Yarosh Organ Trio. Dobra jazzowa płyta wrocławskiego perkusisty

Akademia Muzyczna we Wrocławiu może pochwalić się fantastycznymi wykładowcami, którzy szczęśliwie sami prowadzą bardzo ożywione życie koncertowe, nagrywają płyty i wciąż stawiają sobie wyzwania, jak pianista Kuba Stankiewicz, czy bohater najnowszej płyty, perkusista Przemysław Jarosz. Albumu „Yarosh Organ Trio” słucha się świetnie. 


To kolejny krążek sygnowany przez wrocławską wytwórnię V Records powiązaną z klubem jazzowym Vertigo, obecnie jedynym, który ratuje honor Wrocławia jako miasta jazzu i stolicy dwóch dużych festiwali – Jazzu nad Odrą oraz Jazztopadu. Podczas pierwszego z nich dokładnie 16 lat temu rozpoczęła się kariera Przemysława Jarosza (był finalistą w 2000 i 2005 roku). Wychowanek big bandu świetnego pedagoga Aleksandra Mazura dziś sam uczy studentów Akademii Muzycznej, ale doktorat wcale nie sprawił, że spoczął na laurach. Apetyt muzyczny mu się wyraźnie zaostrzył. 

Dowodem płyta Yarosh Organ Trio, która swój tytuł zawdzięcza nazwie zespołu, a pośrednio angielskiej pisowni nazwiska Jarosz i udziale grającego na organach Hammonda Kajetana Galasa. Wspiera ich słynny wrocławski saksofonista Tomasz Pruchnicki.

Na album trafiło osiem pełnowymiarowych kompozycji, wszystkie autorstwa Przemysława Jarosza, wszystkie przemyślane, muzycznie dobrze przygotowane, wiele z nich intrygujących pod względem harmonii, brzmienia, klimatu (posłuchajcie koniecznie onirycznej, niepokojącej „Impresji”, w której saksofon „bzyczy”, jak natarczywa mucha). Niektóre mogłyby posłużyć za ilustrację polskiego kina z lat 60. Tego, w którym bohaterom trudno się spotkać na dłużej, stworzyć trwałą więź, raczej uciekających od zobowiązań. 

To świetny jazz, bo eksperymenty brzmieniowe nie zabijają linii melodycznej, motoryki, a zespół Przemysława Jarosza stanowi spójny team, choć kiedy posłuchamy występów na żywo, nawet tych udostęponionych na youtube.com płyta (być może nagrana w studiu albo podczas koncertu w Regionalnym Centrum Kultury w Kołobrzegu w styczniu 2016 roku, bo pod koniec ostatniego utworu mamy wyraźne oklaski z sali) może nam się wydać jedynie preludium do koncertu. Wtedy wrocławscy jazzmani grają jak natchnieni.

Zgłoś uwagę