze międzynarodowej nieco utrudnia sprawę, ale w artystycznym kręgu ludzie są wytrwali. Po prostu zawsze mam pytania, jak wymawiać „Czudżak” – śmieje się wrocławska ilustratorka.
W jej artystycznej działalności prawdopodobne pierwotne znaczenie nazwiska, czyli słowo „osobny” wydaje się zaskakującym leitmotivem. Już od dzieciństwa, które spędziła nie na wsi, ale na koziej farmie pod lasem, „pośrodku niczego”, jak dodaje.
Pierwsze próby rysowania zwierząt, natury też były dla małej Aleksandry Czudżak formą spędzania wolnego czasu, kiedy rodzina była zajęta pracą.
– Dziś wiem, że sztuka obserwacji tego, co mamy wokół siebie, jest podstawową umiejętnością, jaką powinien posiadać artysta – podkreśla Wrocławianka, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta.
Mroczne baśnie i nieskrępowana ludowa sztuka
Swoją pierwszą książkę „Podwodny i podrybny świat” o dziwnych gatunkach ryb narysowała jako kilkulatka, z małą pomocą mamy, która spisywała wymyślone przez nią historie.
– Wtedy fascynowały mnie przyrodnicze, edukacyjne filmy Davida Attenborough. Ale zwierzęta zawsze mnie otaczały i były dla mnie zarówno inspirujące, jak i piękne – opowiada artystka.
Wychowywała się w czasach, gdy w telewizji i księgarniach królowały bajki Disneya i charakterystyczna dla amerykańskiej firmy rysunkowa stylistyka, ale fascynowały ją zupełnie inne klimaty.
– Wyrosłam wokół starych ilustrowanych książek, które wielu mogło uważać za zbyt straszne dla dziecka. Ukształtowały mnie mroczne baśnie pełne surrealistycznych motywów. Do dzisiaj kocham węże. Śnią mi się, ciągle do nich wracam – tłumaczy Aleksandra Czudżak.
Kocha też sztukę ludową, bo jest naturalna, pozbawiona sztucznej akademickości, podawana bez skrępowania. Pierwotna, często magiczna.
Po latach echa dziecięcych fascynacji baśniowością, folklorem i magicznymi opowieściami Wrocławianka przetworzy w genialne czarno-czerwone ilustracje w zjawiskowej książce „Góralskie czary. Leksykon magii Podtatrza i Beskidów Zachodnich” Katarzyny Ceklarz i Urszuli Janickiej-Krzywdy wydanej nakładem Tatrzańskiego Parku Narodowego.
Galeria zdjęć
Za te niezwykłej urody prace zostanie nagrodzona Srebrnym Mieczem w konkursie Klubu Twórców Reklamy w kategorii „Craft Ilustracja/Publishing”, w którym o nagrody powalczy 1234 autorów.
Mural z Osaki w 38 stopniach Celsjusza
W mieszkaniu Aleksandry Czudżak szybko odkryjemy fascynację japońską sztuką i stylistyką. Na półce lalki kokeshi, na ścianach drzeworyty.
– Mają w sobie piękno i elegancję, a jednocześnie duże poczucie humoru. Zawsze inspiruje mnie sztuka, która potrafi być zarówno wyrafinowana, estetycznie dopracowana, jak i ma moc wzbudzania pozytywnych odczuć – tłumaczy artystka.
Wiele przedmiotów, które dziś zdobią jej osobistą przestrzeń, przywiozła z Osaki, gdzie dwa lata temu malowała mural reklamujący polski pawilon na Wystawie Światowej Expo.
Na muralu przedstawiła ubraną w niebieską sukienkę dziewczynkę z chabrami i makami we włosach dmuchającą w wiatraczek, z lecącymi obok jaskółkami.
Zlecony przez Polską Agencję Inwestycji i Handlu projekt powstawał pół roku, ale wykonanie na miejscu okazało się prawdziwym sprawdzianem wytrwałości.
– Pracowaliśmy przy 38 stopniach Celsjusza i 70 procent wilgotności powietrza. Pamiętam, że prawie poparzyłam się dotykając rusztowania. Ale dostaliśmy genialne kombinezony z wiatrakami pod pachami, a pomagały też starsze panie z dzielnicy, które przynosiły nam wodę i przy okazji komplementowały mural – opowiada Aleksandra Czudżak.
Dodaje, że w Japonii nie ma tak rozwiniętej kultury street artu jak w Europie. Graffiti są zabronione, a murale w przestrzeni miejskiej są poddane restrykcjom, zaś zgodę muszą wyrazić mieszkańcy.
W dzielnicy portowej, w której powstał mural Wrocławianki, jeszcze do niedawna lokatorzy nie wiedzieli, czym w ogóle jest mural, do czego służy i jak się go wykonuje. Ale kiedy powstał pierwszy, przy każdym kolejnym ludzie się przyzwyczajali i docenili inicjatywę, a teraz promują swoje interesy też za pomocą murali.
– Dzielnica, w której namalowałam mural, jest miejscem, do którego zapraszani są artyści z całego świata i każdy coś po sobie zostawia. To wspaniałe! – nie kryje radości Aleksandra Czudżak, która niedawno ukończyła też mural w terrarium wrocławskiego zoo, a wcześniej ozdabiała ścianę ptaszarni.
Japońskie pędzle jak Ferrari
Do naszej sesji zdjęciowej maluje pędzlem kupionym w Polsce, ale czule głaszcze też ulubiony pędzel („Ferrari wśród pędzli”, jak podkreśla) przywieziony z Japonii. Nigdzie nie kupiła piękniejszego.
– Kultura kaligrafii zrobiła swoje. W Japonii są sklepy, dedykowane tylko pędzlom, a jeden z nich jest prowadzony od XVI wieku. Odwiedziłam to miejsce i oniemiałam. Obsługa klienta była na jakimś szalonym, wyrafinowanym poziomie, każdy mógł tam znaleźć coś na swoje potrzeby. A wybór, ceny i jakość pędzli wykonanych starannie z bardzo dobrych materiałów okazały się konkurencyjne do tych w Polsce – zachwyca się Aleksandra Czudżak.
Średniowieczna sztuka i te cudowne detaliki
Wrocławianka kocha nie tylko sztukę japońską, chętnie sięga też do średniowiecznych marginaliów. Podczas gdy główny tekst w ręcznie przepisywanych księgach musiał zachować powagę, na marginesach autorzy puszczali wodze wyobraźni.
– Dużo tam krzywych ryjków, zwierzątek grających na trąbach, surrealistycznych, dziwnych historii. Dziwne, że przy tym, jak dużą wagę przywiązywano do pobożności, ludzie potrafili sobie wydeptać boczny szlak i nikt ich za te wybryki nie karał. Po prostu malowanie na pergaminie było tak drogie, że szkoda było go niszczyć, jak się domyślam – opowiada artystka.
Jej fascynację rysowaniem drobnych postaci dostrzeżemy w projektach okładek dla dua Kirschenbaum z Krakowa, które specjalizuje się w mrocznej, folkowej muzyce.
Współpraca się rozwija, Aleksandra Czudżak zrobiła już dla muzyków dwie okładki. Na jednej z nich zwierzaki ujęte w okręgu grają na instrumentach, każdy na innym. Wybór kolorów – czarny i czerwony. Jedne z ulubionych!
– W kulturze ludowej kolory miały magiczną moc przyzywania różnych rzeczy, jakąś energię. Tak właśnie widzę czerwień i czerń, które trudno zignorować – podkreśla artystka.
Pokazuje też misternie wykonane projekty opakowań dla cukierniczej firmy Lukullus. Niestety, już niedostępne, bo rozeszły się błyskiem wśród klientów w minionym sezonie. na nich oddane z detalami zwierzęta i przyroda, nawet kępka trawy.
– Bo ja po prostu lubię detaliki – przyznaje Aleksandra Czudżak.
***
Już 21 maja w Recepcji (podwórko Ruska 46) wystawa o kobietach, potworach „Harpie” z inspirowanymi mitologią pracami Aleksandry Czudżak.