Przemówienie Olgi Tokarczuk z uroczystej sesji Rady Miasta 24 czerwca 2019 r.

Przemówienie laureatki Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za 2018 r. Olgi Tokarczuk z uroczystej sesji Rady Miasta 24 czerwca, gdy otrzymała tytuł Honorowego Obywatela Wrocławia. 


Szanowni Państwo,

jeżeli mamy jakieś wewnętrzne mapy przestrzeni uznawanej za swoją, to z pewnością moja mapa przedstawia Dolny Śląsk.

Mieszkam we Wrocławiu od trzynastu lat, ale i przedtem zatrzymywałam się tu na dłużej lub krócej. Kiedy po maturze z małego miasteczka na Opolszczyźnie wybierałam się w świat, już wtedy naturalne ciążenie Wrocławia z jego awangardą artystyczną i potężnym ośrodkiem akademickim, mnóstwem przyjaciół, którzy wybrali tu studia, a także poczucie bliskości, umieszczało mnie w orbicie tego miasta. Ja jednak, paradoksalnie, chciałam odlecieć jak najdalej w świat. To „najdalej” było Warszawą, gdzie wylądowałam w 1980 roku na pierwszym roku studiów psychologicznych, pozostawiając za sobą wszystko, co znajome, przyjazne, oswojone i bliskie. Rzuciło mnie w sam środek historii. Kiedy zajmowałam miejsce w akademiku, trwały już strajki sierpniowe i cała Warszawa stała w korkach podzielona na cztery części strajkującymi tramwajami, które ułożyły się w wielki krzyż wzdłuż ulicy Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich.

Nie było mnie więc tutaj, kiedy działo się wiele ważnych rzeczy, kiedy zawiązywały się najgłębsze znajomości i przyjaźnie, kiedy ustały się wspólne fronty i razem wydeptywało się bruk ulubionych ulic. Z powodów sercowych zamieszkałam we Wrocławiu przez rok po studiach, osiedlając się potem na jakiś czas w Wałbrzychu i Nowej Rudzie. Jednak zawsze, chcąc nie chcąc, poruszałam się po zamaszystej orbicie wokół planety Wrocław.

Pierwszy raz zobaczyłam Wrocław jako dziecko, musiało to być – liczę w głowie – chyba w 1968 roku, a ja miałam sześć lat. Samochód wjechał w przestrzeń, jakiej nigdy wcześniej w swoim życiu nie widziałam, a przypominam ją sobie zaskakująco dobrze, zwłaszcza że od jakiegoś czasu stwierdzam u siebie jakąś nadzwyczajną pamięć wydarzeń z dzieciństwa (czasem wręcz wydaje mi się, że lepiej pamiętam własne dzieciństwo niż to, co było wczoraj, a to ewidentny znak, że zaczynam się starzeć).

Ulice biegły przez puste, zarośnięte trawą place, domy stały rzadko, daleko od siebie, rozrzucone. To jest Wrocław, powiedziała moja mama i wyjaśniła mi, że te puste place były kiedyś gęsto zabudowane, mieszkali ludzie, że było tu miasto. Powiedziała jeszcze, że ją to przeraża. Zapamiętałam to słowo i związane z nim doświadczenie – że miejsce może przerażać, że pustka, jaka powstała po dawnych wojennych zniszczeniach, paradoksalnie nieustannie wiąże nas z przeszłością i każe nam pamiętać, co tu się zdarzyło.

Dzisiaj we Wrocławiu nie ma już pustych miejsc pozostałych po usuniętych gruzach. To miasto po wojnie zostało ufundowane na wielkim historycznym paradoksie: obwołane twierdzą i skazane na zagładę przez swoich niemieckich obrońców, zostało z miłością odbudowane rękami przybyszów, imigrantów, nowych osiedleńców.

Jestem federalistką i regionalistką, wierzę w Europę zjednoczonych regionów i marzy mi się Rzeczpospolita zdecentralizowana, silna swoją różnorodnością. Wierzę też w ruchomy układ różnych warstw naszej tożsamości, które się nie eliminują, lecz wzajemnie dopełniają. Można być jednocześnie Europejką, Polką i Dolnoślązaczką, a także wrocławianką.

Nasz kraj nie jest jednoznacznym monolitem, zawsze składał się z wielu historii, doświadczeń, wspólnot, dialektów i kultur, a także - choć to niestety już bardziej przeszłość - języków. Po drugiej wojnie światowej komuniści w jakiś nieprawdopodobny sposób przyswoili sobie endecką wizję Polski jako kraju jednolitego etnicznie i kulturowo. Wraz z modernizacją umierały gwary i dialekty, regiony kraju zamieniły się w pojęcia administracyjne, co najwyżej różniące się strojami ludowymi, które tak chętnie prezentowały wszędzie na świecie Państwowe Zespoły Ludowe Pieśni i Tańca – „Mazowsze” i „Śląsk”.
A przecież doświadczenie historii Dolnoślązaków jest inne niż doświadczenie górali z Podhala czy ludzi z Podlasia. Na dodatek Dolny Śląsk stał się po wojnie miejscem przyjaznym dla wszelkiej maści imigrantów i przybyszy: Greków, reemigrantów z Francji, Żydów, a przede wszystkim tzw. repatriantów z dawnych Kresów i mnóstwa różnych niespokojnych dusz, które szukały tutaj nowego życia, schronienia, przygody czy bogactwa.

Jest jednocześnie Wrocław stolicą wielkiego europejskiego regionu Śląska, ale przede wszystkim tego obszaru, który nazywamy Dolnym Śląskiem – regionu o wyjątkowej historii, jako że na jego obszarze dokonała się niespotykana nigdzie w Europie, prawie całkowita wymiana ludności po drugiej wojnie światowej, co czyni go absolutnym ewenementem na mapie świata. Jego historia i specyfika nieustannie mnie fascynuje i inspiruje. W losach moich wrocławskich i dolnośląskich współobywateli śledzę losy mojej własnej rodziny i podziwiam umiejętność budowania społeczeństwa od nowa, choćby na gruzach i pustych placach. Wrocław to dla mnie odwaga osadników, pionierski dar asymilacji do nowych warunków, otwartość na to, co inne, rozumienie historii jako nieustającego kontinuum, a także pewna wschodnia pogoda ducha i gościnność. Jest dla mnie przywilejem, że mogę tu mieszkać i pracować.

Stałam się honorową obywatelką jednego z najpiękniejszych, najważniejszych miast w Europie, miasta światowego i w świecie rozpoznawalnego. Traktuję ten tytuł z dumą jako wielki zaszczyt i jednocześnie pisarski obowiązek.



Zgłoś uwagę