Promiennie uśmiechnięta pani Władysława, pani Leokadia w chmurze czerwonego tiulu, z diademem i w perłach, pełni godności dwaj królowie: Kazimierz i Aleksander oraz wiele innych osób – bohaterami tych przepięknych zdjęć są klienci Dziennego Domu Pomocy (DDP) przy ul. Żeromskiego 37/1 we Wrocławiu.
Spędzają tu sporą część dnia, bo z powodu wieku i stanu zdrowia potrzebują wsparcia w codziennych czynnościach. Ale nie tylko w tym rzecz: DDP jest dla nich także miejscem, w którym spotykają innych ludzi i gdzie mogą brać udział w najróżniejszych zajęciach, a od czasu do czasu także w niecodziennych projektach, na przykład w sesji takiej jak ta.
Te zdjęcia pokazują, jak wiele wartości, ciepła i życia jest w tych pozornie zwyczajnych chwilach. Ukazują naszych klientów w sposób prawdziwy, autentyczny i pełen godności. To opowieść o odwadze, marzeniach i przypomnienie, że siebie nie warto odkładać na później.Fragment zaproszenia na wernisaż wystawy
Więcej zdjęć - także zza kulis sesji - zobaczycie w naszej galerii:
Na wernisaż wystawy przyszli bliscy fotografowanych osób. Byli zachwyceni, zarówno zdjęciami, jak i miejscem, w którym te zdjęcia powstały.
– Mieszkam za granicą i dopiero dziś, gdy tu przyszłam tu po raz pierwszy, zrozumiałam, dlaczego moja mama tak dobrze się tu czuje. Dziękuję – mówiła podczas wernisażu córka jednej z klientek. – Te fotografie, to nie tylko wielka praca opiekunek i terapeutów, ale przede wszystkim ich serce.
– To, że nasi klienci nie mogą się doczekać, kiedy do nas przyjdą i wzruszenie bliskich to dla mnie największa nagroda. Pokazuje, jak głęboki sens ma nasza praca – podkreśla Patrycja Karpicz, dyrektorka MCUS we Wrocławiu.
W tym projekcie wzięli udział wszyscy
Na pomysł, by zrobić taką sesję wpadła Dominika Koparnik, opiekunka, a zdjęcia zrobiła Anna Rendzi, terapeutka zajęciowa, jednak w to niezwykłe przedsięwzięcie zaangażowani byli wszyscy pracownicy DDP przy Żeromskiego: Patrycja, Dorota, Ania, Marta, Dorota, Angelika, Krzysztof, Konrad.
– O tym, by sfotografować naszych klientów właśnie w taki sposób, myślałam o już od jakiegoś czasu – mówi Dominika Koparnik. – Chciałam, żebyśmy wspólnymi siłami stworzyli coś, co będzie miłym przeżyciem dla seniorów, a zarazem prezentem dla ich rodzin. Powstało jakieś tysiąc zdjęć i trudno zdecydować, które jest najładniejsze. Co czuję, gdy na nie patrzę? Miłość. Radość. Nie mogę się na nie napatrzeć.
– Patrzę na te zdjęcia i sama do siebie się uśmiecham. Za każdym razem – mówi Marta Krygier, kierownik Dziennych Domów Pomocy w Miejskim Centrum Usług Socjalnych we Wrocławiu. Wracają do nich także sportretowane osoby.
Tiul, perły i… trytytki
Zdjęcia powstawały od marca do maja. Zanim świetlica zmieniła się w studio, trzeba było zgromadzić odpowiednie rekwizyty. Każdy pracownik DDP przyniósł to, co udało mu się znaleźć w domu albo zdobyć: kobaltową suknię, tiul, koronę, diadem, złotą zasłonę, perły, wachlarz, ozdobne lusterko, sztuczne kwiaty, wysadzaną świecidełkami torebkę, aparat telefoniczny w stylu retro (tak naprawdę jest pozytywką) i wiele innych przedmiotów.
Niektóre elementy strojów zostały zrobione od zera, np. efektowna korona, zdobiąca głowę jednej z fotografowanych pań, powstała z pomalowanych na złoto trytytek, a częścią królewskiego berła jest bombka choinkowa.
Pomysły rodziły się na bieżąco, np. ten z dużym lustrem w ozdobnej ramie.
– Miałam po prostu je trzymać, by panie mogły się podczas sesji przejrzeć, a na zdjęciu okazało się, że portret w takiej ramie wygląda jeszcze lepiej – mówi Dominika Koparnik.
„Podczas tych sesji działa się magia”
Choć trudno w to uwierzyć, autorka tych zdjęć, Anna Rendzi, nie korzystała z profesjonalnego aparatu, zrobiła te zdjęcia komórką. Trwało to kilka tygodni. Sesje odbywały się w świetlicy, równolegle z innymi zajęciami. Efekt przerósł oczekiwania wszystkich zaangażowanych osób i chodzi tu nie tylko o zdjęcia, ale także o to, co działo się w czasie, gdy powstawały.
– Nasi klienci, zwłaszcza ci, którzy mają problemy z pamięcią, raczej nie lubią zmian. Wolą, gdy dzień jest przewidywalny. Tymczasem już po kilku dniach bardzo się w ten projekt zaangażowali i każda sesja odbywała się z udziałem widowni – wspomina Marta Krygier.
Podczas tych sesji działa się magia. Na przykład pani, która na co dzień ma trudności z mową z powodu afazji, powiedziała „Odsuń się, bo mi zasłaniasz”. Odezwała się! Widać, że fotografowanym osobom śmieją się oczy, a nie zawsze tak jest. To była ich chwila, ich czas.Marta Krygier, kierownik Dziennych Domów Pomocy w Miejskim Centrum Usług Socjalnych we Wrocławiu
„Udało się, bo czują się z nami bezpiecznie”
Wszystko odbywało się w myśl zasady „nic na siłę”. Najpierw zrobiono zdjęcia pierwszym odważnym, potem ich kibicom, a następnie kibicom kibiców.
Znamy naszych klientów, wiemy, jak z nimi rozmawiać, czym ich zaciekawić, rozbawić. Lubimy ich, a oni lubią nas. Myślę, że to wszystko udało się właśnie dlatego, że czują się z nami bezpiecznie, ufają nam.Anna Rendzi, autorka zdjęć
Każda sesja była inna.
– Pani Władzia usiadła w fotelu, uśmiechnęła się promiennie i już: zdjęcie było gotowe, bo aparat ją kocha. Czasem jednak trzeba było poczekać na odpowiedni moment, spojrzenie, gest – mówi fotografka.
Zdarzało się, że ktoś miał gorszy dzień i trzeba było przełożyć sesję na kiedy indziej albo po prostu wszyscy, z fotografką włącznie, potrzebowali przerwy. Ostatecznie na udział w zdjęciach zdecydowały się wszystkie 22 osoby. I wszystkie cieszyły się przebraniami.
– Pani Lodzia, która przed miesiącem skończyła 99 lat, tak dobrze poczuła się w swojej różowej sukni, że natychmiast postanowiła pokazać się w niej wszystkim innym. Powiedziała też, że pierwszy raz w życiu miała pomalowane usta – opowiada fotografka. – Pan Kazimierz na początku nie miał ochoty się przebierać, ale chciał mieć zdjęcie. Usiadł, zapozował, a potem się zdecydował na strój i koronę. Z panem Aleksandrem było jeszcze inaczej: od razu był gotowy na wszystko. Ma teraz swoje własne królewskie zdjęcie, ale też piękny podwójny portret z żoną, Jadwigą. Jestem zachwycona tym, jak na siebie patrzą, widać w ich oczach miłość.
***
Dzienny Dom Pomocy przy Żeromskiego to jedna z 11 takich placówek we Wrocławiu, w tym 8 prowadzonych przez Miejskie Centrum Usług Socjalnych (łącznie 200 miejsc), 2 w strukturach MOPS, i jeden prowadzony na zlecenie miasta przez Diakonię.
– Często rozmawiam z bliskimi osób, które potrzebują takiej pomocy i widzę, jak się wahają, jak się boją podzielić z kimś opieką nad mamą, tatą, dziadkami – mówi Marta Krygier. – Zawsze wtedy mówię, że zmęczony 24-godzinną czujnością bliski nie jest w stanie dać z siebie tyle, ile by chciał. To po prostu fizycznie niemożliwe, zwłaszcza jeśli dodatkowo pracuje, ma dzieci, cały dom na głowie. A my jesteśmy właśnie po to, żeby pomóc.