Wrocław Extra

Rozmowa z fotografem Adamem Hawałejem

Różewicz wiedział, że ja w ogóle nie czuję poezji

Adam Hawałej

– Lubię zdjęcie z parasolkami przed Muzeum Narodowym. Różewicz poprosił, abyśmy wyszli z wystawy we trzech, z Jerzym Nowosielskim, i zaproponował: „Panie Adamie, proszę zdjęcie na tle muzeum”. Uniósł skrzyżowane parasolki, uśmiechnął się, doskonale zagrał” – mówi w Adam Hawałej, który przez 30 lat fotografował wybitnego poetę i dramaturga. Powstało kilka tysięcy unikatowych zdjęć.

Magdalena Talik | 05 sierpnia 2021

Tadeusz Różewicz i Jerzy Nowosielski przed Muzeum Narodowym

Magdalena Talik: Cały czas mówiliście sobie z Tadeuszem Różewiczem per „pan”?

Od początku do końca. Byliśmy na luzie, bez dystansu, ale pewnej granicy szacunku w stosunku do siebie nigdy nie przekroczyliśmy.

Fotograf Krzysztof Gierałtowski po sesji zdjęciowej z nim powiedział, że zazwyczaj ma dobry kontakt z osobami, które fotografuje, Różewicz jednak nie pozwalał mu się do siebie zbliżyć. Panu ta niełatwa sztuka się udała.

Jeśli fotograf ma ambicje, to stara się nawiązać taką relację z osobą fotografowaną, żeby strony ze sobą współpracowały. To podstawa sukcesu. I trzeba być neutralnym – relacja powinna być przyjazna, lecz w miarę obojętna.

Mnie Różewicz zaakceptował, choć w stosunku do dziennikarzy i reporterów stosował bardzo gęsty filtr, czemu się zresztą nie dziwię. Polubiliśmy się po pół roku, potem mieliśmy świetny kontakt, może dlatego, że nie rozmawialiśmy o polityce, a o relacjach międzyludzkich i o tym, o czym piszą brukowce. Był wiernym czytelnikiem „Bilda”, którego kupowałem mu w Hotelu Wrocław i przywoziłem na Januszowicką. Cenił sobie tabloidy, bo choć były drastyczne w przekazie zawierały też wiele życiowych historii. 

Tadeusz Różewicz i Adam Hawałej

Poza tym Różewicz był z natury trochę schowany, ale kiedy pozbywał się owej „szyby”, za którą czasem się skrywał, pozostawał bardzo ciepłym, sympatycznym człowiekiem. I bardzo plastycznym.

Potrafił Pana czymś zaskoczyć?

Choćby chcąc sobie zrobić zdjęcie z muzykiem na moście katedralnym. Stanął obok i był dumny, że ten nie reaguje i dalej gra. Nie mówiąc o kadrze z Jatek, kiedy zapozował z kozłem. Był ciepły, lubił się trochę powygłupiać. Ale aby zrobić mu nietypowe zdjęcie, potrzebne były podchody.

Tadeusz Różewicz przy pomniku „Ku czci Zwierząt Rzeźnych” na Jatkach

Jak namawiał go pan, aby zapozował?

Trzeba to było robić delikatnie i nie bezpośrednio. Nawet kiedy znaliśmy się już wiele lat, nigdy nie powiedziałem: „Panie Tadeuszu, niech pan tam stanie”, raczej: „Może się pan zatrzyma, porozmawiamy” nie mówiąc mu, że będę robił zdjęcia. Potrzebował takiej otoczki, przynajmniej ja tak sądziłem i to funkcjonowało. W ten sposób powstało parę tysięcy zdjęć.

Zwrócił Panu kiedyś uwagę i powiedział, aby pan nie robił teraz zdjęcia?

Zdarzało się, kiedy miał zły humor albo mu to przeszkadzało. Pamiętam ostatnie zdjęcie, które mu zrobiłem – w Teatrze Współczesnym na próbie „Białego małżeństwa”. Pani Krystyna Meissner, ówczesna dyrektor teatru, chciała mieć dokumentację fotograficzną, a Różewicz powiedział, że wyłącznie ja mogę ją zrobić. Przyszedłem, siedzimy, jest ciemno. W pewnym momencie na scenie zaczyna się interakcja między aktorkami, Różewicz podchodzi bliżej, o czymś rozmawiają, ja robię kilka zdjęć. I nagle się odwraca i mówi: „Wystarczy”.

Bardzo ciekawa jest fotografia czytającego Różewicza, który leży na tapczanie – w drewniakach, z podkurczonymi nogami. Taki osobisty kadr.

A wszystkie zdjęcia z tej sesji były podgrywane. Nawiasem mówiąc, wtedy się jeszcze tak dobrze nie znaliśmy, może z pół roku, rok. Powiedziałem, że potrzebuję zdjęcia za biurkiem wyjaśniając: „Jest pan przede wszystkim poetą, który pracuje w domu”. Zostałem więc zaproszony na herbatę, pani Wiesława Różewicz podała ciasto, rozmawialiśmy, przyszedł jego syn Kamil i w pewnym momencie Różewicz mówi: „No to robimy zdjęcia”. Czytający na tapczanie – to była jego inicjatywa. Ja zrobiłem inne, kiedy siedzi za biurkiem. Bardzo naturalne, ale to wynikało z niepisanej komunikacji między nami. On wiedział, że nie pobiegnę z tymi zdjęciami do gazet. Chciałem wykonać dobry materiał.

Tadeusz Różewicz we własnym mieszkaniu

Na wielu zdjęciach nieprzypadkowo fotografował Pan Różewicza na łonie natury.

Sporo spacerowaliśmy: po parku Południowym, Szczytnickim, w Wojsławicach. Bywaliśmy w lesie bukowym pod Trzebnicą i stamtąd pochodzi zdjęcie na rozstajnych drogach – błotniste pola, łąka, on stanął na rozdrożu, ja wszedłem na glinianą górkę, aby mieć lepszy kadr. Nasze spacery nie miały jakiejś regularności, odbywaliśmy je na ogół spontanicznie. Zresztą zawsze padało pytanie, czy ja mam czas, bo znał realia pracy fotoreportera agencyjnego.

Tadeusz Różewicz na rozstajnych drogach pod Trzebnicą

Bardzo ceniłem sobie kontakt z Różewiczem, bo nie musiałem udawać, że znam jego wiersze. Powiedziałem mu zresztą, że nie znam i nie czuję poezji w ogóle.

Nie namawiał Pana do lektury?

Nigdy nie ingerował w mój tok myślenia. Często rozmawialiśmy o naszych synach albo o jego dorastającej wnuczce. Czasem podczas spacerów powstawała cała seria zdjęć.

Tadeusz Różewicz fotografowany przez Adama Hawałeja

Ale dopiero teraz, w stulecie jego urodzin, dotarło do mnie, że fotografując go dokumentowałem życie wielkiego człowieka. Nie uświadamiałem sobie tego wcześniej, bo relacja między nami była bardzo naturalna, niekoturnowa. Po prostu lubiłem tego faceta.

Dlatego bez pytania sfotografował Pan projekt „Śmietnik Różewicza”. Wiedział Pan, że poeta planuje tę nietypową wyprawę?

Nie miałem o tym pojęcia. Zadzwonił o 9.00, czy mogę przyjechać, ale po raz pierwszy zaznaczył, abym zabrał aparat. Kiedy niespełna godzinę później wszedłem do jego mieszkania przy Januszowickiej, zauważyłem, że dzieje się coś dziwnego.

Realizacja projektu „Śmietnik”

Różewicz ubiera buty, obok stoją trzy torby ze śmieciami, w tym ta charakterystyczna z Państwowego Instytutu Wydawniczego, papierami, resztkami jedzenia. Powiedziałem „dzień dobry”, zamilkłem, wyciągnąłem aparat i zacząłem robić zdjęcia. Różewicz ubrał się w płaszcz, do tego jedna rękawiczka inna, druga inna, but wywinięty, w drugim niezaciągnięty zamek. Tak wyszliśmy przed dom, a potem szliśmy chodnikiem. Zupełna cisza. Robiłem zdjęcia, a on w pewnym momencie wszedł do śmietnika i zaczął wysypywać rzeczy z tych charakterystycznych okrągłych metalowych kubłów z wiekiem. Ja wdrapałem się wyżej i przez trzy minuty fotografowałem.

Najlepiej wyszło zdjęcie, na którym Różewicz grzebie w śmieciach, a z boku przygląda mu się zdziwiona całą sytuacją kobieta z wózkiem. Nie wiedziała może nawet, że to Tadeusz Różewicz, widziała natomiast mnie wiszącego nad śmietnikiem a aparatem, w nienaturalnej pozycji. Kiedy śmieci zostały już wyrzucone usiedliśmy z Różewiczem na okolicznej ławce i zaczęliśmy się śmiać.

Realizacja projektu „Śmietnik”

Tak powstała seria zdjęć, które się potem trochę przeleżały, ale też oszczędnie nimi dysponowałem. Nie mogły funkcjonować samodzielnie, bez opisu, bo dla dziewięćdziesięciu procent oglądających Różewicz wyglądał na nich jak menel. Dopiero kilka lat temu Wydawnictwo Warstwy wpadło na pomysł, aby wydać te zdjęcia w formie zwartej. Ukazały się w albumie z fantastycznymi tekstami, w tym z pięknym esejem prof. Jacka Łukasiewicza i potem tom został wybrany Książką Roku na Targach Książki w Warszawie. Mam satysfakcję!

Adam Hawałej na wieży wrocławskiego ratusza

Adam Hawałej (ur. 1945) - wrocławski fotograf, fotoreporter (najpierw Centralnej Agencji Fotograficznej, potem Polskiej Agencji Prasowej). Zajmował się głównie fotografią prasową w regionie Dolnego Śląska, ale dokumentował także wydarzenia w kraju i za granicą. Przez wiele lat fotografował realizacje teatralne Henryka Tomaszewskiego, Jerzego Grotowskiego, Jerzego Grzegorzewskiego i Tadeusza Różewicza.

 

rozmawiała Magdalena Talik

zdjęcia Adam Hawałej

zdjęcia Adama Hawałeja: Marzena Smolak