Płyty Sony Classics. Wśród nowości album Aleksandry Kurzak i Roberto Alagnii

Warto polecić uwadze melomanów cztery płyty Sony Classics. Theodor Currentzis z orkiestrą MusicAeterna z ogniem nagrał VI Symfonię Mahlera, mistrz Arkadij Wołodos kontempluje Schuberta, Aleksandra Kurzak i Roberto Alagna śpiewają ariami z oper Pucciniego o miłości, a pianista Martin Stadtfeld udowadnia, że i w tematach Händlowskich można jeszcze coś od siebie dodać. 


Currentzis wyciska poty (nad Mahlerem)

Tak przynajmniej należy wnioskować z fotografii Aleksandry Murawiewej, którą znajdziemy na wewnętrznej okładce książeczki (poniżej na zdjęciu). To ujęcie bodaj z sali koncertowej Festspielhaus z Baden-Baden (na co wskazują choćby piękne organy w tle) gdzie grecki dyrygent występował ze swoją formacją MusicAeterna z Permu.

Theodor Currentzis, słynący z wyjątkowej ekspresji muzyczny erudyta i tym razem zaskoczy melomanów, bo dokonana przez niego rejestracja VI Symfonii Gustava Mahlera poderwie wielu z nich z miejsca. Niektórzy zgotują artystom standing ovation, inni opadną z powrotem na fotel z grymasem oburzenia.

To już tradycja, bo interpretacje Currentzisa różnią się od wielu klasycznych, do jakich się przyzwyczailiśmy. Tempa bywają w Mahlerze zawrotne, albo gwałtownie spowolnione. Charakterystyczny Mahlerowski marsz (z I części) zamienia się w szaleńczy karnawał – barwny, momentami nawet kiczowaty, ale niezmiennie fascynujący, pełen życia. Nie brak i liryzmu, choć nie tak wyrafinowanego, jaki generował z orkiestrą choćby Claudio Abbado. Niemniej perfekcja muzyków z Permu jak zawsze rzuca na kolana. 

Tradycyjnie nagraniu towarzyszy zamieszczony w booklecie esej objaśniający rozmaite tropy (choćby powiązane z nazwą „tragiczna”, jaką nadano niegdyś temu dziełu). I wzrusza podana na dwóch stronach książeczki pełna lista nazwisk instrumentalistów MusicAeterna, rzecz dopilnowana pewnie przez Theodora Currentzisa, który swój zespół kocha tak namiętnie, jak od niego wymaga. 

Wołodos nad wyraz subtelny

Arkadija Wołodosa pamiętam z festiwalu w Dusznikach Zdroju w 2008 roku jako jedną z najbardziej zadziwiających postaci, jakie pojawiły się na tej niewielkiej scenie w minionych latach. Zdumienie i respekt budziła nie tylko potężna sylwetka, szczególny wyraz rozmodlenia na twarzy, gesty zamaszyste, postawa .  

Ale ponad wszystko Wołodos grał jak natchniony Skriabina, zwłaszcza jego VII Sonatę „Biała msza”. Po przerwie były „Waldszenen” Schumanna i zaraz potem Lisztowska „Dante-Sonata”, wszystko uderzeniem, które zmiotło pewnie z krzeseł pierwsze rzędy. Wynotowałam pięć bisów, brak utworów Chopina (niektórzy to pewnie wymodlili). I mieszane uczucia po zakończeniu. Bo na scenie pianista o niebywałej sile perswazji i braku delikatności. 

Dlatego pewnie nie tylko pamiętający dawnego Wołodosa melomani przeżyją szok słuchając jego Schubertowskich studiów nad Sonata A-dur D959, czy następującego po niej zadziwiającego wyboru menuetów, mniej grywanych. Będziemy długo jeszcze przecierać oczy ze zdumienia nad subtelnością, prostotą i elegancją tej interpretacji. Jej intymnym, bardzo osobistym charakterem.

Jeśli przyzwyczajeni jesteśmy do Schuberta pełnego pasji, jak spod ręki Alfreda Brendela, czy wstrząsającego, dramatycznego, jak u Yvonne Lefebure, Wołodos będzie antidotum, które warto wchłaniać i kontemplować.   

Aleksandra Kurzak i Roberto Alagna w duecie

Fani opery kochają dream couples, śpiewaków, którzy spotkali się na scenie, zakochali i razem występują. W przypadku Aleksandry Kurzak i Roberta Alagnii piorun strzelił  podczas prób do, nomen omen, „Napoju miłosnego” Gaetana Donizettiego. Mikstura (fałszywa, wiemy z libretta) jednak zadziałała, a artyści często dzielą razem scenę. Na płycie nagranej z Sinfonią Varsovią (pod dyrekcją Riccarda Frizzy) spotkali się też w operach, których jeszcze nie śpiewali w teatrach i przed publicznością. 

Leitmotivem były tu wątki miłosne, a wspólnym mianownikiem nazwisko Giacoma Pucciniego, ukochanego kompozytora Aleksandry Kurzak. Niegdyś śpiewająca kolejne Mozartowskie heroiny marzyła, że kiedyś przyjdzie może czas na role gatunkowo cięższe. Los był łaskawy, głos rozwinął się do partii Pucciniowskich. Wspólnie z mężem, znakomitym tenorem Robertem Alagną wrocławska sopranistka wybrała całą galerię postaci z oper urodzonego w Lukce kompozytora. Są tu i kochająca namiętnie Toska, skromna i nieśmiała Mimi z „Cyganerii”, ale i zalotna Magda z „Jaskółki”, czy dziarska Minnie z westernowej „Dziewczyny z Zachodu”. 

Duety miłosne brzmią świetnie, naturalnie, z wielką swobodą i miłosnym flow.    

Händel na klasycznym luzie

Niemiecki pianista Martin Stadtfeld przyznaje, że nie do końca jest w stanie wysłuchać dzisiejszych wykonań oper barokowych trwających często kilka bitych godzin, choć „wydestylowane” z tych dzieł poszczególne wybrane arie są wyjątkowo piękne.

Stadtfeld, mocno zafascynowany muzyką Georga Friedricha Händla, postanowił na bazie najpiękniejszych arii stworzyć własne utwory, zachowując zarówno pewien feeling, jak i polifoniczną dyscyplinę. 

Mamy więc i aranż „Lascia ch'io pianga”, pięknej arii z „Rinalda”, są utwory stworzone wokół arii z „Juliusza Cezara”, „Kserksesa”, „Semele”. Fanom Niemca, który zrobił karierę w Londynie przypadną też do gustu wariacje wokół Sarabandy, czy świetna Aria z 5 wariacjami „The Harmonious Blacksmith”.    

Przyznaje, uzależniłam się od słuchania tego albumu, choć uprzedzano mnie, że to raczej muzyczna zabawa. Ale na jakim poziomie! A niewielu dziś pianistów zgrabnie potrafi improwizować na zadany temat. Do nielicznych nalezą Gabriela Montero (laureatka Konkursu Chopinowskiego zresztą), która swego czasu nawet prosiła fanów, by podsuwali jej ciekawe motywy jako punkt wyjścia, czy Martin Stadtfeld. My, czasem pragnący klasycznej rozrywki na wysokim poziomie, prosimy więcej!



Zgłoś uwagę