Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich

Co lubią czytać, a czego nie wrocławscy literaci

Jakie lektury świadomie pominęli, co czytali z latarką pod kołdrą, które książki autentycznie ich wzruszyły i których nigdy nikomu nie pożyczą. Pisarze – Joanna Kuciel-Frydryszak, Filip Zawada i Michał Zygmunt oraz tłumaczka literatury angielskiej Dobromiła Jankowska w naszym kwestionariuszu opowiadają...o miłości do literatury po prostu.

Magdalena Talik | 22 kwietnia 2020

Joanna Kuciel-Frydryszak

Dziennikarka, autorka trzech znakomitych książek – biografii Antoniego Słonimskiego „Heretyk na ambonie”, Kazimiery Iłłakowiczówny „Iłła” oraz tomu „Służące do wszystkiego”, w którym opowiedziała o polskiej służbie domowej. Laureatka plebiscytu 30 Kreatywnych Wrocławia 2019.

Pierwsza książka, która zrobiła na mnie wrażenie

Z dzieciństwa pamiętam, że mocno przeżyłam „Serce” Amicisa czytane mi przez mamę. W bardziej dorosłym życiu (14 lat) poruszyła mnie zapomniana dziś powieść Ethel Voynich „Szerszeń”Przypominam sobie, że bardzo się identyfikowałam z bohaterem, który traci wiarę i pamiętam kilka zdań, które on wypowiada w chwili rozpaczy, a to chyba najwyższy stopień zaangażowania czytelnika w lekturę. Nie wróciłam nigdy potem do tej książki, bojąc się rozczarowania.

Lektura szkolna, której świadomie nie przeczytałam

Sądzę, że musiałam „po łebkach” czytać „Chłopów”, skoro przed maturą wznosiłam modły, które zresztą nie zostały wysłuchane, aby ominęły mnie pytania o dzieło Reymonta. Wiem, że to nie wypada, ale muszę się przyznać, że lubiłam czytać lektury, a w Żeromskim się nawet zaczytywałam. 

Z latarką pod kołdrą czytałam…

Nie wiem, czy z latarką, ale pamiętam swoją lekką obsesję na punkcie ostatniej powieści Marka Hłaski pt. „Palcie ryż każdego dnia”. Nie bardzo dziś rozumiem, co mnie, wówczas piętnastolatkę, tak opętało w tej mrocznej, mizoginistycznej książce, ale słabość do Hłaski pozostała mi do dzisiaj.

Autentycznie się wzruszyłam podczas lektury…

W dzieciństwie i wczesnej młodości, wciąż się wzruszałam czytając. Moja mama często mówiła, że widać po mnie, jaką książkę czytam i zdarzało się, żeby byłam nie do życia, gdy moi bohaterowie cierpieli. Płakałam czytając „Love story” Ericha Segala, wzruszyłam się losem „Anny Kareniny”, gdy czytałam ją  po raz pierwszy. Ostatnie szczere wzruszenie przeżyłam czytając wspaniałą biografię „Van Gogh. Życie”, której autorzy (Gregory Smith i Steven Neifeh) tak sugestywnie opisali cierpienia malarza, że czytałam ją ze łzami w oczach. Dziś najczęściej wzruszam się czytając poezję.    

Książka, której nie chciałabym mieć na półce

Nie chciałabym mieć i nie mam żadnej książki pornograficznej, ani żadnych mrocznych thrillerów, które zupełnie mnie nie kręcą.

Nikomu bym nie pożyczyła…

Nikomu bym nie pożyczyła „Kroniki zapowiedzianej śmierci” G. G. Marqueza, bo już raz komuś pożyczyłam i nie wróciła. Musiałam ją sobie odkupić, ponieważ jest to moja ukochana książka Marqueza, mistrzostwo stylu i stwarzania atmosfery. Wracam do niej co kilka lat i z takim samym zachwytem ją czytam. Stoi więc na wszelki wypadek na samym dole regału, obok pozostałych książek Marqueza, również dla mnie ważnych.

Papier czy czytnik?

Zdecydowanie papier. Miałam okres krótkiej zdrady, gdy dostałam od męża czytnik i próbowałam się przestawić. Nie panowałam nad nim, miałam zwykle pootwieranych kilka książek, nie czułam, ile przeczytałam. I, być może za krótko się przestawiałam, zawsze mi się wydawało, że czytam w mniejszym skupieniu niż książki w papierze. Gdy mi się zepsuł, nigdy już do niego nie wróciłam i mam wrażenie, że ten etap nowoczesności mam za sobą. Należę do tych, którzy uważają, że książka to nie tylko treść, ale cenny przedmiot.

***

Dobromiła Jankowska

Tłumaczka między innymi prozy Lauren Groff, Davida Vanna i Lucii Berlin. Koordynatorka Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania, kieruje Gabinetem Literackim im. T. Różewicza we wrocławskim Muzeum Pana Tadeusza.

Pierwsza książka, która zrobiła na mnie wrażenie

To będzie bardzo dziewczyńska odpowiedź i chyba bardzo popularna w moim pokoleniu – oczywiście „Ania z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery i „Pollyanna” Eleanor H. Porter. Nauczyłam się czytać bardzo szybko i pochłaniałam wszystko, co wpadło mi w ręce, łącznie z poezją Miłosza i Słowackiego (mama uczy w szkole polskiego), ale to te dwie książki uwielbiałam i czytywałam je kilka razy w roku. Do dziś pamiętam całe sceny, obrazy, stroje bohaterów, momenty, w których płakałam, nie mogąc uwierzyć, że Pollyanna będzie jeszcze chodzić, a Gilbert pokocha Anię.

Lektura szkolna, której świadomie nie przeczytałam

Nie ma takiej – jako prymuska i dziecko polonistki nie mogłam czegoś nie przeczytać, bo byłby wstyd na całą szkołę (tak mi się wówczas zdawało). Choć gdyby pytanie brzmiało „które lektury szkolne były dla mnie torturą?”, od razu odpowiedziałabym, że „Plastusiowy pamiętnik” Marii Kownackiej i „Karolcia” Marii Krüger. Nie pamiętam z nich ani jednej sceny, imion bohaterów, zupełna pustka – wyparłam te lektury zupełnie, choć zapewne nie bez powodu pozostają w spisie szkolnych książek obowiązkowych.

Z latarką pod kołdrą czytałam…

Powieści Judith Kranz, kiedy byłam nastolatką, bo marzyłam o podróży do Ameryki i oglądałam namiętnie „Dynastię”. Wydawało mi się, że właśnie takie są Stany – bardzo glamour – a każdy ich mieszkaniec żyje jak w serialu i w powieści. To jednak książki dla dorosłych, więc podbierałam je mamie z półki i czytałam z wypiekami na twarzy o Nowym Jorku (głównie), apartamentach ociekających złotem, drogich samochodach i niepracujących bogaczkach. Były to np. „Tylko Manhattan” i „Dom mody”, ten drugi w przekładzie znajomego tłumacza, dzięki któremu między innymi robię dzisiaj to, co robię. Ach, i jeszcze „Falstaffa” Roberta Nye’a, z którego wówczas niewiele zrozumiałam, ale nie żałuję!

Autentycznie się wzruszyłam podczas lektury…

Wzruszam się niestety z łatwością, nawet oglądając filmiki o zwierzętach w Internecie, więc takich książek jest zaskakująco wiele. Z tych najbliżej pamięci: „Przez rzekę” Andrzeja Stasiuka (i „Biały kruk” tego samego autora, choć pewnie nikt w to nie uwierzy), ostatnio „Nasze dni wczorajsze” Natalii Ginzburg, a z moich przekładów – „Instrukcja dla pań sprzątających” Lucii Berlin. Może się zdawać, że jako kierownik Gabinetu Literackiego im. T. Różewicza i koordynatorka Festiwalu Opowiadania czytam setki książek rocznie, ale to się niestety nie udaje i z nowościami jestem na bakier. Wzruszają mnie proste historie, lubię romansowe książki Jojo Moyes, które chętnie zabieram na wakacje.

Książka, której nie chciałabym mieć na półce

Jestem bardzo praktyczna: jeśli dostaję lub kupuję książkę, która mi się nie podoba i wiem, że do niej nie wrócę, od razu oddaje ją komuś znajomemu albo do biblioteki. Dlatego pewnie nie znam odpowiedzi, bo takich pozycji już nie ma na moich półkach i nie mogę tam zerknąć. Intensywne rozmyślania doprowadziły mnie do nieciekawej odpowiedzi: nie chciałabym mieć kryminałów/thrillerów, bo ich ponowna lektura nie ma sensu. W tylnych rzędach, jak widzę, upchane są biografie, które dostałam w prezencie, a których nie lubię i stare wydania Szekspira w przekładach innych niż Barańczaka.

Nikomu bym nie pożyczyła…

Swojego egzemplarza „Pierścienia z papieru” Zygmunta Haupta – kiedy pisałam o tym niestety nieznanym wciąż w Polsce autorze pracę magisterską, znalezienie książki (wyżej wymienionego zbioru oraz „Szpicy”) graniczyło z cudem. Kilka miesięcy spędziłam na analizie poszczególnych opowiadań takich jak „Deszcz” czy „Coup de grâce”, pieczołowicie podkreślając cytaty, zaznaczając żółtymi karteczkami najważniejsze strony, wynotowując i rozbierając zdania na czynniki pierwsze, aż tom rozpadł się na pojedyncze strony. Dzięki Andrzejowi Stasiukowi „Pierścień”, a potem zbiór „Baskijski diabeł” ukazały się w Wydawnictwie Czarne. To książka, którą przy przeprowadzce biorę zawsze do podręcznej torby, żeby mieć ją przy sobie.

Papier czy czytnik?

Papier, dopóki jeszcze mam miejsce na regale, co nie potrwa długo. Czytnik niezmiennie do romansów i kryminałów zabieranych na wakacje, ale jeśli mam czytać (jak teraz) „Trzy opowieści” Césara Airy, to chcę poczuć, że czytam książkę, siadać z nią w różnych miejscach i wozić ze sobą, żeby wszyscy widzieli.

***

Filip Zawada

Poeta (autor sześciu tomów), prozaik (trzy książki, wśród nich najnowsza „Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek”), muzyk formacji Indigo Tree (były) oraz ITOITO, fotograf, łucznik (z Mistrzostwem Polski), ponadto reżyser i aktor filmów offowych.  

Pierwsza książka, która zrobiła na mnie wrażenie

Był to „Pamiętnik z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego. Przeczytałem go w szkole średniej i poczułem, że zrozumiałem na czym polega rozumienie książek. Do siedemnastego roku życia czytanie kojarzyło mi się z katorgą lub karą za złe zachowanie.

Lektura szkolna, której świadomie nie przeczytałem

„Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej. Wiedziałem już na początku roku, że tego nie zrobię. Czułem, że to ciężar ponad moje siły. Obliczyłem, że kiedy przeczytam wszystkie inne lektury i dostanę dwie pały mniej z gramatyki to na koniec roku powinienem dostać solidną tróję. To mi wystarczało. Ważne żeby nie kiblować – tak sobie powtarzałem, bo nie lubiłem chodzić do szkoły i priorytetem było, żeby jak najszybciej się z niej wydostać.

Z latarką pod kołdrą czytałem…

Czytałem ze świeczką i skończyło się to spaleniem grzywki i lekkim podpaleniem kołdry. Były to „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren. Nie lubiłem tej książki, ale w tamtym okresie pobijałem różne rekordy. Ponieważ ta lektura była najgrubsza jaką znalazłem w bibliotece, postanowiłem zdobyć złoty medal za jej sprawą. Wyobrażałem sobie, że stoję na podium odznaczony za męczarnie jakich doświadczyłem. Do dziś mam wiele podejrzliwości do grubych tomów. Pierwsza myśl jaka się we mnie pojawia to: jakim cudem ktoś miał tyle mądrych rzeczy do powiedzenia.

Autentycznie się wzruszyłem podczas lektury…

Nigdy nie popłakałem się przy żadnej książce. Jeżeli czuję, że lektura wywołuje we mnie zbyt dużo emocji to ją odkładam. Nie potrzebuje wzruszeń. To nie jest przeżycie za którym tęsknię. Lubię być wciągnięty przez pisarza do jego głowy. Fascynuje mnie pytanie jak to możliwe, żeby ktoś napisał taką wspaniałą książkę i takich mam wiele np. „Śmierć pięknych saren” Oty Pavela, „Zen w sztuce łucznictwa” Eugena Herrigela, „Tako rzecze Zaratrustra” Friedricha Nietzche, „Czerwona księga” C. G. Junga, „Jestem tęsknie mówię” Yuko Tsushimy, „Zmierzch” Osamu Dazai, „Błogosławieństwo ziemi” Knuta Hamsuna i kilkadziesiąt innych.

Książka, której nie chciałbym mieć na półce

Ciężko mi powiedzieć o jednej książce. W księgarniach omijam szerokim łukiem kategorię PORADNIKI. Jest to dla mnie kuriozalny pomysł, żeby ktoś miał mi powiedzieć jak żyć, żeby czuć się lepiej. Dużo większe zaufanie w tej sprawie mam do przyjaciół i psychologów i pewnie do nich bym się zwrócił z pomocą kiedy poczułbym dotkliwy brak sensu życia.

Nikomu bym nie pożyczył…

Książki, której nie mam. Zawsze obiecuje sobie, kiedy przeczytam coś fascynującego, że nikomu nie dam dotknąć. Chcę żeby to było tylko dla mnie. Ale potem okazuje się, że wytrzymuje w tym postanowieniu do 10 minut.

Papier czy czytnik?

Podczas długich podróży czytnik poza tym - papier.

***

Michał Zygmunt

Pisarz, scenarzysta. W lutym, nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej, ukazała się jego najnowsza powieść „Krew i honor”. 

Pierwsza książka, która zrobiła na mnie wrażenie

Czytam pasjami od wczesnego dzieciństwa, trudno mi więc przypomnieć sobie która z wielu fascynacji czytelniczych była tą pierwszą. W przedszkolu uwielbiałem komiksy, w szczególności „Tytusa, Romka i Atomka” oraz „Kajka i Kokosza”. Później doszła fantastyczna seria „Thorgal”, którą pochłaniałem przycupnięty między regałami nieczynnej już biblioteki na Szczytnickiej. Przepadałem za nordycką literaturą dziecięcą: „Dziećmi z Bullerbyn”, „Muminkami” i cyklem o Pippi Langstrumpf. Jednak pierwsze prawdziwe lekturowe katharsis przeżyłem czytając „Pięć lat kacetu” Stanisława Grzesiuka, bodaj w piątej klasie podstawówki. Rzecz jasna nielegalnie, znów skryty między regałami na Szczytnickiej.

Lektura szkolna, której świadomie nie przeczytałem

„Odprawa posłów greckich”. Zmuszanie piętnastolatków do czytania archaicznej, niezrozumiałej, a przede wszystkim śmiertelnie nudnej literatury jest w moim przekonaniu jednym z głównych powodów tragicznego stanu czytelnictwa w Polsce. Całymi latami katuje się dzieciaki tekstami, które czytać powinni dopiero studenci polonistyki, utwierdzając przekonanie o literaturze jako czymś nieprzyjemnym i nudnym.

Z latarką pod kołdrą czytałem…

„Malowanego ptaka” Jerzego Kosińskiego. Miałem trzynaście lat, była to więc lektura surowo wzbroniona. Byliśmy z rodzicami na wakacjach nad morzem. Czekałem aż zasną, a potem brałem książkę i chowałem się z latarką pod kołdrą, a czasem w łazience i na tarasie domku. Dygotałem z przejęcia i ze strachu jednocześnie.

Autentycznie się wzruszyłem podczas lektury…

Ostatnio chyba przy „Małym życiu” Hanyi Yanagihary. Powieść podzieliła czytelników i krytyków, widziałem wiele opinii kpiących z jej rzekomo łzawego tonu, ale też pełną zachwytu recenzję Juliusza Kurkiewicza w „Wyborczej”. Mnie „Małe życie” zachwyciło, połknąłem tę cegłę w dwa dni i uroniłem niejedną łezkę. Mimo że naprawdę niełatwo mnie wzruszyć.

Książka, której nie chciałbym mieć na półce

Chyba nie ma takiej książki. Półka jest cierpliwsza niż papier, przyjmie absolutnie wszystko. Moje zainteresowania też są bardzo szerokie. A już na pewno nie mam skłonności do cenzury; nie istnieje dla mnie literatura „niegodna” eksponowania na półce.

Nikomu bym nie pożyczył…

Ja pożyczam z przyjemnością, zwłaszcza odkąd przestałem książki chomikować. Ale w istocie jest jedna pozycja, z którą rozstaję się niechętnie. To moja ulubiona powieść: „American Psycho” Breta Eastona Ellisa w genialnym tłumaczeniu ś.p. Jędrzeja Polaka. Kartki pożółkły, okładka powyginała się we wszystkie strony, ale wciąż czytuję fragmenty niemal każdego dnia. Nie pożyczam też dwutomowych „Łaskawych” Littella. To biały kruk, wysyłano go redakcjom jako egzemplarz recenzencki, w dwóch tomach kupić się tego wydania nie dało.

Papier czy czytnik?           

Latami zarzekałem się, że nigdy nie będę czytał ebooków. Uwielbiam zapach papieru i cenię sobie fizyczność książki; literatura to nie tylko tekst. Czytnik Kindle kupiłem sobie dopiero w styczniu tego roku, przed wyjazdem na urlop. Fajna zabawka, czasem z niej korzystam, ale prawie wyłącznie w nocy, kiedy kładę się do łóżka i chcę przeczytać kilka stron przy wyłączonym świetle. Zdecydowaną większość książek czytam i będę czytał na papierze.