„Traviata” Verdiego na placu Wolności. Recenzja po spektaklu

Verdiowską operę o słynnej paryskiej kurtyzanie obejrzało w ostatni weekend czerwca ponad 6000 osób na scenie specjalnie zbudowanej przy gmachu opery od strony placu Wolności. Spora część melomanów oczekiwała po prostu dobrze opowiedzianej historii miłosnej. Szkoda, że plenerowej „Traviacie” bliżej było gatunkowo do opery mydlanej niż prawdziwie przejmującego dramatu.


„Traviata” najchętniej inscenizowana

Arcydzieło Giuseppe Verdiego jest jednym z najchętniej inscenizowanych, znajduje się w repertuarze żelaznym największych scen operowych świata, praktycznie nie schodzi z afisza. Bywały w ostatnich latach inscenizacje, które stawały się wzorcem dla kolejnych pokoleń melomanów i realizatorów.

W latach 80. Franco Zeffirelli zrobił filmową adaptację z epokową obsadą (Teresa Stratas i Placido Domingo w głównych partiach), w latach 90. zachwycała klasyczna, elegancka „Traviata” z Covent Garden w reżyserii Richarda Eyre'a z Angelą Gheorghiu jako Violettą, wreszcie w nowym milenium sensację zrobiła „Traviata” z Salzburga z Anną Netrebko i Rolando Villazónem.

Te realizacje nadawały ton estetyczny, muzyczny, nawet filozoficzny, ale też (zwłaszcza ostatnia z wymienionych, w reżyserii Willy'ego Deckera) feministyczny.

Scena zbiorowa z „Traviaty”/fot. Małgorzata Wieliczko

Historia mało autentyczna

Feministyczne podejście pobrzmiewało też w zapowiedziach wrocławskiej „Traviaty” w reżyserii Grażyny Szapołowskiej, która po raz drugi realizowała swój operowy spektakl (wcześniej „Halkę” także na scenie Opery Wrocławskiej), a po raz pierwszy podjęła się czuwać nad superprodukcją.

Niestety, na zapowiedziach się skończyło, bo obejrzeliśmy klasyczną produkcję opery mydlanej z bohaterami, którzy zachowują się nienaturalnie, wyglądają sztucznie, a motywów ich działania często nie sposób zrozumieć. Trudno uwierzyć w ofiarę Violetty (w tej partii rumuńska sopranistka Renata Vari), atrakcyjnej kurtyzany mającej u stóp wszystkich mężczyzn, skoro wydawała się nie mieć nic przeciwko uwodzeniu Giorgia Germonta (baryton Adam Kruszewski), ojca swojego kochanka Alfreda (hiszpański tenor David Baños). A umierała ubrana w garnitur biżuterii i z dumną czerwoną szminką na ustach, choć wiemy od Dumasa i librecisty opery – Francesca Maria Piavego, że gaśnie samotnie, opuszczona i pozbawiona zlicytowanego w większości majątku.

Niesmacznie wyglądała scena z II aktu, z przyjęcia u Flory, przyjaciółki Violetty, gdzie zaproszeni goście wcielali się w role torreadorów. We wrocławskiej produkcji torreadorzy-tancerze baletu byli odziani skąpo w stylu chippendalesów (ani to pieprzne, ani demoniczne), a choreografia nie uratowała sytuacji, choć akurat w scenie poprzedzającej – tańca cygańskiego – była udana.

Zabawnie było z kolei, kiedy wkrótce potem, na owym przyjęciu, ojciec uderzył syna w twarz za obrażenie godności Violetty. Plaskacz wyszedł idealnie, bardzo teatralnie. I wyjątkowo sztucznie. 

Violetta Valery(Renata Vari) i Alfredo (David Baños) w „Traviacie”/fot. Małgorzata Wieliczko

Problematyczne wydawało się np. rozmieszczenie artystów na dużej scenie, bo wiele kluczowych scen rozgrywało się na niższym jej poziomie, gdzie część publiczności siedzącej na tzw. płycie nie miała szansy zobaczyć wszystkiego, co rozgrywało się pomiędzy postaciami (okrągły telebim, na którym pokazywane są tylko zbliżenia wybranych scen i postaci, nie załatwiał sprawy). 

Świetnie przygotowane muzycznie zespoły

W tej inscenizacji najbardziej ucierpiała, być może, muzyka Verdiego, bo sprowadzono ją momentami do roli soundtracku do rozgrywającej się na scenie tragikomedii. Decyzja, by akty błyskawicznie przechodziły jeden w drugi (nie dając widzom nawet kilku minut wytchnienia), była przedziwna. Po bardzo dynamicznym I akcie przejście w bardziej kameralny II właściwie bez pauzy było sporym, szokiem, a wyciszony akt III także dziwnie kontrastował z poprzednim obrazem dramatycznego balu u Flory w drugim obrazie aktu II.

Należy podkreślić świetnie przygotowaną orkiestrę pod batutą Simone Valeriego i dobre trzy połączone chóry (spod ręki Anny Grabowskiej-Borys), technicznie dobry balet. Solistów oceniać za występ pod chmurką najtrudniej, bo na otwartej przestrzeni z mikroportem przy skroni głos „działa” inaczej. Udało się wszystkim dotrwać w przynajmniej dobrej kondycji do ostatniego aktu, a przy duecie Violetty i Giorgia Germonta, czy jej „Parigi, o cara”, mogła się zakręcić w oku łza.

Violetta (Renata Vari) na łożu śmierci/fot. Małgorzata Wieliczko

*Giuseppe Verdi, La Traviata. Premiera 28.06.2019. Dyrygent – Simone Valeri, Reżyseria – Grażyna Szapołowska, Scenografia i kostiumy – Ewa Kochańska, Reżyseria świateł – Tomasz Filipiak, Choreografia – Karol Urbański, Projekcje multimedialne i mapping – Piotr Maruszak, Kierownictwo chóru – Anna Grabowska-Borys

Wykonawcy: Violetta Valery - Renata Vari* Flora Bervoix - Jadwiga Postrożna, Annina - Dorota Dutkowska, Alfredo Germont - David Baños*, Giorgio Germont - Adam Kruszewski*, Gastone - Aleksander Zuchowicz, Barone Douphal - Łukasz Rosiak, Marchese d'Obigny - Jakub Michalski, Dottore Grenvil - Tomasz Rudnicki, Giuseppe - Piotr Bunzler, Służący u Flory - Paweł Walankiewicz, Posłaniec - Andrzej Zborowski, Dziewczynka - Anna Rybak

Balet, Chór, Orkiestra Opery Wrocławskiej - Akademicki Chór Politechniki Wrocławskiej - Chór „Ars Cantandi” Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu


Zgłoś uwagę