Po premierze „Garbusa”: Czasem się podnosimy. Jednak najczęściej leżymy

Liczący na pogłębioną analizę współczesnego społeczeństwa i poszukujący szczególnych artystycznych doznań, dzięki wyrafinowanej formie czy brawurowym kreacjom aktorskim, po obejrzeniu „Garbusa” we Wrocławskim Teatrze Współczesnym mogą być co najmniej lekko zawiedzeni.  

  • Marcin Łuczak jako Student w przedstawieniu „Garbus” we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, fot. Natalia Kabanow


„Garbus” był tym utworem Mrożka, w którym autor podjął się „badań” relacji bliźniego z bliźnim. Podczas gdy jeden dla drugiego najczęściej bywa kimś niebezpiecznym i nieprzeniknionym, a więc stanowiącym zagrożenie (w pojedynkę albo w masie), miał się okazywać także swoistym wyzwaniem. Takim, któremu świadomie (co nie oznacza, że jednak bez strachu) wychodzimy naprzeciw, a druga strona – zdając sobie sprawę ze swoich niedoskonałości – pozwala nam „się ujeżdżać” i choć swoje wie, nie ma już siły na samoobronę. 

Takim „chłopcem” do bicia, obcym – staje się Garbus (Maciej Tomaszewski – jego oszczędna, ale sugestywna gra w całym spektaklu może się podobać), gospodarz pensjonatu, do którego przybywają na wypoczynek Baronowa (Zina Kerste) z Baronem (Wiesław Cichy) oraz Onka (Maria Kania) z  Onkiem (Krzysztof Boczkowski), a także małomówny Student (Marcin Łuczak). Garbus najbardziej nie podoba się wygadanemu prawnikowi Onkowi, który w człowieku przynoszącym mu codzienną poranną pocztę widzi najpierw nienormalnego i odrażającego kalekę, potem także skrytego mordercę, a nawet dybającego na cześć jego małżonki niewyżytego typa. 

Wszystkie te budowane jak na zamówienie fobie Onek „zawdzięcza” Baronowi, który jest w stanie wmówić wykształconemu bądź co bądź juryście, to co chce, kręcąc nim jak kołowrotkiem. Podobnych zabiegów, ale już o innym podłożu, używa, raczący się przez cały spektakl mocnymi trunkami Baron, wobec żony Onka – eksperymentującej z malarstwem Once, która, łącząc w sobie cechy młodopolskiego wampa i naiwnego podlotka, skutecznie kilka razy wpada w tę sieć manipulacji, uwitą przez podstarzałego cwaniaka.

Tylko z własną małżonką Baron ewidentnie sobie nie radzi. Na wszelki wypadek, by nie okazywać bezsilności, która tak naprawdę go przepełnia, nie odzywa się do niej albo prowadzi z nią dialog w tempie, jakim legendarny Kaszpirowski zaklinał przed laty naiwnych telewidzów. 

Baronowa, choć aż prosi się, żeby czasem „rzuciła mięsem” na najwyższym diapazonie, za każdym razem odpowiada słowem albo całym zdaniem w taki sposób, jakby zjedzone właśnie śniadanie miało być ostatnim w jej życiu. Chcąc być może uśpić czujność swojego partnera-przeciwnika, skutecznie układa do snu widownię, która potem wypatruje jakiegoś ratunku w „ożywczej” scenie.

Choć takie się jednak trafiają. Na przykład za sprawą Nieznajomego (Maciej Kowalczyk), tajniaka, który pod pozorem poszukiwania morderców rozjechanego na drodze koguta, wkracza w leniwe życie pensjonariuszy jako fanatyczny tropiciel spiskowców i wywrotowców. Ta przerysowana na ogólnym tle rola daje nadzieję na jakiś energiczny i dramatyczny zwrot akcji, na podkręcenie tempa. Ale to złudne wrażenie. Reżyser konsekwentnie wycisza akcję, ale wplata wątki, wobec których mocniej powinno zabić nasze współczesne, patriotyczne, demokratyczne serce...

Bo oto w zgodnym teamie – Student, Baronowa, Onka, Baron kładą się „pod barierkami” na znak protestu wobec tyranii. Albo idąc w pole na wycieczkę, jej uczestnicy wyśpiewują „Wolność kocham i rozumiem” i  unoszą palce w geście, znanym nam z niezliczonych mainfestacji i protestów.  

Być może właśnie dla tych momentów reżyserowi potrzebna była współczesność kostiumów i rekwizytów, na jaką się w spektaklu zdecydował, uciekając od stylistyki, którą zaproponował przed laty Mrożek w swojej sztuce. Czy jednak ta aluzyjność do „tu i teraz” była konieczna, a widzowi coś szczególnie objawia czy sugeruje...? Zwłaszcza że mimo wszystko dylematy na temat upadających na świecie uniwersalnych wartości i ludzkiej samozagłady Marek Fiedor skutecznie topi w małżeńskich podchodach, miłosnych zaczepkach i „samolubnym” poszukiwaniu własnego szczęścia... 

Za kostiumy słowa uznania należą się Nice Jaworowskiej. Szczególnie zapada w pamięć, oprócz gęstej rudej peruki Onki, kostium Barona – letniskowy image połączony ze sznytem weneckiego gondoliera. Bohater w jednej ze scen, podchmielony ziołem, zdziera z siebie to ubranie i odlatuje na chwilę w rytualnym tańcu – jakby chciał zrzucić przy okazji wszystkie swoje paskudne cechy i narodzić się na nowo (czy także w nowym, nierozpadającym się świecie?). Ostatnia scena przedstawienia nie pozostawia jednak szerokiego pola dla takiej nadziei. Także w odniesieniu do pozostałych bohaterów.

Najwięcej godności i niepozbawionej ironii trzeźwości umysłu zachowuje Garbus. Zdublowanie jego postaci, co widać na prezentacji wideo, z której twórcy spektalu korzystali również w całym przedstawieniu, o takiej subtelnej niejednoznaczności zaświadcza. Garbus wychodzi na swoje, mimo że musi zamknąć intratny interes...

----------------------------------

Sławomir Mrożek, „Garbus”, reżyseria i scenografia: Marek Fiedor, Wrocławski Teatr Współczesny, premiera 29 września 2018



Zgłoś uwagę