Miękkie lądowanie. Po koncercie orkiestry Royal Concertgebouw

Na taki koncert można czekać miesiącami, a kiedy się skończy odliczać czas do następnego. Po występie holenderskiego zespołu wypada mieć nadzieję, że do Narodowego Forum Muzyki instrumentaliści jeszcze powrócą.

  • herreweghe concertgebouw

    Philippe Herreweghe dyryguje The Royal Concertgebouw Orchestra w NFM/fot. Sławek Przerwa/NFM

  • herreweghe concertgebouw

    Philippe Herreweghe dyrygował The Royal Concertgebouw Orchestra w NFM/fot. Sławek Przerwa/NFM

  • herreweghe concertgebouw

    Philippe Herreweghe dyryguje The Royal Concertgebouw Orchestra w NFM. Przy fortepianie Yefim Bronfman/fot. Sławek Przerwa/NFM


The Royal Concertgebouw Orchestra – kiedyś we Wrocławiu nie do pomyślenia. Nie było sali, warunków, pieniędzy. Melomani jeździli do Amsterdamu, albo szukali w programie europejskiego tournée najbliższego nam zagranicznego miasta, aby posłuchać orkiestry uznawanej przez wielu krytyków za najlepszą symfoniczną na świecie.

We wtorek 6 listopada holenderski zespół wystąpił na scenie w Narodowym Forum Muzyki. Komplet publiczności, owacja na stojąco po każdej z części wieczoru, zachwyt nad grą muzyków, którzy muzykę nie tylko grają, potrafią się w niej zatracić. I mają chęć dzielić się swoim doświadczeniem z młodymi instrumentalistami, którzy dopiero zaczynają swoją karierę.

Młodzi muzycy biorą lekcje mistrzowskie

Dzięki realizowanemu w NFM projektowi Akademia Orkiestrowa i w porozumieniu z The Royal Concertgebouw Orchestra udało się zrealizować wyjątkowy projekt. Młodzi adepci zagrali uwerturę do opery „Oberon” Carla Marii von Webera pierwszy z utworów w programie koncertu wspólnie z muzykami holenderskiej formacji. Nie wiadomo, czy utwór był już w rozpisce na ten sezon, czy wybrano go z myślą o Wrocławiu (Weber pełnił tu na początku XIX wieku funkcję dyrektora teatru).

Niezależnie od tego, uwertura pod batutą Philippe'a Herreweghe wybrzmiała świetnie, a wszyscy muzycy grali jakby ćwiczyli ze sobą od zawsze. Dobry znak na przyszłość dla utalentowanych Polaków. Może nie wszystkich czeka kariera na miarę kontrabasisty Bartosza Sikorskiego u Wiedeńskich Filharmoników, czy skrzypaczki Iwony Muszyńskiej u Londyńczyków, ale możliwość podpatrywania największych artystów zawsze procentuje.

Dojrzałość Bronfmana

Sensacją wieczoru było, mimo II Symfonii Johannesa Brahmsa, chyba jednak wykonanie IV Koncertu fortepianowego Ludwiga van Beethovena z Yefimem Bronfmanem jako solistą. Dojrzałość jest w wielu przypadkach (jak choćby u dyrygentów) cechą wybitnie pożądaną.

Urodzony w Uzbekistanie artysta grał bowiem z ogromną swobodą, bez konieczności udowadniania czegokolwiek, jednocześnie z miękkością, której próżno poszukiwać w wielu współczesnych wykonaniach, technicznie perfekcyjnych, ale pozbawionych jakiegokolwiek uczucia. Bronfman zaprezentował bardzo osobistego Beethovena, przemyślanego, inteligentnie zaplanowanego i tak przepięknie dialogującego z orkiestrą, że słuchanie tego wykonania było czystym zadowoleniem.

Brzmienie jak aksamit

O tym, jak grają muzycy Royal Concertgebouw (choćby we wspomnianej II Symfonii Brahmsa), można byłoby rozwodzić się z detalami długo. Nie tylko charakteryzuje ich dbałość o stylowe wykonanie, szacunek dla wielkiej tradycji, ale może przede wszystkim miękkie brzmienie.

To orkiestra, którą pokochają fani Wiedeńskich Filharmoników, bo tamten zespół też gra z ogromną łagodnością. Ale aksamitne kantyleny skrzypiec u Holendrów trudno porównywać z czymkolwiek innym. Plus fantastyczną symbiozę wszystkich sekcji – o smyczkach nie wspominając, ale instrumenty dęte drewniane to marzenie (wejścia klarnetu, czy oboju były genialne!). Słuchać tego zespołu znaczyło autentycznie zanurzyć się w muzykę. Z miękkim, bezpiecznym lądowaniem, które obezwładnia.

Zgłoś uwagę