Andrzej Lewandowski: Trudno jest wejść do bramki, w takiej sytuacji jaka spotkała Pana w Szczecinie?
Mariusz Pawełek: – To spotkało mnie pierwszy raz podczas mojej przygody z futbolem, ale jestem już doświadczonym bramkarzem i psychicznie zniosłem to dobrze. Bramkarz powinien mieć trochę czasu, żeby się „dogrzać”, ale ja w przerwie miałem trochę strzałów, chłopcy mnie trochę „poprzeciągali” więc nie było problemu.
Gdzie Pan lubi bardziej grać: na linii bramkowej, czy też hasać po polu karnym?
Mariusz Pawełek: – Nie ma to znaczenia. Lubię grać wszędzie i nie przejmuję się tym, że podczas mojej przygody z piłką wpadły jakieś tam dziwne bramki. Tego nikt się nie ustrzeże. Nawet Manuel Neuer gdy zaczynał w Schalke, popełniał dużo takich błędów, ale wyszło mu to na dobre. Teraz jest najlepszym bramkarzem na świecie.
Gdy był Pan w Polonii Warszawa badano szybkość reakcji bramkarzy. Podobno osiągnął Pan takie wyniki, że ci, którzy robili te testy, złapali się za głowy. Były one na poziomie światowym.
Mariusz Pawełek: – I co tu powiedzieć. Były takie testy, była rywalizacja, byłem też po dobrze przepracowanym okresie przygotowawczym. Kiedy gram nawet mecze sparingowe, ale w pełnych wymiarach czasowych, to o moją formę się nie boję. Ale choćby w Wiśle bywało różnie. Troszkę bramkarzy przyjeżdżało i byli testowani w sparingach. A Pawełek musiał ogrywać się w meczach ligowych. Wychodziło to z różnym skutkiem. Ja jestem tą ostatnią osobą, która stoi na drodze napastnika. Z każdej bramki cię rozliczają, z każdej sytuacji.
W Wiśle było tak, że bramkarze przychodzili i odchodzili, a Pawełek trwał i był nr 1. W Śląsku też tak będzie, że przychodzi pan jako nr 2, a szybko stanie się Pan numerem jeden?
Mariusz Pawełek: – Zobaczymy. Trudno ukryć, że w najbliższym meczu jest szansa, żeby pokazać się z jak najlepszej strony. Moja dyspozycja dnia zadecyduje, czy zagram też w kolejnym spotkaniu.
Czy szalik Dawida Zapiska, chłopca którego Pan poznał i który w 2012 roku zmarł na zanik mięśni, dalej wiesza Pan na bramce?
Mariusz Pawełek: – W Szczecinie go nie założyłem na siatkę, bo to się bardzo szybko działo, ale zawsze mam go ze sobą i wieszam. My smsowaliśmy do siebie, a gdy była taka możliwość to rozmawialiśmy. Zresztą do dziś mam dobry kontakt z mamą Dawidka.
Pan często angażuje się w takie „sercowe” sprawy. To odwiedziny w jakimś domu dziecka, to znów wizyta w piłkarskiej szkółce czy mecz charytatywny.
Mariusz Pawełek: – Na tyle na ile mam czasu i na ile mogę pomóc, staram się to robić. Na takich dzieciach kontakt ze znaną osobą robi wrażenie. Tu też proponowałem organizację takich spotkań i zawsze chętnie wezmę w nich udział. W mojej rodzinnej Lubomii otrzymałem propozycję, abym zajął się pracą z takimi dziećmi. Chcę to robić, ale nie w tym momencie. Jakbym się miał nimi zająć na poważnie, to oczywiście musiałoby to być w 100 procentach, a nie tylko od przypadku do przypadku.
A żona Iwona dalej pracuje w tego typu placówce?
Mariusz Pawełek: – Żona pracowała w domu dziecka. Nawet jak jeszcze zaczynałem grać w Wiśle, to codziennie dojeżdżała z Krakowa 150 km. Potem jednak chcieliśmy mieć własne dzieci, ale jak było Boże Narodzenie żona zaproponowała żeby te dzieci, które zostały w ośrodku, do nas przyjechały. Oczywiście nie można ich zabierać na długo, bo potem te rozstania są bardzo dramatyczne.
Skoro już rozmawiamy o dzieciach, to jak zapatrują się na kolejną przeprowadzkę Kuba i Oliwia?
Mariusz Pawełek: – Jakub już chodził do szkoły, więc był przez ostatni rok tutaj. Teraz cieszę się, że będziemy razem, bo on lubi obserwować to, co ja robię. W tym roku widziałem go tylko przez 20 dni, a komunikowaliśmy się przez Facebooka i Skype’a. Żona przyjeżdżała do Turcji z Oliwią i była półtora miesiąca ze mną, a Kuba zostawał z moją teściową. Jestem pod wrażeniem, jak zaadaptował się do sytuacji.
Wiem, że przez wiele lat był Pan ministrantem i teraz także nie opuszcza Pan niedzielnych mszy. Wiara pomaga?
Mariusz Pawełek: – Na pewno. Modlitwa mnie uspokaja
Różaniec, który zawsze Pan zabierał na boisko, dalej jest przy Panu?
Mariusz Pawełek: – Dostałem go od znajomej z Częstochowy, ale go zgubiłem. Teraz modlę się przed meczem i po meczu
A jak było z tym Turcji?
Mariusz Pawełek: – W Rize oglądałem polską mszę online, bo nie było innej możliwości. Natomiast gdy byłem w Adanie, to był jeden kościół, akurat za hotelem, w którym mieszkałem i miałem blisko. Nawet Turcy tam przychodzili, a w Konyi jak turyści przyjeżdżali, to dostawałem telefon, że przyjechali i jest msza po polsku.
W Turcji nie tylko chodził Pan do kościoła. Jan Woś opowiadał, że jak kiedyś byliście z Odrą Wodzisław na zgrupowaniu w tym kraju, to zademonstrował Pan publicznie taki „taniec brzucha”, że turystki z Niemiec oszalały na pana punkcie.
Mariusz Pawełek: – Wtedy pojechaliśmy na obóz do Alanyi, bo to miasto oraz Wodzisław, były miastami partnerskimi. Rzeczywiście była tak sytuacja, że w hotelu, w którym mieszkaliśmy odbył się pokaz taneczny z wężami. Jedna z artystek wybrała mnie z widowni na scenę. No to pokazałem taniec brzucha (śmiech).
Dalej lubi Pan tańczyć?
Mariusz Pawełek: – Uwielbiam. Koordynację mam, znam dużo technik tanecznych i nie ma z tym problemu. Tę dzisiejszą młodzież jeszcze mógłbym czegoś nauczyć.
To może w przyszłości czeka Pana udział w „Tańcu z gwiazdami”?
Mariusz Pawełek: – Nie, bo bym zawstydził niektórych (śmiech).
Andrzej Lewandowski