Jerzy Bogdan Kos

Ospa 1963.
Lato grozy we Wrocławiu

Przekonywałem, że wszystko trzeba opisać, zgromadzić jak największą ilość dokumentów o pierwszych dniach epidemii i jej przebiegu. Doktor popatrzył na mnie i powiedział ze spokojem: „Człowieku, weź się do roboty lekarskiej.”

Magdalena Talik: Zbliża się 55. rocznica pojawienia się epidemii ospy we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku, która trwała ponad dwa miesiące. Stan pogotowia przeciwepidemicznego ogłoszono 15 lipca, a odwołano 19 września, po 66 dniach. Jak jedyna tak duża epidemia ospy w Europie zaczęła się dla Pana?

Jerzy Bogdan Kos: Byłem wtedy ordynatorem Oddziału Chorób Zakaźnych Szpitala Rejonowego w Będkowie koło Trzebnicy. Oprócz tego pisałem też do wiadomości wrocławskich, ogólnopolskich i pamiętam, jak przyszło mi do głowy, że ospa to jest temat, który pojawił po raz pierwszy po  kilkunastu latach  i zasługuje na głębszą uwagę nie tylko lekarzy. Z propozycją upowszechnienia wiedzy o tej chorobie i gromadzenia informacji o jej obecnym przebiegu poszedłem do dr. Stanisława Penara, dyrektora Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia  i Opieki Społecznej. Przekonywałem, że wszystko trzeba opisać, zadbać od samego początku, by zgromadzić jak największą ilość różnorakich dokumentów o pierwszych dniach epidemii i jej przebiegu. Doktor popatrzył na mnie i powiedział ze spokojem: „Człowieku, weź się do roboty lekarskiej, bo w pisaniu wyręczą cię dziennikarze. Takiego tematu nie odpuszczą, a ty jesteś jedynym lekarzem chorób zakaźnych południowym obszarze Dolnego Śląska”.

Dusza literata walczyła w Panu z powinnością lekarza?

Dokumentalisty pisarza, i na wyważone spojrzenie na to, w jakich rolach powinienem wystąpić.

W myśl przysięgi Hipokratesa?

Tak, bo lekarzy zakaźników z cenzusem było na Dolnym Śląsku może sześciu, siedmiu. Choć trzeba przyznać, że już od pierwszych lat powojennych leczenie chorób zakaźnych stało się na Dolnym Śląsku  powinnością powszechnie  obowiązująca. Choroby zakaźne należały bowiem w tych do chorób najczęściej spotykanych.

A z rozpoznaniem choroby, jak Pan przekonuje, był największy problem. Na czarno-białych zdjęciach kojarzymy ospę z charakterystycznymi ciemnymi wybroczynami…

Od fioletu gencjanowego, którym smarowało się pęcherzyki. Wszystko zaczynało się od bolesności skóry, później pojawiała się plamka, następnie pęcherzyk płaski, wreszcie wybrzuszający się i pękający, ropny. Ale chorzy wyglądali tak rozmaicie, że gdyby postawić obok siebie dziesięć osób nie powiedziałaby pani – to ospa i to ospa.  

Dlatego lekarzom tak trudno było uwierzyć w epidemię?

To niedowierzanie opóźniło chyba proces decyzyjny. Nikt nie chciał uwierzyć, że to się wydarzy na taką skalę. Kiedy dr Bogumił Arendzikowski 15 lipca jako pierwszy powiedział na głos: „Mamy we Wrocławiu ospę”, dyrektor Miejskiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej odpowiedział mu: „Boguś, rozum ci się poplątał?” Dr Arendzikowski nie zrezygnował, napisał meldunek, podał przypadki chorych z nazwiskami i jeszcze raz stawił się przed dyrektorem. Tym razem został potraktowany poważnie. Te działania obudziły wszystkich innych. Przyjechał prof. Julian Rychard, dyrektor Departamentu Epidemiologicznego z Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej. Ściągnęli lekarzy, którzy widzieli przypadki choroby w Indiach i krajach Afryki Północnej i mogli powiedzieć: „Tak, to ospa”. Taki był początek.

Ale wiemy dziś, o czym pisze Pan w książce „Ospa 1963. Alarm dla Wrocławia”, że wszystko zaczęło się od podróży funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa, podpułkownika Bonifacego Jedynaka do Indii.

Wykonywał obowiązki zawodowe. Wyjechał do Delhi i innych miast. Był tam przez kilka dni, zaraził się  ospą przypuszczalnie na ulicach, bo panowała tam w owym czasie pandemia tej choroby. Jak na ironię losu, podpułkownik na ospę nie zachorował. Żył długo, został nawet generałem. Nie miałem nigdy szansy go spotkać, natomiast wiem, że jego zdjęcie znalazło się w książce o kierownictwie Służby Bezpieczeństwa zatytułowanej  „Twarze wrocławskiej bezpieki”.

Podpułkownik przeżył, ale w mieście rozpoczęły się niemal detektywistyczne poszukiwania tych, którzy mogli mieć kontakt z ospą.

Szczepienie i izolowanie chorych, to były dwa główne problemy. Kontakt pierwszego rzędu to była etykietka przylepiana na plecach człowiekowi, który miał styczność z chorym, co decydowało o umieszczeniu go w izolatorium albo w szpitalu.

Teren izolatoriów (na Psim Polu albo Praczach) ogrodzono drutem kolczastym. Jak w więzieniu.

To robiło niesamowite wrażenie, zwłaszcza że miało cechy nadzoru policyjno-wojskowego, a ludzie mogli wyjść najwcześniej po 14 dniach obserwacji. Ważny był bowiem okres wylęgania – do 12 dni. Pacjent musiał trafić do nas w tym czasie, a nie później. Wtedy decydowano o rozpoznaniu.

Licznik epidemii – 99 chorych, z czego 7 zmarło. To chyba, jeśli można tak w ogóle powiedzieć, dobra statystyka, biorąc pod uwagę tak niebezpieczną chorobę. Przypadki były we Wrocławiu, na Dolnym Śląsku, ale i w kraju.

Epidemia potraktowała nas łagodnie i na szczęście, ochrona przed epidemią 1963 była wprowadzana w różnych formach organizacyjnych w całym kraju. A wie Pani dlaczego ospę odnotowano także poza Dolnym Śląskiem? Bo ludzie się lubią całować i pech chce – nawet majorzy milicji, odwiedzając leżących w szpitalu kolegów z niejasnym wówczas rozpoznaniem zapalenia płuc albo anginy, wracali do domu przenosząc już wirusa do Wieruszowa, czy Gdańska.  

Pracował Pan w ciągu tych dwóch miesięcy niemal non stop. Widywał Pan rodzinę?

Sporadycznie – głównie przez okno dyżurki lekarskiej. Nie byłem ani razu w domu, bo chodziło też o bezpieczeństwo moich dorastających synów. Nie odczułem nawet, że to były dwa miesiące, tak wiele się działo, tyle przychodziło różnych informacji, ponagleń. Ludzie chcieli rozstrzygnięć. Ja się znalazłem w Trzebnicy, gdzie byłem konsultantem ospowym na południowy obszar Dolnego Śląska (Oława, Syców, Góra, Milicz, Oleśnicę, Wołów. Dziesiątki godzin spędziłem w samochodzie. Nigdy dotąd nie najeździłem się tak długo  karetką, jak wtedy. Cały czas żyło się też życiem rodzinnym tych, którzy byli izolowani. Nie mogłem ich zostawić.

Nosił Pan ubranie ochronne, jak lekarze na zachowanych i bezcennych zdjęciach Mieczysława Dołęgi?

Kiedy trzeba było, tak. Fartuch biały, odzież biała, buty gumowe, wysokie, z cholewkami, rękawice barchanowe, a jak trzeba było – strój uzupełniało się okularami ochronnymi i koszykiem na zbierane w rowach jabłka. Nic nie było robione na miarę –  partnerom moim przekazywano co zastano w magazynach, powyciągane z magazynów sprzed lat, nieco dziwne. No i jeszcze torba z lekami.

Jednak, z perspektywy czasu, nie odpuścił Pan idealnego tematu. Napisał Pan bodaj najpopularniejszą książkę o epidemii ospy w 1963 roku. Nawiasem mówiąc, poza dziennikarskimi publikacjami, najwięcej na temat epidemii napisali lekarze.

Wszystkiemu winien jest prawdopodobnie Albert Camus, bo dał przykład w „Dżumie”. Wydarzenia związane z epidemią ospy we Wrocławiu w 1963 roku przeszły do historii miasta i stały się elementem legendy do dziś żywej wśród jego mieszkańców. Ja za pierwszy mój tekst literacki napisany o ospie otrzymałem Nagrodę Stowarzyszenia Służby Zdrowia, potem wielokrotnie wracałem do tematu na łamach pisma „Medium”, aż wreszcie w 1991 roku w Wydawnictwie  Atut ukazała się książka „Epitafium dla ospy”. Obecne jej wznowienie w Wydawnictwie Warstwy jest bogatsze o wiele faktów, które w minionych latach ujawniono, m.in. o nazwisko człowieka, za sprawą którego mieliśmy we Wrocławiu ospę. Zresztą w czasach komuny informacje o przebiegu ospy były przez długi czas bagatelizowane, ukrywane, także przez środki masowego przekazu. Dopiero po latach można było zapisać pełną wersję zdarzeń na podstawie danych z archiwów.

*Bogdan Jerzy Kos, lekarz chorób zakaźnych (wieloletni dyrektor szpitala w Będkowie koło Trzebnicy), autor 18 książek, w tym głównie tomów poetyckich i m.in. słynnej książki „Epitafium dla ospy”, którą wznowiło właśnie Wydawnictwo Warstwy pod nowym tytułem „Ospa 1963. Alarm dla Wrocławia”. Zaprzyjaźniony w wieloma wrocławskimi literatami i artystami – poetą i prozaikiem Tymoteuszem Karpowiczem, malarzem Józefem Hałasem. Odznaczony Złotym i Srebrnym Krzyżem Zasługi.

 

rozmawiała Magdalena Talik

zdjęcia Janusz Krzeszowski

skany z książki „Ospa 1963. Alarm we Wrocławiu”, która ukazała się niedawno nakładem Wydawnictwa Warstwy.