Startuje 55. Santander Jazz nad Odrą Festival

Cały ten wspaniały jazz? Tylko nad Odrą

Jazz nad Odrą narodził się w Pałacyku, zyskał nazwę w Auli Politechniki, ale osiadł na stałe w Imparcie. W piątek, 26 kwietnia, startuje 55. edycja festiwalu, który był oknem na świat dla studentów, fanów jazzu i wrocławskiej cyganerii. Specjalnie dla www.wroclaw.pl Wojciech Siwek, jedyny na tej planecie człowiek, który nie opuścił ani jednej edycji Jazzu nad Odrą, opowiada o tym, co odróżniało wrocławską imprezę od innych.

Magdalena Talik 2019-04-25 13:40:40

Miejsca festiwalowe, czyli gdzie się słuchało i przekąszało

Pałacyk – tam urodził się Jazz nad Odrą. Do sali wchodziło jakieś 300 osób, na wcisk. – Żadnego strażaka, rzecz jasna, nie było, aby kwestionował ilość publiczności, zresztą kluby studenckie rządziły się własnymi prawami – przyznaje Wojciech Siwek.

Aula Politechniki – stamtąd jest nazwa festiwalu. Z okien można było zobaczyć Odrę, przynajmniej taka jest jedna z wersji. Potem festiwal odbywał się w kilkudziesięciu salach i miejscach. Wrocław nie miał jednego, więc jazzmani grali w teatrach, w operze, Polskim Radiu, klubie zakładowym Dolmelu (w myśl zasady „ludzie kultury-ludziom pracy”), w Piwnicy Świdnickiej, kilkunastu klubach studenckich. Na znakomite polskie zespoły do Hali Ludowej przychodziło cztery tysiące ludzi, a koncerty-maratony trwały nawet 8 godzin.

No i wreszcie Impart, w komunie Wojewódzki Dom Kultury, w którego sali dziś ludzie wciąż stoją pod ścianami, trzeszczy podłoga, są trochę przykurzone krzesła i niesamowity klimat.

– Sprawdził się nam plac Społeczny przed Impartem. To fajne miejsce na koncerty, bo iluś przypadkowych ludzi ich posłucha, ale i  tych, których nie stać na bilety, albo nie udało im się już kupić – mówi Wojciech Siwek.

Festiwalowe miejsca? – Pamiętam, że na rogu Słowackiego i Kujawskiej w jednej z pięknych kamienic była restauracja „Złota Kaczka”. Miejscowe towarzystwo nieco szemrane, ale jak się zjawiło parę znaczących postaci z festiwalu wszystko się stabilizowało. W Pałacyku piło się wino, ale znowu drinki w restauracji „Cyganeria” naprzeciwko. Życie towarzyskie natomiast kwitło w barku Hotelu Grand vis-à-vis dworca, bo była tam zakwaterowana większość uczestników JnO – wspomina Wojciech Siwek.

– Wojciech Siwek: – Pamiętam kiedyś taki jam w Pałacyku. Szósta nad ranem, jeszcze grają, nagle ktoś odsłonił kotarę i wpuścił dzienne światło. A jakiś fan jazzu krzyknął oburzony: „Zasłońcie tą rzeczywistość”. Teraz atmosfery już w tym miejscu nie ma, ale może kiedy zorganizujemy koncert, sama się zrobi.

Palmy dla Paco de Lucii, samoloty dla Roberta Glaspera

Najlepsze koncerty Jazzu nad Odrą w ciągu minionych lat?

– Zapamiętałem bardzo występ Paco de Lucii w 1984 w Hali Ludowej. Niekoniecznie jazz, bardziej muzyka świata, choć Paco bywał zaliczany do muzyków jazzowych, szczególnie kiedy zagrał wspólnie z Alem di Meolą i Johnem McLaughlinem. Paco sobie zażyczył, że w scenografii mają być palmy, co nie było takie proste. Na szczęście naprzeciwko hali jest zoo i stamtąd sprowadziliśmy olbrzymie agawy. Paco je zaakceptował, koncert udał się doskonale – śmieje się Wojciech Siwek.

Wtedy po raz pierwszy organizatorzy dostali w umowie dokładne wytyczne o kateringu dla artystów. – Paco życzył sobie sztućce metalowe, a nie plastikowe i normalną porcelanową zastawę, a nie papierowe talerzyki – wylicza Wojciech Siwek.

Zespół Roberta Glaspera (z lewej)/fot. z archiwum wroclaw.pl

– Z kolei dla Roberta Glaspera i jego formacji dwukrotnie czarterowaliśmy samolot. Pierwszy okazał się, za mały, dobry był dopiero następny. Potem opóźnił wylot strajk na lotnisku we Francji, wreszcie wystartowali, a we Wrocławiu jechali do Impartu w asyście policji. Koncert opóźnił się tylko o pół godziny. Potem nam powiedziano, że to ostatni taki występ za mniejsze pieniądze, bo między podpisaniem kontraktu a występem we Wrocławiu Glasper dostał Nagrodę Grammy, więc się nam poszczęściło – podkreśla Wojciech Siwek.

Plakaty Jana Sawki i Geta-Stankiewicza

Festiwal może się pochwalić dwoma wybitnymi wrocławskimi grafikami. Pierwsze plakaty zaczął projektować Jan Sawka i w jego wykonaniu, za każdym razem, plakat był pewnego rodzaju opowieścią, miał jakąś historię. Słynna była ta z plakatem z 1972 roku, kiedy 1972 Sawka wykonał plakat, ale wówczas musiała zatwierdzić go komisja artystyczna Związku Artystów Plastyków. – A oni odrzucili plakat. Jasiu się zdenerwował i machnął nam kicz w stylu naiwnym – śmieje się Wojciech Siwek.

Drugim mistrzem był Eugeniusz Get-Stankiewicz. Nie tylko projektował plakaty, lubił też wyciągnąć projekt zza szafy. – W którymś momencie wszystkie plakaty to były autoportrety, a kiedy prosiłem go: „Zrób mi plakat”, zaś on nie miał czasu, wyciągał genialną pracę przygotowaną, dajmy na to, dla PPA i mówił, „Teraz będzie Jazz nad Odrą” – wspomina Siwek.

Obecnie Santander Jazz nad Odrą Festival, wspólnie z ASP, organizuje co roku konkurs na plakat, który jest równocześnie pracą na zaliczenie. – Ma to dobre i złe strony, bo czasem student robi projekt pod gust profesora, więc powtarzają się motywy. Ale ostatnie dwa lata to czas kontrowersyjnych plakatów. Zeszłoroczne maziaje potępiono, ale się sprawdziły, tegoroczny plakat chyba jeszcze bardziej oddziałuje, choć niektórzy mówią, że beznadziejny – zwraca uwagę Wojciech Siwek.

Na plakacie z 1974 roku (poniżej, na zdj.) Jan Sawkę śpi w łóżeczku, a na pościeli jest mała pieczątka, by ukryć organizatora festiwalu, bo nazwę Zrzeszenie Studentów Polskich zmieniono, za karę, na Socjalistyczny Związek Studentów Polskich. 

Plakaty Jerzego Sawki i Geta-Stankiewicza

– Na jednym z plakatów Sawka nawiązał do mojej historii. Mieszkam przy Pasteura, nazywam się Siwek, a swego czasu właśnie na Pasteura był zakaz wjazdu pojazdów konnych, więc ja się przeciwko temu buntowałem, że nie mogę wejść do domu. Na tej bazie Sawka namalował zakaz trąbienia, „ale nie dotyczy Jazzu nad Odrą” – opowiada Wojciech Siwek.

Przypinki prosto z patelni

W latach 60. gadżety trudno było w Polsce zorganizować. Tymczasem wokół Jazzu nad Odrą kręciło się sporo studentów i ludzi związanych ze sztuką. – Przykładów z tzw. Zachodu nie mieliśmy, ale Get-Stankiewicz był prowokatorem i razem z Jasiem Sawką, z którym studiowali najpierw na architekturze na Politechnice, a potem na PWSSP wymyślili przypinki – opowiada Wojciech Siwek.

Przypinki projektował Jan Sawka, a z plastiku wykonywał Get. – Agrafki przypinało się na ciepło, u mnie w domu. Najpierw były podgrzewane na patelni, potem brało się je pęsetką i przytwierdzało. Wszystko robiliśmy sami – chałupniczy wyrób, manufaktura – śmieje się Siwek.

Potem powstał pomysł na koszulki z nadrukami, czego także w Polsce nie było, więc od razu miały wzięcie. – Pamiętam, jak jeździłem do Kamiennej Góry, czy Lubawki, aby w tamtejszych zakładach zrobić nadruki. A wcześniej, w innej fabryce, załatwić, żeby te koszulki w ogóle były – wyjaśnia Wojciech Siwek.

Na początku fani jazzu we Wrocławiu na piersi nosili charakterystyczne rysunki – rybę, wodę, trąbkę, dopiero potem pojawiały się t-shirty związane z plakatami, czyli, jak zwraca uwagę Siwek, coś trwałego, bo plakat znikał ze słupów, a na koszulkach wciąż żył.

– Wszystko sponsorowały np. fabryki bawełniane. Zresztą mecenasów mieliśmy przedziwnych, jak np. Polski Len. Marek Gołębiowski, który prowadził koncerty, człowiek renesansu, bo piosenkarz, muzyk, mim, architekt, sam sobie wymyślił reklamę tego lnu. Polewał go atramentem i mówił „Polski len zdobi ciebie, a szpeci twoich wrogów” – mówi z uśmiechem Siwek.

Biuletyny festiwalowe i przypinki autorstwa Jana Sawki i Eugeniusza Geta-Stankiewicza

– Hitem był biuletyn, pierwszy chyba w 1967, drukowany na powielaczu, ale zawierający dużo istotnych wiadomości, a kiedy za ilustracje wziął się Jasiu Sawka gazety były rozchwytywane przez publiczność i…cenzorów. Po festiwalu urząd cenzorski przy komitecie dostawał komplet biuletynów, które oglądali z radością. bo przemycaliśmy dużo śmiesznych treści, niekoniecznie wywrotowych. Byliśmy prekursorami, bo nie pamiętam takich biuletynów z innych festiwali w Polsce – podkreśla Wojciech Siwek.