Epidemie we Wrocławiu

wroclaw.pl

- Zarazy przychodziły co 10-15 lat. Podczas epidemii pozycja medyków była wysoka. Barcelona zapłaciła okup za dwóch uprowadzonych lekarzy. To jakby dzisiaj porwali nam profesora Krzysztofa Simona, wrocławskiego specjalistę od chorób zakaźnych, i miasto musiałoby wypłacić okup za jego uwolnienie - opowiada Maciej Łagiewski, dyrektor Muzeum Miejskiego Wrocławia.

Tomasz Wysocki | 09 lutego 2021

Kiedy wiosną 2020 roku ogłoszono pierwszy lockdown, to ulice Wrocławia kompletnie opustoszały. Widok wymarłego kilkusettysięcznego miasta był przygnębiający. Kronikarze opisujący epidemie we Wrocławiu w XVI czy XVII wieku także wspominali o zamkniętych gospodach i szkołach, pustych kościołach, zakazie zabaw.

Rzeczywiście takich analogii można by się doszukiwać. Choć dawne opisy miast opanowanych przez epidemię są dramatyczniejsze. Mowa w nich o konduktach pogrzebowych, które przewijały się przez miasto. Po ulicach ciągnęły wozy pełne martwych ciał okadzane duszącym dymem. Wyobrażano sobie, że palenie zwłok, czy okadzanie piołunem lub jałowcem  jest receptą na morową zarazę. Do tego słychać było w całym mieście bicie dzwonów kościelnych.

Jak często zarazy nawiedzały Wrocław?

Plagi czasów średniowiecznych i nowożytnych dotyczyły przede wszystkich dużych miast takich jak Wrocław, który leżał na ważnym szlaku handlowym i militarnym.

Tablica morowa ze zbiorów Muzeum Miejskiego Wrocławia

Wrocław i Śląsk też dotykały epidemie. W Muzeum Miejskim Wrocławia w Pałacu Królewskim prezentowana jest tablica, nazywana morową, która upamiętnia ofiary dżumy z 1568 roku. Ufundowali ją radni miejscy – Melchior Arnold i Caspar Lang. To obiekt przypominający zbiorowe epitafium lub płytę nagrobną, rodzaj świeckiego pomnika, wyjątkowego na tamte czasy. Tablica umieszczona była na elewacji budynku przy ul. Ruskiej. Wspomina blisko dziewięć tysięcy zmarłych. A Wrocław liczył wówczas 30 tysięcy mieszkańców. Zatem zmarła blisko jedna trzecia z nich.

Zachowując proporcje, to jakby dzisiaj z powodu Covid-19 zmarło 250-300 tysięcy wrocławian.

W historii miasta ta była jedną z większych epidemii. Kalkuluje się, że wcześniejsza pochłonęła 13 tysięcy osób, ale na obszarze całego Śląska.

Nie była oczywiście jedyna. Czarna śmierć, jak nazywano epidemię, i inne zarazy przychodziły co 10-15 lat, z różnym efektem, ale nie opuszczały takiego miasta na dłużej. Ich przyczynami były najczęściej wojny i migracje ludności. Epidemie tyfusu, czerwonki odpowiadały podczas wojen za 70 procent zgonów.

To ruchy wojsk niemieckich i francuskich w czasie wojny trzydziestoletniej były przyczyną epidemii dżumy, która w 1633 roku ogarnęła całą Europę, a która jest znana jako dżuma mediolańska. Najpierw opanowała Włochy (analogia do naszych czasów!), gdzie uśmierciła około 280 tysięcy ludzi. W samym Mediolanie zmarło wtedy 60 tysięcy osób, a w Wenecji blisko 50 tysięcy osób.

Do dzisiaj w suplikacji śpiewa się w kościołach: „Od powietrza, głodu, ognia i wojny, wybaw nas Panie”.

To powietrze wspomniane w modlitwie to była oczywiście zaraza, nazywana także powietrzem morowym. Obok dżumy występowały cholera, malaria, czarna ospa, tyfus.

Cholera zdziesiątkowała armię napoleońską, a w okresie I wojny światowej w miliony szła liczba ofiar cholery, tyfusu oraz na dodatek grypy zwanej „hiszpanką”.

Wrocław do początku XIX wieku był obwarowany murami. Stąd cmentarze lokalizowano wyłącznie przy świątyniach. Jedynie nekropolie żydowskie znajdowały się poza obrębem murów.

Śladami cmentarzy morowych po epidemiach były te przy kościołach Elżbiety, Marii Magdaleny, Barbary. Przy tym ostatnim chowano w  zbiorowych mogiły osoby zmarłe podczas epidemii dżumy. Znowu możemy się odwołać do współczesności. Oglądaliśmy przecież w mediach, jak w zbiorowych grobach chowano ofiary koronawirusa w Nowym Jorku i w Meksyku.

Jak miasta chroniły się przed epidemiami?

Dla wojsk, które przechodziły przez miasto budowano specjalne strażnice, gdzie nie tylko kontrolowano dokumenty żołnierzy, ale zmuszano ich też do odbycia kwarantanny.

Takie wartownie stawiano na ogół przy bramach i mostach. Strażnica stała przy moście Zwierzynieckim, który wcześniej nazywał się Przepustkowym, właśnie od dokumentów wjazdowych, które tam wystawiano. Do dawnych wartowni nawiązują także symboliczne pawilony przy moście Pomorskim.

Kto leczył chorych?

Na ratunek chorym wyruszali doktorzy. Nie było respiratorów i szczepionek, za to spuszczano krew, wycinano lub wypalano guzy, podawano mikstury ze sproszkowanych mumii, rogu jelenia lub pereł.  

Z dżumą mediolańską jest kojarzony charakterystyczny ubiór ówczesnych medyków. Lekarze nosili skórzane kapelusze i specjalne długie, nawoskowane płaszcze, które szczelnie ich kryły. Wyróżniały ich również maski z charakterystycznym długim dziobem jak u ptaka. Maska zamykała całą twarz, a w jej dziobie umieszczano zioła: jałowiec, mięte, kamforę, goździki, róże, rzekomo chroniące lekarzy przed gnilnym powietrzem powodującym choroby. Natomiast białe laski uwidaczniały ich profesję i wynikające z niej przywileje. Z czasem atrybutem tym posługiwali się także ozdrowieńcy.

Maciej Łagiewski, dyrektor Muzeum Miejskiego Wrocławia, z karnawałową maską Dottore

Postać tak ubranego Dottore trafiła później do Commedii dell’ Arte oraz stała się modna podczas weneckiego karnawału. Być może po latach maski, których dzisiaj używamy staną się również symbolem współczesnej epidemii koronawirusa.

Czy lekarze byli dobrze opłacani?

W czasie epidemii pozycja medyków była wysoka. Barcelona zapłaciła okup za dwóch uprowadzonych lekarzy. To jakby dzisiaj porwali nam profesora Krzysztofa Simona, wrocławskiego specjalistę od chorób zakaźnych, i miasto musiałoby wypłacić okup za jego uwolnienie.

Niegdyś najwybitniejszym lekarzem we Wrocławiu był Johann Kraft von Krafftheim. Kiedy w latach 50. XVII wieku dżuma ogarnęła Wrocław, zawiesił swoją prywatną praktykę i ruszył do walki z epidemią. Miasto wybiło nawet złoty medal na jego cześć oraz przyznało mu specjalne wynagrodzenie. Jego sława dotarła na dwór cesarski i Kraft von Krafftheim został nadwornym medykiem cesarzy: Ferdynanda I Habsburga, a potem Maksymiliana II i Rudolfa II.

Podczas kolejnej epidemii zgłosił się ponownie do walki z dżumą i sam zarażony stał się jej ofiarą. W 1585 r. umarła wpierw jego żona, a niedługo i on. Jego wspaniałe epitafium znajduje się w wrocławskim kościele św. Elżbiety. Był przykładem lekarza, który poległ na froncie walki z epidemią.

W „Dekameronie” Boccaccia bohaterami są zamożni mieszkańcy Florencji, którzy przed zarazą schronili się na wsi.

W XVI wieku członkowie wrocławskiej rady miejskiej uciekli przed dżumą do Świdnicy. Podczas epidemii cholery wrocławianie wyjeżdżali do Berlina i Drezna, które były mniej dotknięte zarazą.

Ci, którzy mieli podmiejskie dwory, już w czasach nowożytnych, chronili się w tych posiadłościach. To także przypomina nam dzisiejszą sytuację. Rozmawiałem z profesorem uniwersyteckim, który od paru miesięcy nie opuszcza podmiejskiego mieszkania w obawie przez zachorowaniem na Covid-19.

Wrocławski Rynek w czasie pierwszego lockdownu, wiosna 2020, fot. MK

Jednak status społeczny i majątek nie zawsze gwarantowały ochronę przed zachorowaniem. W 1831 roku we Wrocławiu zmarł zarażony cholerą sławny teoretyk wojskowości Carl Filip Gottlieb von Clausewitz. Zaraza zabiła wtedy na Śląsku około dwóch tysięcy osób.

Dzisiaj ciągle pulsują  teorie, że koronawirus to spisek służb specjalnych, firm, państw. Kogo wtedy obwiniano za epidemię?

Obecnie wiemy, że epidemie były przede wszystkim konsekwencją zaniedbań sanitarnych. Dotykały głównie dużych skupisk ludzi, często migrujących.

Zaś dawniej wszelkiego rodzaju klęski, nie tylko epidemie, uznawano za karę boską wobec mieszkańców za lekceważenie obostrzeń religijnych i świąt, łamanie postów.

To jest widoczne w dziękczynnych medalach. Kościół i władze miejskie wybijały medale upamiętniające ustąpienie zarazy, na których umieszczano symbole sakralne, oznakę wdzięczności za jej odejście.

Czy epidemie miały wpływ na sytuację gospodarczą miasta, czy ich następstwem była zapaść ekonomiczna?

Miasto zawsze potrafiło się dźwignąć po takich kataklizmach. Nie tylko epidemiologicznych, ale i po powodziach i innych klęskach.

Wierzono w naturalną prawidłowość dziejową: że po złych czasach nastaną lepsze!

Ostatnia epidemia z 1963 roku stała się symbolem zaradność. Wrocław dał sobie radę z wirusem czarnej ospy (variola virus) przy niewielkich ofiarach. A przecież uważano ją w historii za jedną z najniebezpieczniejszych chorób zakaźnych. W mieście odizolowano wtedy rygorystycznie ogniska zapalne ospy. To było jednak doświadczenie optymistyczne: przy dużej wierze w naukę, osiągnięcia medycyny, ludzkość potrafi się uporać z tego typu zagrożeniami i wkrótce będzie lepiej.

Ilustracje/zdjęcia: Muzeum Miejskie Wrocławia