Julia Różewicz: Jest boom na literaturę czeską!

We Wrocławiu działa wydawnictwo Afera, publikujące autorów z Czech, które pokaże swoją ofertę na najbliższych Wrocławskich Targach Dobrych Książek. Z jego założycielką – Julią Różewicz – rozmawiamy o jej „wydawniczym nosie” i o tym, że współczesna literatura czeska to coś znacznie więcej niż knajpiany humor, a tłumacz nie zawsze ma z górki w starciu z oryginalnym tekstem.

Różewicz... Zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa?

– No nie (śmiech). Nie przepadam za tym pytaniem, ale też nie mam się czego wstydzić. Jestem wnuczką dziadka Tadka, czyli Tadeusza Różewicza.

Czyli Pani obecne zajęcie było Pani chyba pisane...

– Jeżeli człowiek wychowa się w rodzinie, gdzie jest dużo książek, gdzie rozmawia się o literaturze, to siłą rzeczy tym przesiąka. Miłość do literatury jest dla mnie czymś naturalnym. Trudno zwalać to na dziadka (śmiech). Z drugiej strony w rodzinie humanistów wie się, że to mało opłacalny kierunek, nikt mnie nie nakłaniał, żebym zajęła się tłumaczeniem książek czy założyła wydawnictwo.

A wracając jeszcze na chwilę do dziadka (którego popiersie stanęło dopiero co w Galerii Sławnych Wrocławian w Starym Ratuszu), spodobał się mu ten Pani wybór?

– Kiedy założyłam wydawnictwo ukierunkowane na literaturą czeską, dziadek bardzo się ucieszył. Naprawdę lubił Czechów. Jak ognia unikał spotkań autorskich, ale zaproszenia od czeskich wydawców przyjmował z chęcią. Bardzo dobrze żył ze swoimi tłumaczami z Czech, uczył się nawet języka i oglądał czeską telewizję. Spodobało mu się, że poszłam na filologię czeską, bo wreszcie mógł z kimś porozmawiać po czesku i sprawdzić, czy dobrze mówi. Wyglądało to mniej więcej tak: siedzimy przy obiedzie, a dziadek mówi np.: „obrovský obiad”, co znaczy wspaniały, i zerka, co ja na to. Albo inna historia. Kiedyś byliśmy u dziadka z jednym z moich pisarzy, niedawno zmarłym, niestety, Petrem Šabachem. Dziadek był strasznym kawalarzem i zrobił mu niespodziewany egzamin z literatury, pytając, co sądzi o konkretnym sonecie Jána Kollára, słowackiego poety z przełomu XVII i XVIII w. Šabach w odpowiedzi tylko zerknął przez okno i powiedział, że dziadek ma bardzo ładne kwiatki w ogrodzie. Po czym wyszedł, usiadł na schodach, złapał się za głowę i powiedział: „Já jsem debil” (śmiech).

Bardzo… wyszukana samokrytyka! A skąd u Pani zainteresowanie językiem czeskim?

– Musiałam po prostu wybrać jakieś studia filologiczne, bo jestem zupełnym tumanem, jeżeli chodzi o przedmioty ścisłe, o historię też, maturę zdawałam z trzech języków. Filologia słowiańska wydała mi się ciekawa, szczególnie czeski, jako język naszych najbliższych sąsiadów. Zakochałam się w nim i czeskiej kulturze, dopiero gdy zaczęłam studia i podróże do Czech. Jestem książkowym przykładem osoby, która odnalazła pasję w tym, co studiowała, a potem zaczęła się w tym zawodowo realizować.

Mała Julia z dziadkami – Wiesławą i Tadeuszem Różewiczami, arch. prywatne

Tłumaczenie literatury czeskiej – to zrozumiałe, ale założenie własnego wydawnictwo to odważny krok…

– To zasługa Petra Šabacha. Dziesięć lat temu chciałam przetłumaczyć jego „Hovno hoří”, jednak żadne wydawnictwo nie było zainteresowane. Nie znali autora, no i polski tytuł, czyli „Gówno się pali”, był kontrowersyjny, a poza tym chciał to przełożyć zupełnie nieznany tłumacz, czyli ja. Nie zraziłam się jednak i postanowiłam sama opublikować tę książkę. Petr mi na to pozwolił.

I tak powstała Afera.

– Miałam naprawdę masę szczęścia, od początku mogłam sięgać po autorów, których sama lubię i cenię. Prawa do ich książek były wolne, bo w Polsce wydawano głównie tych starszych i uznanych, a mnie interesowali najnowsi. Na starcie pomogło mi wiele osób i instytucji, np. Konsulat Honorowy Republiki Czeskiej we Wrocławiu, OKiS, Solidarność Czesko-Polsko-Słowacka. Nie było łatwo bo raz, że zaczynałam od zera, dwa, że mój syn miał wtedy niecały rok i masę rzeczy robiłam „z dzieckiem na ręku”. Wspierał mnie też mąż, który ma smykałkę marketingową. I muszę przyznać, że był to mocny start z dużymi z fajerwerkami!

Ile książek już wydaliście i według jakiego klucza wybiera Pani autorów?

– To około 30 tytułów. Stawiam raczej na jakość, nie na ilość. Wydaję po prostu to, co sama chciałbym przeczytać. Mam ten komfort, że mogą to być moi ulubieni autorzy. Kieruję się wydawniczym nosem, który jak dotąd jeszcze mnie nie zwiódł. Właściwie bez przerwy czytam, by mieć rozeznanie, co ukazuje się w Czechach i jaki jest odzew tamtejszych czytelników.

A Polacy – chętnie sięgają po literaturę czeską?

– Gdyby tak nie było, musiałabym zwijać interes (śmiech). Cieszę się, że w ostatnich latach wokół literatury czeskiej dzieje się naprawdę wiele. W dużej mierze to zasługa np. Mariusza Szczygła, jego bestsellerów o Czechach. Zaczęliśmy patrzeć na naszych sąsiadów z nieco innej strony. To już nie tylko czeskie komedie, bajki dla dzieci, lentilki czy Jožin z bažin. Możemy tu mówić nawet o swego rodzaju boomie na czeskich pisarzy. A raczej nowej jego fali, bo wcześniej, np. w latach osiemdziesiątych też ukazywało się dużo czeskiej prozy, np. Parál czy Fuks. Obecnie nie tylko moje wydawnictwo publikuje i promuje czeskie książki. I chociaż Czechy to stosunkowo mały kraj, zaledwie około 10 milionów ludzi, wystarcza ciekawych autorów dla nas wszystkich.

Co w tłumaczeniu sprawia Pani największą trudność?

– Po czesku wszystko zawsze brzmi lepiej (śmiech). Tłumacz, a przynajmniej ja na pewno, kiedy czyta swoje przekłady po jakimś czasie, jest wiecznie sfrustrowany, że mógł coś przełożyć inaczej, lepiej. Mam wieczną potrzebę poprawiania swoich błędów czy niedociągnięć. Język polski jest też „dłuższy”. Na jedno słowo czeskie często przypadają dwa, czasem trzy polskie, „podivuhodný“ to „godny podziwu”, „předražený“ to „sprzedawany po zawyżonej cenie”, „benzinka” to „stacja benzynowa” i tak dalej, ale to raczej nie sprawia tłumaczowi trudności, powoduje tylko, że polski wydawca musi zapłacić więcej za druk, bo objętość polskiego wydania jest zawsze większa od oryginału.

Zdarza się Pani nie zrozumieć, „co poeta miał na myśli”?

– Zabrzmi to brutalnie, ale zdarza się, że coś w tłumaczonej książce po prostu nie ma sensu. Gorzej, gdy autor odpowiada w takiej sytuacji, że… on już nie pamięta, o co mu chodziło (śmiech). Żebym dała spokój, nikt się nie skapnie. I bądź tu mądry!

Jest też czasem trochę błędów w oryginalnych wydaniach. U Šruta pojawił się tygrys w Afryce, u Šabacha na wiosnę liście leciały z drzew, albo ostatnio, miałam podobną sytuację z Petrą Hůlovą. W tłumaczeniu natrafiłam na fragment: „nigdy nie odsłaniałam firanek, chciałam, żeby w pokoju było ciemno”. Coś mi tu nie pasowało, więc pytam Petry: „Przecież jak zasuniesz firanki, to wcale nie jest ciemno, może chodziło o zasłony?”. Odpowiedziała: „A tak, właśnie tak miało być!” (śmiech). Tylko, że jeśli ktoś będzie później porównywał oryginał z przekładem (np. jakiś badacz twórczości Hůlovej), stwierdzi pewnie, że tłumacz się pomylił i nie rozróżnia zasłon od firanek, na domiar złego zasłony to po czesku „závěsy“, a firanki to „záclony“. Ktoś pomyśli więc, że dałam się zwieść podobieństwu brzmieniowemu tych dwóch słówek. Ach, osiwieć można od tych wiecznych trosk, chyba najlepiej po prostu robić swoje najlepiej, jak się potrafi i nie martwić się o to, co kto sobie pomyśli.

Która książka była dla Pani największym wyzwaniem?

– To właśnie wspomniana „firankowo-zasłonowa” książka Petry Hůlovej „Macocha”, która jest monologiem podstarzałej autorki romansideł i alkoholiczki. Styl Petry porównuje się do Doroty Masłowskiej, ale też do Elfriede Jelinek. Wydałam już jej jedną książkę „Plastikowe M3, czyli czeska pornografia”, za której przekład otrzymałam nawet nagrodę. Pewnie właśnie dlatego, że to też książka bardzo wymagająca. Hůlová uwielbia neologizmy i strumień świadomości. Jakby całkowicie obraziła się na dialogi i fabułę. Metafora goni metaforę, zdanie potrafi mieć pół strony, lubi trudne gry słów. Przyznaję, że to tłumaczenie bardzo dało mi w kość. Musiałam nawet zrobić sobie przerwę, chociaż zwykle raczej mi się to nie zdarza.

Ale tłumaczenie literatury dla dzieci to już pewnie sama przyjemność?

– Takiej jak np. „Niedoparki” Petera Šruta? To zupełnie inna bajka (śmiech).

Na podstawie tej trylogii powstał film, który niedawno był w naszych kinach. Czuje się Pani matką  chrzestną Niedoparków? W końcu za Pani sprawą one w ogóle pojawiły się w Polsce.

– Matką chrzestną owszem, bo nadałam im polskie imię. Po czesku Lichožrouti, w dosłownym tłumaczeniu Nieparzystojady, ale po naszemu Niedoparki. Zabawna, ale i czasami mrożąca krew w żyłach opowieść o stworkach, które żywią się naszymi skarpetkami. Zawsze biorą jednak tylko jedną, zostawiając drugą nie do pary. I stąd wzięła się ich nazwa. Cieszę się, że się przyjęła.

Przy ekranizacji padł na mnie blady strach, bo film początkowo miał się pojawić pod tytułem „Skarpetkowcy”. Całe szczęście udało mi się skontaktować z dystrybutorem i wszystko odkręcić. W ten sposób uratowałam polskie imię Niedoparków! Szczerze mówiąc byłam trochę zdziwiona, że nikt nawet nie pofatygował się, by sprawdzić, czy książka, na podstawie której powstał film, przypadkiem się już u nas nie ukazała. Ale tak to jest. Branża filmowa i literacka to dwa światy.

Wszystkim Pani w wydawnictwie zarządza, wiele książek tłumaczy… Pani doba musi trwać dłużej niż 24 godziny.

– Bywało, że nie wystarczało mi czasu na sen, ale teraz już mogę zaprosić do współpracy innych tłumaczy i osoby do pomocy. Ale wydanie książki jest czaso- i pracochłonne. Tłumaczenie, ale też redakcja, korekta, skład, druk, a potem cała machina promocyjna. Czasami dobrze jest „bywać”. I tu muszę przyznać, że chyba mam dużo wspólnego z dziadkiem, bo nie znoszę „bywać” na różnych bankietach literackich i tym podobnych imprezach.

Ale na targach książek przecież Pani bywa...

Oczywiście, ale to zupełnie innego rodzaju „bywanie”. Tam rozmawiam z „żywym czytelnikiem”, lubię doradzać, lubię handelek i cały ten zgiełk. Przyjemne są też spotkania z autorami. Niedawno była w Polsce Galina Miklínová - ilustratorka książki „Niedoparki” i zarazem reżyserka filmu. Odwiedziła nas też Tereza Boučková, autorka wydanej przez Aferę „Roku Koguta”, która była gościem Bruno Schulz Festiwal i Festiwalu Endemity. Na początku grudnia spodziewamy się też Marka Šindelki. Będą również targi w Krakowie i Wrocławiu. Jesień to niezwykle intensywny czas dla wydawcy.

26. Wrocławskie Targi Dobrych Książek

26. Wrocławskie Targi Dobrych Książek

Spotkania z autorami
Termin od 30 listopada 2017 do 3 grudnia 2017

Miejsce Hala Stulecia we Wrocławiu

Zobacz

Na 26. WTDK 2017 w Hali Stulecia stoisko wydawnictwa Afera ma nr 073.