Brave na półmetku – emocje na szczycie

Na tym przeglądzie artyzm w swoim klasycznym rozumieniu ustępuje miejsca spontaniczności, intuicji i szczerości. Brave Festival nie jest więc najlepszą pożywką dla krytyków, którzy zwykli oceniać, czy sztuka przerosła artystę, czy może to artysta nie dał sztuce żadnych szans. Tu reguły gry są oparte na prawdzie, której nie da się ani wykpić, ani jej zaprzeczyć.        

  • Los Paveros, fot. M. Bral

    Los Paveros, fot. M. Bral

  • ILL-Abilities, fot. M. Bral

    ILL-Abilities, fot. M. Bral

  • ILL-Abilities, fot. M. Bral

  • ILL-Abilities, fot. M. Bral

  • ILL-Abilities, fot. M. Bral

  • ILL-Abilities, fot. M. Bral

  • ILL-Abilities, fot. M. Bral

  • ILL-Abilities, fot. M. Bral

  • ILL-Abilities, fot. M. Bral

  • ILL-Abilities, fot. M. Bral

  • Lucas Avendaño, fot. M. Bral

    Lucas Avendaño, fot. M. Bral

  • Lucas Avendaño, fot. M. Bral

    Lucas Avendaño, fot. M. Bral

  • Lucas Avendaño, fot. M. Bral

    Lucas Avendaño, fot. M. Bral

  • Lucas Avendaño, fot. M. Bral

    Lucas Avendaño, fot. M. Bral

  • Alessandro Schiattarella, fot. M. Bral

    Alessandro Schiattarella, fot. M. Bral

  • Alessandro Schiattarella, fot. M. Bral

    Alessandro Schiattarella, fot. M. Bral

  • Albino Revolution Cultural Troupe

    Albino Revolution Cultural Troupe

  • Albino Revolution Cultural Troupe, fot. M. Bral

    Albino Revolution Cultural Troupe, fot. M. Bral

  • Albino Revolution Cultural Troupe, fot. M. Bral

    Albino Revolution Cultural Troupe, fot. M. Bral

  • Albino Revolution Cultural Troupe, fot. M. Bral

    Albino Revolution Cultural Troupe, fot. M. Bral

  • Albino Revolution Cultural Troupe, fot. M. Bral

    Albino Revolution Cultural Troupe, fot. M. Bral

  • Albino Revolution Cultural Troupe, fot. M. Bral

    Albino Revolution Cultural Troupe, fot. M. Bral

  • Albino Revolution Cultural Troupe, fot. M. Bral

    Albino Revolution Cultural Troupe, fot. M. Bral

  • Los Paveros, fot. M. Bral

    Los Paveros, fot. M. Bral

  • Los Paveros, fot. M. Bral

    Los Paveros, fot. M. Bral

  • Los Paveros, fot. M. Bral

    Los Paveros, fot. M. Bral

  • Los Paveros, fot. M. Bral

    Los Paveros, fot. M. Bral

  • Los Paveros, fot. M. Bral

    Los Paveros, fot. M. Bral

  • Los Paveros, fot. M. Bral

    Los Paveros, fot. M. Bral

  • Los Paveros, fot. M. Bral

    Los Paveros, fot. M. Bral


Tam, skąd przybyli, nie są anonimowi. Ale „wielki świat” o nich nie słyszał lub udaje, że nie istnieją. Tam, gdzie mieszkają, to nie jest raj na ziemi. Przeciwnie, to często miejsca, grożące utratą zdrowia czy życia i czegoś być może najbardziej wartościowego – własnej tożsamości.

Ci (albo to), którzy odmawiają Widzialnym/Niewidzialnym prawa do godnego życia, zamykają ich w „gettach” stereotypów i uprzedzeń, są ich wrogami. Z wrogami zwykło się walczyć. I oni tę walkę podjęli. Poprzez sztukę – taniec, teatr, muzykę i śpiew. Przyjechali do Wrocławia, żeby pokazać, jak to robią. Empatyczni. Otwarci. Odważni. 

Kiedy breakdance przywraca sens życia...

...wiedzą najlepiej ILL-Abilities – międzynarodowa grupa tancerzy, której przewodzi Kanadyjczyk Luka „Lazylegz” (Leniwe Nogi) Patuelli. Ci dotknięci różnymi niepełnosprawnościami młodzi ludzie są żywym i bardzo energetycznym dowodem siły woli, determinacji i przekonania, że największe bariery rodzą się w głowie. Jeśli umysł ich nie poprzewraca, nawet najzdrowsze ciało nie wyjdzie z kryzysu.

Luca „Lazylegz” właściwie nie ma nóg, a one to przecież główne „narzędzie” tancerzy breakdance. To, co wyczynia jednak w rytm muzyki ze swoim ciałem, podpierając się tylko ortopedycznymi kulami, pokazuje, że temu człowiekowi nogi nie są w zasadzie potrzebne. Do tańca.

Niezwykła ekipa tancerzy „Bez wymówek. Bez ograniczeń” (to hasło towarzyszące ich życiu i sztuce) – ludzi z protezami nóg, bez palców, z wrodzoną głuchotą – stanęła odważnie do breakdace'owej bitwy z polskimi tancerzami. Wszyscy wygrali. Poległo natomiast kolejne tabu.

Paradoksalnie, to dzięki swoim fizycznym wadom, b-boye z ILL-Abilities zdobyli rozgłos na całym świecie. Czy byliby równie zdeterminowani, odważni i twórczy, gdyby nie mieli żadnych ograniczeń?  

Muxe – kolorowy jak ptak...

...ale nie jak taki, dla którego Meksykanin Lucas Avendaño zagrał swoje performerskie „Requiem dla alcaravan”.

Alcaravan jest bowiem raczej niepozornym, szarym skrzydlatym stworzeniem, za to dźwięki, które z siebie wydaje, są na tyle niezwykłe, że stały się inspiracją meksykańskich tańców ludowych. Avendaño uwodził zaś widzów perfekcyjnie odszytymi i niezwykle barwnymi strojami z regionu Oaxaca. Tam żyją Indianie z plemienia Zapoteków. To miejsce pochodzenia Lucasa Avendaño.

Zaskakujący artysta opowiedział historię swojej trzeciej płci (muxe, w której mieszczą się zarówno homoseksualizm, jak i transseksualizm) w kontekście miejscowych, zapoteckich rytuałów – zaślubin, pożegnania z ukochaną osobą czy żałoby po śmierci bliskich.

Transpłciowy Avendaño wymyślił sobie przedstawienie z czytelnym, autobiograficznym kontekstem i ciekawą formą, w tempie narzuconym sugestywną muzyką meksykańskich trąbek. Widzowie nie wzbraniali się przed wejściem w narzuconą przez Avendaño konwencję współuczestniczenia w jego autorskim misterium. Pomogli mu, bardzo udanie zresztą, przejść kolejne sekwencje godzinnej opowieści człowieka uwięzionego między dwiema, bardzo odmiennymi, płciami. 

Krótka rozprawa z nieuleczalną chorobą

Tu znów podziw – dla umiejętności, mowy ciała, artystycznej wypowiedzi. Alessandro Schiattarella nie jest amatorem w swojej dziedzinie. To w pełni świadomy artysta o korzeniach włosko-szwajcarskich, uczeń szkoły Béjarta, choreograf, tancerz m.in. Ballet du Grand Theatre. W takich miejscach ciało – nienaganne i perfekcyjne – jest bazą do pracy, podstawą tworzonej sztuki. A Schiattarella w zasadzie nie spełnia tych warunków. Jako nastolatek zachorował bowiem na miopatię (odmiana stwardnienia rozsianego bocznego, miopatia), w wyniku której siła i sprawność jego rąk powoli się osłabiają. Siła woli i ogromy wysiłek doprowadziły go jednak do elitarnego grona w pełni sprawnych artystów.

Na festiwalu pokazał się w dwóch krótkich odsłonach. W 20-minutowej solówce „Altrove” (Gdzieś) artysta jest jak jaszczurka, która zastyga w bezruchu. Wystawiony na światło i otwartą przestrzeń ściany, zdaje się szukać bezpiecznego azylu przed oczami i oceną innych ludzi, a może nawet atakiem z ich strony. Tak tancerz konfrontuje się ze swoją odmiennością w świecie „doskonałych” artystów.

Potem w dłuższym pokazie „Powiedz, gdzie to jest” (Tell me where it is), niejako kontynuacji pierwszej odsłony, Schiattarella-artysta już „nie wstydzi się” choroby, podejmuje decyzję o wyjściu z ukrycia.

Teraz, na poły profesjonalny tancerz, na poły człowiek z nieuleczalnym schorzeniem, świadomy, że nie może ani porzucić swojej pasji, ani rozstać się z chorobą, szuka czegoś pomiędzy. Innej ekspresji, innego ruchu, innej artystycznej wymowy. Stając prawie nago przed nieznanym sobie widzem – z jednej strony onieśmiela, z drugiej budzi szczery szacunek. 

Stopy mają całe, nóg nie połamali, a widzowie chcieli bisów 

„Społeczeństwo wierzy, że albinosi nie nadają się do pracy. Nawet podczas naszych występów ludzie komentują: Hej, zaraz popękają im stopy, połamią sobie nogi! Ale kiedy nic takiego się nie dzieje, zdają sobie sprawę, że się mylili. Nasza grupa ma w nazwie rewolucję, ponieważ naszym celem jest powszechna zmiana podejścia do albinosów w Tanzanii” – to można wyczytać z programu Brave Festival o wydarzeniu, w którym, tak się wydaje, wrocławscy widzowie uczestniczyli po raz pierwszy w życiu.

Po raz pierwszy w życiu również ARCT, czyli Albino Revolution Cultural Troupe, opuścili swoją Tanzanię i kontynent, żeby w tak dalekim i egzotycznym dla siebie kraju, jak Polska, opowiedzieć historię afrykańskich albinosów. Odrzucanych i dyskryminowanych przez swoich rodaków, którzy dotkniętych albinizmem Aftykańczyków uważają za źródło wszelkiego zła.

Albinosi w Tanzanii żyją właściwie w ciągłym strachu przed okaleczeniem i śmiercią. Ktoś niespełna rozumu orzekł bowiem, że ciało albinosów ma magiczną moc, i dlatego fragmenty ich pozbawionej barwnika skóry, nóg, rąk, genitalia czy krew, należy traktować jak niezwykłe amulety. Inni zaś niespełna rozumu ludzie kupują je od odrażających handlarzy.

ARCT, 10-osobowa grupa, z której osiem osób choruje na bielactwo, o swoim dramatycznym losie opowiedziała i zaśpiewała z towarzyszeniem tanzańskich bębnów kinganga, djembe i ngoma. Regionalne pieśni i autorskie kompozycje traktowały też o szacunku do przyrody i konieczności jej ochrony, o plemiennej inicjacji przyszłych małżonków, o poszanowaniu tradycji i ludzi.

Za taniec, akrobacje, szaloną grę na instrumentach, kolorowe kostiumy, ale i wielką radość, z którą chcieli się dzielić, Tanzańczycy dostali długą owację na stojąco. Potem przekroczyli teatralną rampę i przybijali sobie piątki z widzami. Tak działa artystyczna terapia.  

Pacha mama jest tylko jedna – śpiewają, by ją chronić

Kto wie, czy ten wieczór na Brave Festiwal nie zostanie zapamiętany najbardziej. Na scenie czterech farmerów z kolumbijskiej wioski, skazanej na wyludnienie i ekologiczną zagładę na skutek działalności koncernów produkujących olej palmowy.

Jako Los Paveros stanęli przed publicznością w prywatnych ubraniach, z jedną gitarą i dwoma sugestywnymi rekwizytami – kosą i kamizelką kuloodporną. W tle – fragment filmu, pokazujący, kim są na co dzień, dlaczego odebrano im spokojne kiedyś i wystarczająco dostanie życie, i jak pokojowo postanowili przeciwstawić się przemocy. Ekonomicznej i fizycznej.

Podobne rzeczy mówią już ze sceny, do mikrofonu, który drży w ręce, ale wypowiadane słowa są nośne. Tak jak pieśni, które sami napisali, a teraz wykorzystują jako oręż w bezkrwawej walce o godność, przyszłość, o swoją pacha mama (matkę ziemię). 

 „Opowiem ci pewną historię” to był niezwykły, ascetyczny wręcz w formie, koncert na cztery głosy, odegrany w imieniu wszystkich Kolumbijczyków o spracowanych dłoniach, ale nieugiętych karkach. Los Paveros, skonfrontowani z potęgą ziemskich posiadaczy i bezzwględnych koncernów – wielokrotnie przesiedlani, zastraszani, brutalnie traktowani, ale zjednoczeni poprzez sztukę. Właśnie to nam pokazali.

Co jeszcze jest do zobaczenia na festiwalu

Piątek, sobota [20-21 lipca]

Głowne punkty piątkowego i sobotniego programu na piątek to występy duetu – francuskiej tancerki i choreografki Mélanie Lomoff z nietuzinkową Hinduską Ramą Vaidyanathan oraz kongijskiego muzyka Menesa la Plume.

Mélanie Lomoff i Rama Vaidyanathan wystąpią w Imparcie (godz. 18.00) w scenicznej konfrontacji łamiącej sztywne granice tanecznych konwencji. Francuska tancerka połączy pozornie niepasujące do siebie elementy baletu klasycznego i tańca współczesnego. Z kolei Hinduska oczaruje mimiką, gestami i strojem w klasycznym tańcu bharatanatjam z Indii.

Menes la Plume – poeta i hiphopowy muzyk z Konga – w Arsenale Miejskim (godz. 21.00) zagra z muzykami z Malawi. Koncert będzie opowieścią o stracie, trwaniu w marazmie, bezdomności i oczekiwaniu na powtórną szansę. Menes la Plume wystąpi na Brave Festival także w sobotę (godz. 21.00).

Niedziela [22 lipca]

Wielki finał Brave Festival 2018. Bilety na koncert w Teatrze Capitol są już niestety wyprzedane, ale tego dnia można spotkać się z głównymi aktorami finału w podwórku Capitolu (godz. 17.00). Spotkanie z artystami z kenijskiej grupy Ghetto Classics w towarzystwie Radzimira Dębskiego (JIMEK) jest bezpłatne.

Za mały finał tegorocznej edycji można uznać występ słynnej teatralnej grupy Mashirika z Kigali, która w Imparcie opowie o terapeutycznej mocy sztuki w spektaklu „Nadzieja Afryki”, opartym na relacjach świadków ludobójstwa w Rwandzie (godz. 18.30). Grupa wystąpi w Imparcie także dzień wcześniej – w sobotę (godz. 18.00).

W międzyczasie trwają spotkania z artystami w ramach programu Brave Meetings, a do soboty w DCF-ie można oglądać filmy wybrane do repertuaru przeglądu Brave: Forbidden Cinema. Wśród nich „Ptaki śpiewają w Kigali” (reż. Joanna Kos-Krauze) z aktorką Eliane Umuhire z grupy teatralnej Mashirika.

Wydarzeniem towarzyszącym są też czytania książek w ramach Brave Contexts.

Zobacz pełny harmonogram festiwalu 

Bilety w sprzedaży

Bilety na wydarzenia Brave Festival 2018 są dostępne w punktach sprzedaży Eventim, online, w Centrum Festiwalowym w Barbarze (przy ul. Świdnickiej) oraz dodatkowo, w przypadku przeglądu filmowego, również w kasach Dolnośląskiego Centrum Filmowego.

Przypominamy, że cały dochód ze sprzedaży biletów na Brave Festival, od pierwszej edycji, jest przekazywany międzynarodowej organizacji charytatywnej ROKPA, niosącej pomoc ubogim i osieroconym dzieciom w Tybecie. 

Zdjęcia: Mateusz Bral

Zgłoś uwagę