Śpiewaczka Aleksandra Kurzak gwiazdą gali sylwestrowej w NFM

Puccini i spełnione marzenia

– Często nam się wydaje, że marzeniem jest coś, co nigdy się nie spełni, coś niedotykalnego, nierealnego. Nie myślałam, że od partii Olimpii w „Opowieściach Hoffmanna” Offenbacha w nowojorskiej MET w 2004 roku przejdę do „Toski” Pucciniego na tej samej scenie – opowiada Aleksandra Kurzak. Wrocławska sopranistka, która od lat występuje w najważniejszych teatrach operowych świata, opowiada o trudnym dla artystów czasie pandemii, koncercie sylwestrowym w Narodowym Forum Muzyki (obejrzymy go nie tylko 31.12 o 18.00, ale przez następne 24 godziny na profilach NFM), ukochanym Wrocławiu i... kulinarnych planach.

Magdalena Talik | 30 grudnia 2020

Magdalena Talik: Mijający rok okazał się niełatwy, także dla Pani, bo pandemia sporo namieszała w grafiku Pani spektakli. Wiele z nich się nie odbyło, niektóre angaże zmieniano na bieżąco. Jak wspomina Pani dzisiaj początek lockdownu?

Aleksandra Kurzak: W marcu śpiewałam w Royal Opera House premierę „Traviaty” Verdiego, a w innych krajach zaczęto już odwoływać spektakle, zamykano granice. Tymczasem w Londynie jakby się nic nie działo, ale miałam poczucie niepewności na scenie, lęku o to, że nie wiadomo, z czym mamy do czynienia.

Kiedy pandemia rozszalała się na dobre, czułam, poza lękiem, jeszcze rozczarowanie, bo nie udało się wystawić „Pajaców” Leoncavalla w Royal Opera House, które miały być transmitowane do kin, żałowałam tego kontraktu. Zatrzymano też nową produkcję „Falstaffa” Verdiego w Bayerische Staatsoper w Monachium, nie odbył się mój debiut w roli Santuzzy w „Rycerskości wieśniaczej” Mascagniego w Arena di Verona. Nie udało się też zorganizować mojego koncertu z zaproszonymi gośćmi z okazji 100. rocznicy urodzin papieża Jana Pawła II w Krakowie, choć szczęśliwie został przeniesiony na przyszły rok.

Odwołano też spektakle „Madame Butterfly” Pucciniego w Teatrze Wielkim Operze Narodowej, a w partii Cio-Cio-San miałam powrócić na tę scenę po kilku latach przerwy. W zamian zaśpiewałam jednak w specjalnym koncercie „A riveder le stelle”, otwierającym sezon w La Scali. Szkoda natomiast, że nie dojdzie do skutku premiera „Króla Rogera” Szymanowskiego w La Scali, przygotowywałam partię Roksany na spektakle w styczniu i lutym.

Zamiast koncertów i spektakli na scenie pojawiły się w okresie pandemii propozycje koncertów online. Najpierw dwóch dla nowojorskiej Metropolitan Opera, potem innych. Teraz zapraszam na galę sylwestrową w NFM z moim udziałem, a także noworoczny koncert z Narodową Orkiestrą Dętą z Lubina.

Gala sylwestrowa z Aleksandrą Kurzak

Gala sylwestrowa z Aleksandrą Kurzak

Termin 31 grudnia 2020 18:00

Miejsce Wydarzenie online

Zobacz

Cieszę się, że udało mi się zaśpiewać na scenie zaplanowane spektakle „Madame Butterfly” w Monachium i dwa spektakle „Pajaców” w Wiedniu, choć drugi odbył się w tragicznym dniu zamachu terrorystycznego w stolicy Austrii.

I znowu było poczucie zagrożenia.

Tak, nie mogliśmy wyjść z teatru i siedzieliśmy tam do późna w nocy, podczas gdy policja otoczyła kordonem całą dzielnicę. Po tych wydarzeniach patrzę na wszystko z większym spokojem, bo na rozmaite sytuacje, choćby rozwój pandemii, nie mamy żadnego wpływu.

Melomani z sal koncertowych przesiedli się przed monitory komputerów. Kwietniowy koncert z Metropolitan Opera, który był transmitowany na żywo z domów znanych śpiewaków, wypadł świetnie. Pamiętam, że w komentarzach do występu Pani z mężem, Robertem Alagną, fani marzyli o tym, aby zostać Państwa sąsiadami. Wypadli Państwo bardzo naturalnie, na luzie.

Tak to wyglądało, ale stres był niewiarygodny. I świadomość, że stoimy przed swoim telefonem przyczepionym taśmą klejącą do komputera, aby nie spadł, we własnym domu, a za chwilę obejrzą nas dziesiątki, może setki tysięcy ludzi na świecie. Dawno się tak bardzo nie denerwowałam.

Chapeau bas dla Petera Gelba, dyrektora MET, całe to duże przedsięwzięcie odbyło się bez żadnych zakłóceń.

Podobnie było podczas drugiego koncertu dla MET z Château de la Chèvre d'Or we francuskim Èze. Podnieśliśmy sobie z Robertem poprzeczkę bardzo wysoko – był to jedyny koncert z tej serii, który odbył się na otwartym powietrzu, w bardzo trudnych warunkach.

My niemal zawieszeni pomiędzy niebem a morzem, na klifie, wilgotność powietrza dająca się we znaki nam i towarzyszącemu kwintetowi, bo na instrumentach zbierały się krople wody. Prawie żadnej akustyki, nie słyszeliśmy siebie dobrze z Robertem i z muzykami. Postawiliśmy wszystko na jedną kartę, ale się udało, koncert wypadł przepięknie.

Udało się Pani też potem zaśpiewać, już dla publiczności, w Monachium i w Wiedniu. Testowano Państwa, artystów, na obecność koronawirusa?

Tak, zarówno w Monachium, jak i w Wiedniu. Zdziwiłam się, że nie było takiego wymogu w Polsce, bo miałam podpisać tylko oświadczenie, że jestem zdrowa, ale równie dobrze mogłam być przecież nosicielem wirusa i czuć się znakomicie.

Za granicą był absolutny obowiązek posiadania testu nie starszego niż 48 godziny, a w pierwszy dzień po przybyciu, przed próbą, był wykonywany kolejny test. W foyer Opery Wiedeńskiej wybudowano nawet laboratorium, wszystkich testowano codziennie, na wynik czekało się pół godziny i wtedy mówiono nam, czy możemy wracać do teatru.

Środki zapobiegawcze były konieczne, bo wcześniej ktoś przeniósł wirusa do teatru i z tego powodu potem wprowadzono obostrzenia.

Z kolei w Monachium byliśmy testowani dwa razy w tygodniu i absolutnie wszyscy musieli nosić maseczki podczas prób, zachować też dystans. Powiększono też orkiestron, aby zachować odstępy między muzykami.

Nie baliśmy się, że się zarazimy, bo każdy pracował w wielkim komforcie psychicznym. Na widowni też zachowano dystans, melomani mieli ubrane maseczki i podeszli do sprawy odpowiedzialnie i świadomie.

Jakie były te wyjątkowe występy, dla mniejszej widowni, przy zupełnie innej atmosferze ogólnej?

Reakcje publiczności były wyjątkowo gorące, czuło się ich tęsknotę za żywym spektaklem. Te owacje, jakby na sali siedziało pięć tysięcy osób, a nie pięćset. „Madame Butterfly” w Monachium graliśmy zresztą dla pięciuset osób, a dyrektor Bayerische Staatsoper, Nikolaus Bachler walczył do końca. Ostatnie spektakle zaprezentował nawet dla pięćdziesięciu melomanów!

Ja sama obejrzałam jednego wieczoru „Eugeniusza Oniegina” w Operze Wiedeńskiej i poczułam większy dyskomfort z pozycji widza niż wcześniej jako wykonawca. Siedzenie w masce przez kilka godzin nie należy do rzeczy przyjemnych. Podziwiałam melomanów, że ich miłość do muzyki, do opery przezwyciężyła wszystko.

Liczmy na to, że sytuacja pandemiczna w 2021 roku zmieni się na tyle, że wrócimy do teatrów. Na razie rozpoczęły się szczepienia. Skorzysta Pani z tej ochrony?

Nigdy nie należałam do przeciwników szczepień, moje dziecko ma pakiet obowiązkowych i fakultatywnych szczepień. Wierzę w medycynę. Zresztą brak szczepień utrudni nam zapewne życie w perspektywie czasu, bo być może nie wejdziemy do samolotu czy na koncert.

Najbliższy, z Pani udziałem, to wieczór sylwestrowy z West Side Sinfoniettą w Narodowym Forum Muzyki. W programie arie, których melomani mogą też posłuchać na Pani najnowszym albumie „Desire”, nagranym dla Sony Classical. Wśród nich Pani debiut w partii Toski.

To jedna z piękniejszych arii w literaturze operowej, modlitwa, nasza własna rozmowa z Bogiem, moment refleksji nad sobą, nad życiem, tym, co jest ważne. Muzyka jest wspaniała, zawsze byłam stuprocentową fanką Pucciniego, absolutnie zakochaną w jego operach.

Wiosną przyszłego roku, jeśli pozwoli na to sytuacja pandemiczna, zadebiutuję też jako Tosca w Operze Paryskiej.

Później tę samą partię wykonam w Metropolitan Opera, która, miejmy nadzieję, otworzy się na nowo.

W programie gali sylwestrowej w NFM także wiele innych niespodzianek dla melomanów. Choćby subtelna aria Rusałki do księżyca z opery Antonina Dworzaka, w bardzo słowiańskim duchu.

To bliska nam muzyka i jedna z piękniejszych arii na sopran.

I zaśpiewam też arię z operetki „Giuditta” Franza Lehára, którą uwielbiam. Bardzo zresztą żałuję, że nie ma już Operetki Wrocławskiej, jak niegdyś. Nie powinno się odchodzić od klasycznej operetki. To trudny gatunek, ale jeśli wykonujemy muzykę na wysokim poziomie, jest absolutnym majstersztykiem.

Patrząc jak program koncertu rozpoczyna Pani arią Rozyny z „Cyrulika sewilskiego” Gioacchino Rossiniego, myślę, jaką drogę artystyczną przeszła Pani, jak zmieniał się Pani głos. Od Mozarta i Rossiniego do Pucciniego, o którego śpiewaniu bała się Pani marzyć, bo nie wiedziała Pani wówczas, jak będzie się rozwijał Pani głos.

Często nam się wydaje, że marzeniem jest coś, co nigdy się nie spełni, coś niedotykalnego, nierealnego. Nie myślałam, że od partii Olimpii w „Opowieściach Hoffmanna” Offenbacha w MET w 2004 roku przejdę do „Toski” Pucciniego na tej samej scenie, z widownią na cztery tysiące osób.

Ale moim marzeniem zawsze była „Tosca” i „Madame Butterfly” i jeszcze mogę zaśpiewać te partie na scenach w Londynie, Nowym Jorku, Paryżu, Monachium.

Zdradzę, że na następne lata w MET mam przewidziane same partie Pucciniowskie. Moje marzenie się naprawdę spełniło, teraz myślę o tym, aby MET się otworzyła, abyśmy zaczęli normalnie pracować.

Pamiętam, że w pandemii nie tylko Pani ćwiczyła, przygotowywała role, koncertowała, ale też gotowała. Wspólnie z mężem?

Nie dopuszczam nikogo do kuchni, kiedy sama gotuję, bo twierdzę, że robię to lepiej. Ale skłamałbym, mówiąc, że przyrządzanie potraw mnie relaksuje. Po prostu uwielbiam dobrze zjeść, ale tak będzie, jeśli ten posiłek przyrządzę sama.

A od kiedy na świecie jest moja córka Malena, zaczęłam gotować więcej, aby jadła dobrze przygotowane posiłki ze zdrowych produktów. Więcej też teraz wymyślam, eksperymentuję z przepisami z internetu. Stąd dużo postów na Instagramie, zresztą w okresie pandemii nie było czego wrzucać na profil.

Domowa lasagna Aleksandry Kurzak/fot. Instagram śpiewaczki

Polskie Wydawnictwo Muzyczne zaproponowało nawet, że wyda moją książkę kucharską, ale nie udało się zgrać terminów. Nie odejdziemy jednak od tematu, bo zrobiłam już sama artystyczne zdjęcia potraw, które ugotowałam, a całość miała być zainspirowana konkretną operą, jej miejscem akcji w danym regionie czy mieście. To byłby ciekawy dodatek dla melomanów i moich fanów.

Ma Pani przepis, który jest zawsze stuprocentowym sukcesem?

Naprawdę wychodzą mi pasty. Mam męża Sycylijczyka i stuprocentowo sycylijskich teściów, a ostatnio teściowa stwierdziła, że lepiej przyrządzam makaron niż ona. Malena też jest fanką moich spaghetti. Warunek jest jeden, czyli dobrej jakości produkty – oliwa, dojrzałe słodkie pomidory, świeża bazylia, super pancetta, czyli wędzony boczek, świeża bazylia. To najlepsze połączenie na świecie.

Sama Pani wypracowała sekret przyrządzania?

Mam miks przypraw, które kiedyś odkryłam na Sycylii, za każdym razem dodaję je do czego się tylko da. Jest tam peperoncino, oregano, czosnek, suszone zioła. To ten sekretny składnik, który sprawia, że dania są wyjątkowe.

Niedawno filmowała Panią we Wrocławiu stacja TVN. Spaceruje Pani z rodziną po Rynku, zaglądacie do Opery Wrocławskiej, czas spędzacie też u Pani rodziców. A gdzie jest teraz Pani dom?

Mamy dom w Warszawie, choć teraz zamieniamy go na dom we Wrocławiu, bo tu są moi rodzice – dziadkowie, których Malena uwielbia z wzajemnością. Dom w Warszawie kupiłam w innym momencie mojego życia, chciałam wtedy mieszkać w dużym mieście, a teraz uwielbiam nasz Wrocław.

Na wrocławskim rynku – Aleksandra Kurzak z mamą Jolantą Żmurko, mężem Robertem Alagną i córką Maleną/fot. Instagram śpiewaczki

Jest tu wygoda życia, wszystko jest bliżej, szybciej, to absolutnie miejsce, gdzie się dobrze żyje. Ale też cały czas podróżujemy, czujemy się obywatelami świata, więc nasz dom jest tam, gdzie jeździmy.