Psy ratownicze z Wrocławia (ZDJĘCIA)

Pracują od 10 lat


Potrzebują zaledwie 30 minut, by przeszukać 10 hektarów. Człowieka wyczują nawet na kilometr. Często są ostatnią deską ratunku.

Mowa o psach ratowniczych z Jednostki Ratownictwa Specjalistycznego Ochotniczej Straży Pożarnej we Wrocławiu. Są największą tego typu grupą na Dolnym Śląsku. Mają 14 psów z państwowym certyfikatem oraz w trakcie szkolenia. Specjalizują się w poszukiwaniu osób zaginionych i uwięzionych pod gruzami i w terenie. Psy są własnością przewodników.

Do tej pracy najlepiej nadają się labradory, border collie, owczarki belgijskie tervueren, jednak nie rasa psa jest najważniejsza. Pierwsze testy przechodzą, gdy szczenięta mają 7-8 tygodni.

– Najważniejsze, by chciał się bawić z człowiekiem, bo całe szkolenie jest na tym oparte i musi mu to sprawiać radość – wyjaśnia Grzegorz Borkowski, przewodnik psa i prezes Jednostki Ratownictwa Specjalistycznego OSP Wrocław.

Psy mogą być dwóch specjalności – gruzowiskowe i terenowe. Różnica jest w podłożu poszukiwań.

– Poszukując w terenie mamy ziemię czy ściółkę leśną. Teren jest otwarty. Pies czuje się swobodnie, jest w swoim naturalnym środowisku. Na gruzowisku jest inaczej. Może być beton, drewno, blachy, pręty, ogień i dym. Jest dużo zapachów. Po zawaleniu budynku, w gruzowisku są ubrania, może być niedokończony obiad. Gruzy wymagają od psa większej koncentracji – tłumaczy Grzegorz Borkowski.

Człowiek jest w stanie wyselekcjonować kilka zapachów, pies setki

Zapamięta je i podzieli. My w tej konkurencji z czworonogiem przegramy z kretesem. Poczujemy np. obiad i tyle, pies wydzieli w tym zapachu człowieka. Dzięki psom bardzo szybko można wykluczyć obszar, w którym nie ma zaginionego. Pies potrzebuje 30 minut, by przeszukać 10 hektarów (na taki obszar potrzeba 50 osób, a i tak nie zrobią tego tak dokładnie jak pies). A ten w terenie wyczuje człowieka nawet z odległości kilometra. W zespole są przewodnicy z psami, nawigatorzy, którzy w terenie mają mapy i nawigacje i cały czas sprawdzają położenie. Ale zanim akcja się rozpocznie, specjalny zespół robi wywiad. Zbierają informacje od rodziny, sąsiadów, policji o poszukiwanej osobie, np. jakie miała schorzenia, co ostatnio mówiła.

Największą radością są łzy najbliższych

Najczęściej szukają dzieci i osoby chore na alzheimera. W tych ostatnich przypadkach są przesłanki pozwalające określić, gdzie taka osoba mogła pójść i gdzie jej szukać. Osoby te idą zawsze do przodu. Jak napotykają przeszkodę, idą z powrotem. W ubiegłym roku mieli 20 akcji i to było dużo. Ostatnia była w na początku kwietnia w Lubiążu, szukali 93-letniej kobiety. Pod Zieloną Górę razem z policją szukali 3-letniej dziewczynki. Znaleźono ją po kilku godzinach poszukiwań, była 3 km od domu.

Najlepszym podziękowaniem są łzy rodziny, że się udało. To długo pozostaje w pamięci – mówią ratownicy.

Pracują od 2004 r., w tym roku świętują 10-lecie

Jednostka liczy 33 osoby, do akcji może wyjechać 24 ratowników, pozostali przechodzą szkolenia. Każdy jest ratownikiem i potrafi udzielić kwalifikowanej pierwszej pomocy. Są strażakami z krwi i kości. Potrafią ugasić ogień czy rozciąć samochód w wypadku komunikacyjnym. W grupie są trzy małżeństwa i jedna para.

– To wygodna sytuacja, bo nie trzeba się tłumaczyć – śmieje się Grzegorz Borkowski, a żona Paula, także strażak-przewodnik psa, dodaje: – Ale czasami jest ciężko, by pogodzić pracę, treningi z psami i wychowanie dzieci. Synów często zabieramy na treningi.

Ratownik i przewodnik psa Magdalena Chalecka w jednostce jest razem z 18-letnim synem Witkiem:

– Dzięki temu razem łączymy nasze pasje, ale każde z nas ma swojego psa.

Jednostka jest ochotnicza. Oznacza to, że każdy gdzieś pracuje zawodowo. Średnia wieku to trzydzieści parę lat. W grupie najwięcej jest informatyków, są prawnicy, menedżerowie, studenci. Przychodzą rano do pracy i nigdy nie są pewni, o której będą w domu. Jeżeli otrzymają sygnał na telefon, to w ciągu pół godziny muszą być w jednostce przy ul. Wierzbowej i wyjeżdżają do akcji. Co na to pracodawcy?

– Najczęściej się na to zgadzają. Bierzemy bezpłatny dzień wolny lub urlop – dodaje prezes.

Jednostkę finansuje Gmina Wrocław. Są organizacją pożytku publicznego i zbierają wpłaty z 1 procenta. Współpracują z Miejskim Przedsiębiorstwem Komunikacyjnym, uczestnicząc w organizowanych przez nich festynach w zajezdni przy ul. Powstańców Śląskich. W najbliższych dniach na ekranach w autobusach i tramwajach będzie wyświetlana prezentacja o ich działalności.

Jarek Ratajczak

fot. Łukasz Telus, naczelnik OSP JRS we Wrocławiu

Zgłoś uwagę