Spis treści (kliknij, aby przejść)
W lipcu kibice Jagielloni Białystok przed meczem w piłkarskiej ekstraklasie z Koroną Kielce rozciągnęli wielki transparent z podobizną Jana Pawła Adamczewskiego, pierwszoplanowego bohatera serialu „1670” produkcji Netlixa. Dużo wcześniej ta sama postać, próżnego nieudacznika z aspiracjami do najbardziej znanego Jana Pawła w Polsce, wymalowana została na ścianie w Zamościu.
Jego portret jest i we Wrocławiu, przy placu nomen omen Jana Pawła II.
Galeria zdjęć
Widzowie tej telewizyjnej satyry, która może urosnąć do miana kultowej, idą o krok dalej, przenosząc postaci, jak również ich cytaty, na swoje ciała. — Na żywo ich jeszcze nie widziałem, ale w internecie owszem. To dość nieprawdopodobne, że ktoś postanowił wytatuować sobie gdzieś „jestem bogaty i umyty”. Robi wrażenie — przyznaje aktor Dobromir Dymecki, wcielający się w rolę Bogdana, żyjącego przeszłością szlachcica bez ziemi. — Mam poczucie, że oddałem twarz Bogdanowi i teraz ta postać żyje własnym życiem. Widzę siebie w memach, przeróbkach i fanartach, które powstają już zupełnie niezależnie ode mnie. Dostajemy tego naprawdę mnóstwo.
Rozpoznawalność aktorów dosięga ich daleko poza granicami Adamczychy (wieś, w której dzieje się akcja serialu), o czym świadczy sytuacja z podróży Michała Sikorskiego, czyli księdza Jakuba, któremu nie sposób zawierzyć.
Rok temu na wakacjach byłem w Barcelonie i poszedłem zwiedzić Sagradę Familię. Siedzę sobie tam w ławce, a tu nagle ktoś dźga mnie palcem w plecy. Odwracam się i słyszę „proszę księdza, czy moja mama może sobie zrobić z księdzem zdjęcie?”. To było dość absurdalne, że nawet w największym kościele w Europie ktoś zobaczył we mnie księdza.Michał Sikorski - ksiądz Jakub
Już wiadomo, gdzie jest Kolbuszowa
Michał Sikorski – Jakub – był turystą w Barcelonie. Któż natomiast zwiedzał kiedyś Kolbuszową? W tej niedużej podkarpackiej gminie kręcą zdjęcia, przynosząc jej popularność, jakiej nie miała chyba nigdy wcześniej.
Burmistrz Grzegorz Romaniuk i jego ludzie z samorządu zaobserwowali, że komedia przyczyniła się do promocji Kolbuszowej i zwiększyła zainteresowanie tamtym regionem. „Serial stał się impulsem promocyjnym, który w naturalny sposób wzmocnił rozpoznawalność gminy i skierował uwagę na nasze walory kulturowe oraz przyrodnicze” – czytamy jego wypowiedź w raporcie „Efekt 1670”, sporządzonym przez pracowników Netflixa.
Jednym z planów zdjęciowych jest tamtejsze Muzeum Kultury Ludowej. W sierpniu 2025 roku, w ramach Podkarpackiego Szlaku Filmowego, obejrzało je ponad 8 tysięcy turystów. Skansen w Kolbuszowej, który od lat organizuje duże wydarzenia kulturalne, po raz pierwszy zanotował taką frekwencję.
Wiemy, że fani serialu przyjeżdżają z całej Polski, aby zobaczyć Adamczychę. W księdze gości jest kilkadziesiąt wpisów poświęconych serialowemu folwarkowi. Część z nich opatrzona jest rysunkami.Katarzyna Dypa, dyrektorka Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej
Doktorka kulturoznawstwa na Uniwersytecie SWPS i krytyczka filmowa, Kaja Klimek, uważa, że mamy do czynienia z szerokim zjawiskiem, którego „1670” jest tylko częścią: — To proces, który jest przykładem powstania zaangażowanej kultury fanowskiej. Takiej, która chce manifestować swoją przynależność do zjawiska, będącego dla niej istotne. Set-jetting, czyli odwiedzanie planów filmowych czy ulubionych produkcji serialowych to jeden z jej przejawów.
O ile ktoś wciąż nie widział albo nawet nie słyszał o „1670” (to drugie wydaje się bardzo mało prawdopodobne), o tyle „Ranczo”, które po dziesięcioletniej przerwie znów jest kręcone dla TVP, dotarło chyba do każdych oczu i uszu. Fani tej komedii mieli w sierpniu, nie pierwszy i pewnie nie ostatni, zlot w mazowieckiej wsi Jeruzale odgrywającą serialowe Wilkowyje.
Podobnie wygląda to w przypadku spacerów śladami polskich seriali komediowych z lat siedemdziesiątych, rekonstrukcji fanowskich spod znaku „Stawki większej niż życie”. Poza tym w ostatnich latach obserwujemy bardzo duży wzrost zainteresowania turystyka lokalną i regionalną, a wycieczka na plan znanego serialu to nie lada gratka dla osób, które poszukują czegoś dostępnego tu, blisko i teraz.kulturoznawczyni Kaja Klimek
„Panorama 1670” we Wrocławiu
Efekt „1670” rozprzestrzenia się od dwóch i pół roku, jakie upłynęły od dnia emisji pierwszego odcinka, nie tylko w miejscach bezpośrednio związanych z produkcją i nie tylko w małych miejscowościach. W Warszawie, z okazji premiery drugiego sezonu, na wydarzenie pod nazwą Dożynki Królewskie zjechało 4,5 tysiąca sympatyków, zaś wystawę „Wszyscy jesteśmy z Adamczychy” w stołecznym Muzeum Historii Polski obejrzało w jeden weekend 7 tysięcy osób.
Na Dożynkach bawiła także dr Kaja Klimek: — Cóż, było to imponujące skalą i rozmachem wydarzenie. Oraz budżetem, jak to w przypadku produkcji Netfliksa, który na promocji treści nie oszczędza.
Dużo większym zainteresowaniem cieszył się (finał 23 sierpnia) pokaz zorganizowany we wrocławskiej Hali Stulecia z okazji sezonu trzeciego. Bezpłatne wejściówki na „Panoramę 1670”, w liczbie przekraczającej 28 tysięcy, rozeszły się w mgnieniu oka.
I ja tam byłem, na wyobrażenie Adamczychy patrzyłem. Ludzie ubierali kubraki, chwytali za widły i pozowali do zdjęć. Słuchali narracji ojca Jakuba. Pachniało słomą porozrzucaną na ziemi, błyszczały słoneczniki i inne kwiaty, przy nakrytym owocami stole stało puste krzesło i stał strach na wróble. Obok leżał sztuczny tur wydający dźwięki. Zachwytom nie było końca.
Pełna rekwizytów i ozdób imitacja folwarku była sztafażem mierzącego ponad 115 metrów długości panoramicznego obrazu z motywami serialu. Rzecz jasna malowidło musiało być o 1670 milimetrów dłuższe od „Panoramy Racławickiej”. Stworzyło je 12 malarzy, którzy pracowali przez 45 dni. Zużyli 300 litrów farby, 120 pędzli i 700 metrów kwadratowych płótna.
Zdjęcia z Hali Stulecia są w galerii.
Jak w zwierciadłach Gruza i Barei
Niektórzy przyjechali do Wrocławia z drugiego końca Polski tylko po to, aby to obejrzeć. Wracali do domów tego samego dnia. Nieczęsto widuje się na wystawach w naszym mieście tak podekscytowaną i zdeterminowaną publiczność. Nie tylko z tego powodu wiarygodna wydaje się być teza stawiana przez producentów: efekt, jaki „1670” naniósł na język, turystykę, kulturę i postępowanie widzów, dorasta – o ile już nie dorósł – do miana fenomenu.
Ten serial pokazał, że naprawdę można myśleć o opowiadaniu historii zupełnie inaczej. Pod każdym względem. Można wziąć temat, który wydaje się doskonale znany, czy to sarmatyzm, czy historię chłopską, i opowiedzieć go w sposób nieoczywisty, nieszablonowy, wręcz wbrew temu, jak do tej pory funkcjonował w kulturze czy debacie publicznej.Joanna Łapińska, dyrektorka artystyczna Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni
Joanna Łapińska uważa, że największa siła tkwi w tym, że opowieść powstała w bardzo kameralnym gronie osób, które nie próbowały na siłę wpisywać je w trendy czy potrzeby rynku. — Mam poczucie, że tego najbardziej dziś potrzebujemy: odwagi do szukania nowości, reinterpretowania znanych tematów i otwierania drzwi, które z pozoru wydają się zamknięte – ocenia.
W próbie odnalezienia źródła oddziaływania telewizyjnego dzieła na widzów głos zabrał także Marcin Pieńkowski, wieloletni dyrektor wrocławskiego Festiwalu Filmowego Nowe Horyzonty, wskazując dystans i oddech od kina zanurzonego w martyrologii.
Ostatnio polscy twórcy byli szalenie poważni, traktując o polskiej historii. Ten serial przypomniał, że możemy śmiać się z siebie. To kino kostiumowe, ale przecież uniwersalne, będące często komentarzem do tego, co widzimy za oknem i współczesnej polityki czy społecznych podziałów.Marcin Pieńkowski
Kulturoznawczyni Kaja Klimek dodaje, że satyra staje się w Polsce językiem opowiadania historii. — Nareszcie, bo poza granicami naszego jest to typ narracji, który dobrze się sprawdza, przykładami może być chociażby twórczość Rubena Ostlunda albo w ostatnim czasie Kristoffera Borgliego.
Polscy twórcy, przedstawiciele nurtu nowej komedii, sięgają po podobne narzędzia. I mam wrażenie, że to raczej powrót do tego, jak działała polska komedia w latach siedemdziesiątych, kiedy twórcy tacy jak Jerzy Gruza czy Stanisław Bareja potrafili postawić zwierciadło przed społeczeństwem i śmiać się z nim z niego, w warunkach, kiedy ten śmiech był zdecydowanie potrzebny.dr Kaja Klimek z SWPS
Materiał na rolki i memy musi być
W przypadku takich produkcji jak „1670” liczy się w dzisiejszych czasach potencjał zaistnienia w prostych formach w mediach społecznościowych. Zdaniem doktorki ta potrzeba wpisuje się w samą koncepcję serialu.
Dialogi, które mają stać się cytatami, sceny, które mogą stać się memami czy rolkami. Tak promuje się dzisiaj treści, tak działa popkultura, która uwielbia krótkie i chwytliwe treści czy kąski, stąd określenie bite-culture.dr Kaja Klimek z SWPS
Według scenarzysty, Jakuba Rużyłło, do sukcesu istotnie przyczynił się świat przedstawiony, siedemnastowiecznej Polski sarmackiej, tak wyraziście opisanej w lubianych powieściach Sienkiewicza. — Temat relacji chłopsko-szlacheckich czy ich przewartościowania od jakiegoś czasu dojrzewał w debacie publicznej. Przenikał z nauki i publicystyki do szerszej świadomości społecznej, a my trafiliśmy z tym serialem w idealny moment – przyznaje Rużyłło.
Kaja Klimek dostrzega, że jest to typowy mechanizm działania popkultury: — Zawsze przechwytuje i wciąga do głównego nurtu to, co pojawia się na jej marginesach: czy to w dyskursach akademickich czy w kulturze alternatywnej. Odpowiednio to upraszczając. A współczesne odczytania historii z perspektywy wykluczonych i zmarginalizowanych mniejszości jak chłopi pańszczyźniani opisani przez Adama Leszczyńskiego i Kacpra Pobłockiego, czy chłopki z książki Joanny Kuciel-Frydryszak, to temat nie tylko akademicki, ale też dotyczący losów wielu polskich rodzin. Bliski, znajomy i prywatny.
W jej opinii kluczami do sławy są angażująca struktura serialu i satyryczne ujęcie, włączające w opowieść współczesne wątki i tematy, a jednocześnie oszczędzające widzom mrocznych kart historii tamtych czasów.
Chciałabym, żeby ten serial był jednak nie tylko rozrywką, ale i wstępem do lekcji historii, zdecydowanie niełatwej i złożonej. Dzięki temu słowa „Polacy pokochali Sarmatów” być może nabiorą trochę innego wydźwięku niż chwytliwe hasło promocyjne, i skłonią do refleksji, co tak właściwie za nimi stoi.dr Kaja Klimek z SWPS
O popularności świadczą ponadto dwa fakty statystyczne przytoczone przez zespół Netlixa w raporcie „Efekt 1670”:
- tytułowy utwór muzyczny „Bez Andrzeja” utrzymywał się przez 7 tygodni na Liście Piosenek Radia 357 i był nawet na jej szczycie,
- dwa pierwsze sezony były przez ponad 15 tygodni na liście najchętniej oglądanych seriali na Netflixie w Polsce.
„Przyjaciele” na „Ranczo”
W historii zagranicznej i polskiej kinematografii są przykłady, które wywoływały podobny efekt. — Szukałabym ich chociażby w kontekście „Stawki większej niż życie”, „Alternatywy 4”, czy bardziej współczesnych „The Office” i „Ranczo” — wymienia krytyczka.
Serialom tym towarzyszy fandom w takim kształcie, o jakim mowa w przypadku bardzo rozpoznawalnych amerykańskich produkcji serialowych czy filmowych. Mam na myśli zloty fanów, publikacje na temat historii i znaczenia tych produkcji czy oglądanie włączające we wspólnotę fanów kolejne pokolenia. Być może „1670” dołączy do tego zestawu?Kaja Klimek
Przedziwną jawi się siła, z jaką bohaterowie seriali potrafią rozkochać w sobie widzów i zjednoczyć ich wokół tytułu. Wymyślone postaci i opowieści stają się poniekąd częścią ich życia. — To szerszy proces dotyczący różnych tendencji w kulturze i przemianach społecznych: jego częścią oczywiście jest zanik więzi społecznych z bliskimi, sąsiadami i próba odnalezienia ich w kontekście wyobrażonej wspólnoty, więzi para-społecznych, w tym wypadku wśród fanów serialu — wyjaśnia dr Kaja Klimek.
Kulturoznawczyni dodaje, że każde dzieło, które z czasem staje się kultowe albo ma wielu fanów, musi mieć w sobie pewien potencjał, o czym szeroko pisał na przykład np. Umberto Eco w kontekście filmu „Casablanca”.
Chodzi o to, że sympatycy chcą takie dzieło uczynić swoim, by stało się częścią codzienności, chociażby poprzez cytaty i skojarzenia. Odniosę to do grona fanów serialu „Friends”: dla nich nawiązania do różnych scen i sytuacji z serialu są częścią języka i współdzielonego uniwersum spod znaku „kto wie ten wie”. Potrzebujemy takich wspólnot, żeby być razem z innymi ludźmi, a seriale mogą stać się tego katalizatorem.Kaja Klimek
Krytyczka oglądała „1670". Jej ocena? — Doceniam decyzje obsadowe, i pomysł, żeby dobrze znany format komediowego mockumentu przeszczepić w takiej formie na polskie warunki i tematy. A także zwrócić satyryczne ostrze w kierunku polskich przywar i historii. Choć niekoniecznie wszystkie żarty mnie śmieszą, ale jak wiadomo, każdy ma inaczej osadzony ośrodek poczucia humoru.
Pozostając pod dużym wrażeniem sytuacji obejrzanej i wysłuchanej w Hali Stulecia, także obejrzałem. O ocenę całości się jednak nie pokuszę, bowiem skończyłem w połowie trzeciego odcinka. Pośmiawszy się z dwóch poprzednich, zupełnie nie wiedziałem, po co mam oglądać kolejne. Fabuła wciągająca nie jest, zaś styl żartów szybko stał się powtarzalny, nadmiarowy, a całość drażniąca i nudnawa.